Przyznam się, że nie udało mi się utrzymać wszystkich ideałów, które przyświecały mi przy pierwszym dziecku. Życie zweryfikowało. Brak czasu spowodował, że niektóre rzeczy odpuściłam.
Niestety zupełnie zrezygnowałam z pieluszek wielorazowych. Już przy Stachu nie byłam konsekwentna. Kiedy policzyłam, że rozwieszanie wypranej tetry zajmuje mi 20 minut - codziennie, odpuściłam. Prawdopodobnie z pieluszkami all in one nie byłoby takich problemów, ale te wydawały mi się pioruńsko drogie. Na szczęście Kwiatek już prawie nie potrzebuje pieluch.
Kwiatek jest więc dzieckiem pampersowym... i czasami też słoiczkowym... Pannie Lulu i Stachowi gotowałam ekologiczne warzywka, organiczne kurczaki i podawałam bio jogurty. Pluli tym na moc potęgę. Co chwilę coś wyrzucałam, albo dojadałam sama. Niejadki ot co.
Przy kwiatku poszłam na łatwiznę. Po którymś pluciu z kolei postanowiłam spróbować i załapała. Słoiki są "niam niam" i trudno. Przynajmniej nie muszę jej gotować trzech obiadów (jak to było przy starszakach). Chyba bym zwariowała, zwłaszcza, że Panna Lulu odmówiła jedzenia posiłków w szkole i jej też muszę coś upichcić.
Więcej grzechów nie pamiętam... teraz będę się chwalić :)
Kwiatek ma zdecydowaną większość rzeczy z drugiej, albo nawet z trzeciej ręki. Przy trójce dzieci z niewielką różnicą wieku to chyba norma. Wózek, foteliki, mebelki i zabawki są praktycznie te same. Kwiatek ma pecha i donasza po rodzeństwie ubranka i korzysta z tych samych gadżetów. Ale przecież to tak szybko rośnie, że nie ma sensu kupować nowego. Czasem trochę wstyd, ale... przecież zaraz wyrośnie.
Za to Kwiatek bardzo się cieszy. Za każdym razem, gdy ją ubieram pyta: "Tasia? Lusi?". Nie przeszkadza jej, że ma ciuchy po rodzeństwie.
Piersią karmione jest najdłużej, bo to najwygodniejsze i najzdrowsze. Do tej pory karmię kiedy usypiam... i jak dobrze śpi.
Biega na boso po trawie... i czasem nago. Bo już się nauczyłam, ze nie ma co zabraniać... rodzeństwo i tak biega.
I śmieci się nauczyła segregować już prawie :)
Mieszka w lesie, w domu ze słomy... i cały czas brudne... i szczęśliwe... takie eko dziecko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwiatek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwiatek. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 12 marca 2019
sobota, 23 lutego 2019
Dalszy ciąg
Patrzę wstecz i łezka mi się kręci w oku i klnę siebie, że przestałam pisać, że tyle mi umknęło.
Panna Lulu poszła w zeszłym roku do szkoły... tak tak, niesamowite przeżycie. Jakbym to ja szła pierwszy raz. Maciek też był przejęty i babcie i dziadkowie... i ona sama oczywiście też. Jej szkoła jest mała i bardzo fajna. Ma 14 dzieciaków w klasie i super fajną wychowawczynię. Ma takie samo imię jak ja (w tym pokoleniu to standard) i ma o rok młodszą córkę w tym samym przedszkolu, więc siłą rzeczy się znamy.
I co najważniejsze Panna Lulu szkołę lubi, bo przedszkola raczej nie lubiła. I rano nie ma scen (chyba że robi je Stachu). I... jeszcze o niej napiszę :)
A Stachu cały czas w przedszkolu, ale już gada oczywiście, choć robi czasem jakieś fajowe błędy, które warto zapisać, bo umkną. A ja kretynka nie zapisuję, bo uważam, że mam za dużo rzeczy na głowie. Ale teraz będę.
Stach jest niesamowicie sprawnym chłopcem (a może po prostu zwyczajnym, nie mam porównania). Chciałam z nim chodzić na capoeirę, ale był trochę za mały i miał problem ze skupieniem się. Ale teraz zaczął trenować piłkę nożną i jest zachwycony. Maciek też jest zachwycony, bo chodzi z nim i obserwuje go podczas treningów. I... jeszcze o nim napiszę.
A Kwiatek rośnie, zaczyna gadać, biega, skacze i jest urocza. I tak sobie myślimy, że super że jest... bo trochę prze przypadek. Cudownie sobie to wszystko przypominać, te same okresy z Panną Lulu i Stachem. Choć niektóre rzeczy się zamazują... nakładają... I... jeszcze o niej napiszę.
Wspomniałam mamie, że wracam do pisania bloga.
- To było bardzo fajne, szkoda, że to zarzuciłaś - powiedziała.
- To nie mogłaś mnie ofukać i kazać pisać?
- No co ty, dopiero co urodziłaś trzecie dziecko...
Trzecie dziecko - ma jednak siłę rażenia :)
Panna Lulu poszła w zeszłym roku do szkoły... tak tak, niesamowite przeżycie. Jakbym to ja szła pierwszy raz. Maciek też był przejęty i babcie i dziadkowie... i ona sama oczywiście też. Jej szkoła jest mała i bardzo fajna. Ma 14 dzieciaków w klasie i super fajną wychowawczynię. Ma takie samo imię jak ja (w tym pokoleniu to standard) i ma o rok młodszą córkę w tym samym przedszkolu, więc siłą rzeczy się znamy.
I co najważniejsze Panna Lulu szkołę lubi, bo przedszkola raczej nie lubiła. I rano nie ma scen (chyba że robi je Stachu). I... jeszcze o niej napiszę :)
A Stachu cały czas w przedszkolu, ale już gada oczywiście, choć robi czasem jakieś fajowe błędy, które warto zapisać, bo umkną. A ja kretynka nie zapisuję, bo uważam, że mam za dużo rzeczy na głowie. Ale teraz będę.
Stach jest niesamowicie sprawnym chłopcem (a może po prostu zwyczajnym, nie mam porównania). Chciałam z nim chodzić na capoeirę, ale był trochę za mały i miał problem ze skupieniem się. Ale teraz zaczął trenować piłkę nożną i jest zachwycony. Maciek też jest zachwycony, bo chodzi z nim i obserwuje go podczas treningów. I... jeszcze o nim napiszę.
A Kwiatek rośnie, zaczyna gadać, biega, skacze i jest urocza. I tak sobie myślimy, że super że jest... bo trochę prze przypadek. Cudownie sobie to wszystko przypominać, te same okresy z Panną Lulu i Stachem. Choć niektóre rzeczy się zamazują... nakładają... I... jeszcze o niej napiszę.
- To było bardzo fajne, szkoda, że to zarzuciłaś - powiedziała.
- To nie mogłaś mnie ofukać i kazać pisać?
- No co ty, dopiero co urodziłaś trzecie dziecko...
Trzecie dziecko - ma jednak siłę rażenia :)
wtorek, 14 marca 2017
W kwestii imion
Mam na imię Magda... w moim pokoleniu było to bardzo popularne imię... chyba już o tym pisałam. W skrócie - przeszkadzało mi to, że moje imię ani trochę nie jest oryginalne (choć właściwie jest, bo nie jestem Magdalena, ale Magda, ale kto na to zwraca uwagę?). Maciek ma na imię Maciek - również popularne w tamtych czasach.
Nadając dzieciom imiona mieliśmy więc potrzebę wybrać coś poniżej pierwszej dwudziestki najpopularniejszych. Oprócz tego w każdym przypadku kierowaliśmy się jakimś kluczem i tak:
Panna Lulu nazywa się ŁUCJA, bo w dzieciństwie uwielbiałam książki o Narnii, a Łucja - jedna z bohaterek, była moją ulubioną. Wspomnę tylko, że Panna Lulu również ją polubiła oglądając niedawno nakręcone filmy z tej serii.
Stach nazywa się STANISŁAW z kilku powodów. Maciek miał fajnego kolegę, o bardzo jak na swoje czasy oryginalnym imieniu - Staś. Poza tym w okresie Stachowej ciąży zaczytywaliśmy się Lemem. Teraz imię Stanisław robi się coraz bardziej popularne... niestety.
A Kwiatek ma na imię FLORA i z tym wiąże się najdłuższa historia:) Pojechaliśmy sobie bowiem na romantyczny wypad do Budapesztu. Tylko we dwoje, dzieci zostały z dziadkami. Należało nam się po tylu latach. Zwiedzanie, wino, czas tylko dla siebie... Wynajęliśmy mieszkanie w samym centrum, w zabytkowej kamienicy. Dziewczyna, która nas do tego mieszkania zaprowadziła miała na imię Flora. Zażartowałam, że jeśli będzie dziewczynka damy jej na imię Flora... i stało się... choć nie planowaliśmy:)
Nadając dzieciom imiona mieliśmy więc potrzebę wybrać coś poniżej pierwszej dwudziestki najpopularniejszych. Oprócz tego w każdym przypadku kierowaliśmy się jakimś kluczem i tak:
Panna Lulu nazywa się ŁUCJA, bo w dzieciństwie uwielbiałam książki o Narnii, a Łucja - jedna z bohaterek, była moją ulubioną. Wspomnę tylko, że Panna Lulu również ją polubiła oglądając niedawno nakręcone filmy z tej serii.
Stach nazywa się STANISŁAW z kilku powodów. Maciek miał fajnego kolegę, o bardzo jak na swoje czasy oryginalnym imieniu - Staś. Poza tym w okresie Stachowej ciąży zaczytywaliśmy się Lemem. Teraz imię Stanisław robi się coraz bardziej popularne... niestety.
A Kwiatek ma na imię FLORA i z tym wiąże się najdłuższa historia:) Pojechaliśmy sobie bowiem na romantyczny wypad do Budapesztu. Tylko we dwoje, dzieci zostały z dziadkami. Należało nam się po tylu latach. Zwiedzanie, wino, czas tylko dla siebie... Wynajęliśmy mieszkanie w samym centrum, w zabytkowej kamienicy. Dziewczyna, która nas do tego mieszkania zaprowadziła miała na imię Flora. Zażartowałam, że jeśli będzie dziewczynka damy jej na imię Flora... i stało się... choć nie planowaliśmy:)
wtorek, 10 stycznia 2017
Poród trwał trzy tygodnie
Zakładałam, że urodzę prze Świętami, bo trzecie dziecko to szybciej, a przecież Panna Lulu i Stach też wcześniej. Nie wiem, czy sobie tak mocno ubzdurałam, czy rzeczywiście KAŻDY PORÓD MOŻE BYĆ INNY, w każdym razie w połowie grudnia byłam przekonana, że rodzę.
Skurcze stały się w miarę regularne i takie trochę silniejsze... w końcu tak właśnie zaczął mi się poród Stacha. Postanowiliśmy wieczorem zadzwonić do moich rodziców, żeby już byli na miejscu i nie musieli się zrywać w środku nocy. Przyjechali, posiedzieliśmy chwilę... skurcze jakby ręką odjął. Zgłupiałam.
Kolejnego dnia od 9 mierzyłam czas między skurczami. Najpierw 10, potem 7, jak zdecydowaliśmy się wieczorem pojechać do szpitala były co 3 minuty. Ok, nie były zbyt silne, ale całkiem regularne. Ja bym może jeszcze chwilę poczekała, ale Maciek zadał mi pytanie: "co jeżeli poród zacznie się w domu?", odpowiedziałam: "dostaję skurczy partych, a ty musisz włożyć rękę i zbadać rozwarcie", bez zastanowienia mój mąż zaordynował: "dzwoń po rodziców". Oczywiście w szpitalu skurcze nagle złagodniały. Wróciliśmy do domu z mocnym postanowieniem, że dopóki nie odejdą wody nigdzie się nie ruszamy.
Od tamtego czasu nie liczyłam odstępów między skurczami i nie przejmowałam się nimi zbytnio, choć z tyłu głowy kołatała myśl: "to już pewnie dzisiaj". Minęły Święta, załapaliśmy się nawet na imprezę sylwestrową, choć ze względu na dzieciaki do domu wróciliśmy chwilę przed północą.
Widocznie córka chciała być o rok młodsza, choć przez to też później pójdzie do przedszkola. Podejrzewam, że przy dwójce starszego rodzeństwa nie miałaby problemu z tym, że będzie najmłodsza w grupie czy w klasie... najwyżej do szkoły pójdzie o rok wcześniej.
Nowy rok się zaczął, a tu nic. Termin był na 3 stycznia... i nic. Stach i Panna Lulu już byli na świecie, nie doczekali wyliczonego skrzętnie przez specjalistów terminu...
Czwartego nad ranem obudził mnie Stach, przyniosłam mu sok i położyłam się z powrotem do łóżka. Zrobiło mi się trochę mokro, ale wyśmiałam się w myślach, że pewnie znowu sobie coś ubzdurałam. Na szczęście podłożyłam sobie podkład jednorazowy do przewijania, bo jak za chwilę chlusnęło, to już nie miałam wątpliwości. Co prawda mogłam sobie poczytać, pozwolić Maćkowi i moim rodzicom się wyspać, ale w końcu go obudziłam i postanowiliśmy jechać do szpitala.
Tym razem nas przyjęli, przydzielili pokój, podłączyli pod KTG (które w momencie największego skurczu pokazywało zero, a skurcze pokazywało, jak nic się nie działo). W każdym razie akcja z wolna postępowała. Jak mnie odłączyli, to przypomnieliśmy sobie o starych dobrych metodach przyspieszania porodu, czyli chodzeniu po schodach i zwiedzaniu szpitala. Poza tym co było robić, nuda... a szpital niewielki, więc dalekich wycieczek nie dało się uskuteczniać.
Skurcze były co 7 minut, już od kilku godzin, więc zdecydowaliśmy, że Maciek pojedzie z Panną Lulu do logopedy, bo by jej lekcja przepadła, potem odwiezie ją do dziadków i wróci do mnie.
Zdążył w ostatniej chwili, żeby zawołać położną, że mam skurcze parte. Urodziłam na normalnym łóżku, bo na porodowe już bym nie doszła. Kwiatek, czyli Flora przyszła na świat o 17.25 i dostała 10 punktów.
Skurcze stały się w miarę regularne i takie trochę silniejsze... w końcu tak właśnie zaczął mi się poród Stacha. Postanowiliśmy wieczorem zadzwonić do moich rodziców, żeby już byli na miejscu i nie musieli się zrywać w środku nocy. Przyjechali, posiedzieliśmy chwilę... skurcze jakby ręką odjął. Zgłupiałam.
Kolejnego dnia od 9 mierzyłam czas między skurczami. Najpierw 10, potem 7, jak zdecydowaliśmy się wieczorem pojechać do szpitala były co 3 minuty. Ok, nie były zbyt silne, ale całkiem regularne. Ja bym może jeszcze chwilę poczekała, ale Maciek zadał mi pytanie: "co jeżeli poród zacznie się w domu?", odpowiedziałam: "dostaję skurczy partych, a ty musisz włożyć rękę i zbadać rozwarcie", bez zastanowienia mój mąż zaordynował: "dzwoń po rodziców". Oczywiście w szpitalu skurcze nagle złagodniały. Wróciliśmy do domu z mocnym postanowieniem, że dopóki nie odejdą wody nigdzie się nie ruszamy.
Od tamtego czasu nie liczyłam odstępów między skurczami i nie przejmowałam się nimi zbytnio, choć z tyłu głowy kołatała myśl: "to już pewnie dzisiaj". Minęły Święta, załapaliśmy się nawet na imprezę sylwestrową, choć ze względu na dzieciaki do domu wróciliśmy chwilę przed północą.
Widocznie córka chciała być o rok młodsza, choć przez to też później pójdzie do przedszkola. Podejrzewam, że przy dwójce starszego rodzeństwa nie miałaby problemu z tym, że będzie najmłodsza w grupie czy w klasie... najwyżej do szkoły pójdzie o rok wcześniej.
Nowy rok się zaczął, a tu nic. Termin był na 3 stycznia... i nic. Stach i Panna Lulu już byli na świecie, nie doczekali wyliczonego skrzętnie przez specjalistów terminu...
Czwartego nad ranem obudził mnie Stach, przyniosłam mu sok i położyłam się z powrotem do łóżka. Zrobiło mi się trochę mokro, ale wyśmiałam się w myślach, że pewnie znowu sobie coś ubzdurałam. Na szczęście podłożyłam sobie podkład jednorazowy do przewijania, bo jak za chwilę chlusnęło, to już nie miałam wątpliwości. Co prawda mogłam sobie poczytać, pozwolić Maćkowi i moim rodzicom się wyspać, ale w końcu go obudziłam i postanowiliśmy jechać do szpitala.
Tym razem nas przyjęli, przydzielili pokój, podłączyli pod KTG (które w momencie największego skurczu pokazywało zero, a skurcze pokazywało, jak nic się nie działo). W każdym razie akcja z wolna postępowała. Jak mnie odłączyli, to przypomnieliśmy sobie o starych dobrych metodach przyspieszania porodu, czyli chodzeniu po schodach i zwiedzaniu szpitala. Poza tym co było robić, nuda... a szpital niewielki, więc dalekich wycieczek nie dało się uskuteczniać.
Skurcze były co 7 minut, już od kilku godzin, więc zdecydowaliśmy, że Maciek pojedzie z Panną Lulu do logopedy, bo by jej lekcja przepadła, potem odwiezie ją do dziadków i wróci do mnie.
Zdążył w ostatniej chwili, żeby zawołać położną, że mam skurcze parte. Urodziłam na normalnym łóżku, bo na porodowe już bym nie doszła. Kwiatek, czyli Flora przyszła na świat o 17.25 i dostała 10 punktów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



