Staram się kupować mało, ale od czasu do czasu trzeba iść na zakupy, zwłaszcza spożywcze. Najwygodniej, mając małe dziecko, wsiąść w samochód, jechać do hipermarketu i załatwić od razu sprawunki na cały tydzień. Kiedyś był to hipermarket najbliższy, co w pewnym sensie ma znaczenie dla środowiska - spalam mniej benzyny. Ostatnio jednak po licznych sugestiach ze strony Maćka, zdecydowałam się robić zakupy w polskim supermarkecie. Z jednej strony wybieram najczęściej polskie produkty, wytwarzane jak najbliżej, by nie musiały być transportowane z drugiego końca świata, z drugiej lepiej te polskie produkty kupić jednak w polskim sklepie. Maciek ma przede wszystkim wzgląd na gospodarkę i wsparcie lokalnych inicjatyw. Popieram mimo, że polskie supermarkety - delikatesy są jednak trochę droższe. Staram się wybierać produkty racjonalnie i rachunki nie są wcale takie wysokie.
Dodatkowo robię zakupy w sklepie ekologicznym. Kupuję tam przede wszystkim produkty dla Panny Lulu, ale też coraz więcej ekologicznej żywności wprowadzam też do naszego jadłospisu. Najchętniej robiłabym zakupy tylko tam, bo to najwyższa forma wspierania lokalnego biznesu, niestety nie wszystkie potrzebne mi produkty mogę tam dostać, a poza tym te ceny...
Kiedyś lubiłam jeździć na rynek, ale niestety z Panną Lulu jest to ciężkie - parking daleko, wózek z trudem przejedzie w ciasnych alejkach, a dźwigać ją i dodatkowo kilka kilo zieleniny... dziękuję bardzo. Poza tym ci sami producenci wstawiają warzywa do hipermarketów i na rynek, więc jeżeli chodzi o jakość to nie ma różnicy. Najlepiej by było znaleźć w okolicy rolnika i brać bezpośrednio. Może kiedyś, na razie kupuję w ten sposób mleko.
Staram się kupować świadomie. Kiedy kupuję coś Pannie Lulu szukam najpierw opinii na temat produktów - zwłaszcza kosmetycznych. Często spędzam przy półkach sklepowych sporo czasu, bo czytam etykiety. Przeraża mnie co producenci potrafią dodawać do produktów - żelatyna w jogurtach i śmietanie to norma i jeszcze te polepszacze, barwniki, zagęszczacze... brrrr. Takie rzeczy odkładam od razu na półkę.
Nie mam wielkich potrzeb zakupowych jeśli chodzi o ciuchy. Przez lata trochę się tego nazbierało - mam w czym chodzić. Ostatnio jednak skończyły mi się bluzy. Poprzecierane, wypłowiałe zostały wrzucone do odpowiedniego pojemnika surowców wtórnych. Musiałam kupić coś w zamian, usiadłam więc do komputera. Nie lubię kupować ubrań w Internecie, lubię przymierzyć, dotknąć. Ale przyświecała mi idea - kupić coś oryginalnego od młodego polskiego projektanta. Przejrzałam kilkadziesiąt stron i w końcu znalazłam dziewczyny z Warszawy, które szyją fajne bluzy. I mam, nową, niebanalną, nie z sieciówki i choć pewnie trochę droższą, to mam nadzieję nosić ją dłużej. Materiały i robocizna są wysokiej jakości, więc było warto.
Niewiele miejsca i mała szafa zmuszają mnie do ubraniowego minimalizmu. Nie jestem jednak skrajna w tej kwestii - mam drugą szafę, u rodziców. Jakiś czas temu cieszyłam się jak zakupoholiczka po wizycie w galerii handlowej, bo wymieniłam sobie część garderoby. Odkurzyłam zapomniane spódnice i bluzki
A w październiku będą targi Ekologicznego Stylu Życia, na które się wybieram i zamierzam się obkupić. Mam szczęście, że takie targi będą w Łodzi, bo czasami wątpię czy coś się w tym mieście dzieje.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minimal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minimal. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 18 września 2012
piątek, 24 sierpnia 2012
Minimalizm informacyjny
Dzisiejsze społeczeństwo uzależnione jest od informacji, żyje w natłoku danych, bombardowane jest przez reklamy, manipulowane, osaczone. Dobra, pewnie nie ze wszystkimi jest tak źle, to w końcu obraz kreowany przez media. Ale szumu dużo, informacyjnego szumu.
Dookoła zgiełk, a ja na łonie natury, na trawie zielonej z dala od niego. Tak się z Maćkiem zgraliśmy, że obojgu bez telewizora udawało się funkcjonować osobno i tak już zostało jak jesteśmy razem. Życie bez TV jest cudowne, jest czas na wiele innych rzeczy, nie odliczamy czasu od serialu czy do wiadomości, nie denerwujemy się, że znowu powtarzają Kevina, nie wstrzymujemy się z pójściem do toalety na reklamach, można się nawet trochę ponudzić. Filmy i programy, które mamy ochotę zobaczyć, oglądamy na komputerze albo w Internecie (do kina na razie ze względu na Pannę Lulu nie chodzimy). Jak błogo, radio cicho gra w tle, czasem jakaś informacja wpadnie w ucho, dzięki czemu nie jest się tak do końca w tyle, wiadomo co się na świecie dzieje. Trochę reklam też niestety wpadnie, ale cóż, w dzisiejszych czasach pełnej czystości nie da się osiągnąć.
Oczywiście wielkim i przepastnym medium jest Internet, ale przecież nie trzeba od razu wszędzie zaglądać. Faktem jest, że sporym zaśmieciaczem jest Facebook. Marnuję na niego trochę czasu, zaglądam złakniona ploteczek o znajomych, ale to taki drobny grzeszek w moim mniemaniu. Muszę być przekonana, żeby polubić jakąś stronę, dzięki temu nie jestem bombardowana bezwartościowymi informacjami. Jako typ aspołeczny nie bardzo się też udzielam, przez co nie muszę co chwila zaglądać i podniecać się liczbą zebranych lajków. Od czasu do czasu zajrzę na strony informacyjne, śledzę kilka ulubionych blogów (traktuję je jak powieść w docinkach), kolekcjonuję przepisy kulinarne, bo lubię nowe smaki.
Gazety wolę czytać w sieci, ale robię to rzadko. Uprawiam współczytelnictwo, zgarniam tygodniki i miesięczniki przeczytane już przez moją mamę. Tak jest ma się rozumieć bardziej ekologicznie.
Stronię od polityki, kiedyś mnie fascynowała, oglądałam, czytałam, słuchałam, nie mogłam się oderwać od komisji śledczych i innych głupot. Jakoś mi przeszło. Nie żebym była ciemną masą, która nie chodzi na wybory i ma wszystko w głębokim poważaniu, tak nie jest. Jestem jednak bardzo zdystansowana, nie ufam politykom i chyba przy najbliższych wyborach będę miała problem na kogo głosować. Ostatnio moje zainteresowania polityką skupiają się na dokończeniu "Doktryny szoku" Naomi Klein.
Życie bez szumu, to życie praktycznie bez stresu. Błogo, polecam:)
Dookoła zgiełk, a ja na łonie natury, na trawie zielonej z dala od niego. Tak się z Maćkiem zgraliśmy, że obojgu bez telewizora udawało się funkcjonować osobno i tak już zostało jak jesteśmy razem. Życie bez TV jest cudowne, jest czas na wiele innych rzeczy, nie odliczamy czasu od serialu czy do wiadomości, nie denerwujemy się, że znowu powtarzają Kevina, nie wstrzymujemy się z pójściem do toalety na reklamach, można się nawet trochę ponudzić. Filmy i programy, które mamy ochotę zobaczyć, oglądamy na komputerze albo w Internecie (do kina na razie ze względu na Pannę Lulu nie chodzimy). Jak błogo, radio cicho gra w tle, czasem jakaś informacja wpadnie w ucho, dzięki czemu nie jest się tak do końca w tyle, wiadomo co się na świecie dzieje. Trochę reklam też niestety wpadnie, ale cóż, w dzisiejszych czasach pełnej czystości nie da się osiągnąć.
Oczywiście wielkim i przepastnym medium jest Internet, ale przecież nie trzeba od razu wszędzie zaglądać. Faktem jest, że sporym zaśmieciaczem jest Facebook. Marnuję na niego trochę czasu, zaglądam złakniona ploteczek o znajomych, ale to taki drobny grzeszek w moim mniemaniu. Muszę być przekonana, żeby polubić jakąś stronę, dzięki temu nie jestem bombardowana bezwartościowymi informacjami. Jako typ aspołeczny nie bardzo się też udzielam, przez co nie muszę co chwila zaglądać i podniecać się liczbą zebranych lajków. Od czasu do czasu zajrzę na strony informacyjne, śledzę kilka ulubionych blogów (traktuję je jak powieść w docinkach), kolekcjonuję przepisy kulinarne, bo lubię nowe smaki.
Gazety wolę czytać w sieci, ale robię to rzadko. Uprawiam współczytelnictwo, zgarniam tygodniki i miesięczniki przeczytane już przez moją mamę. Tak jest ma się rozumieć bardziej ekologicznie.
Stronię od polityki, kiedyś mnie fascynowała, oglądałam, czytałam, słuchałam, nie mogłam się oderwać od komisji śledczych i innych głupot. Jakoś mi przeszło. Nie żebym była ciemną masą, która nie chodzi na wybory i ma wszystko w głębokim poważaniu, tak nie jest. Jestem jednak bardzo zdystansowana, nie ufam politykom i chyba przy najbliższych wyborach będę miała problem na kogo głosować. Ostatnio moje zainteresowania polityką skupiają się na dokończeniu "Doktryny szoku" Naomi Klein.
Życie bez szumu, to życie praktycznie bez stresu. Błogo, polecam:)
piątek, 30 marca 2012
Minimalizm vs. ekorodzicielstwo
Ach zrobiłoby
się te wiosenne porządki, powyrzucałoby się połowę dobytku i tak
niepotrzebnego, zrobiłoby się trochę miejsca, wolnej przestrzeni. Minimalizm
jest mi bliski, nie chcę mieć za dużo rzeczy i nie tylko dlatego, że nie mam na
nie miejsca. Nie lubię rzeczy, które zalegają w szafkach nieużywane, wolę mieć
niewiele, ale takich, które są naprawdę potrzebne. Śmiem twierdzić, że nie
jestem do końca kobietą, bo nie za bardzo przepadam za zakupami i nie mam
potrzeby mieć napchanej szafy, choć często „nie mam się w co ubrać”. Cenię
jakość, a nie ilość.
Skrajni
minimaliści ograniczają liczbę posiadanych rzeczy do 100, ale nie chodzi tylko
o rzeczy, chodzi również o przyzwyczajenia, codzienne działania, a nawet
wystrój wnętrza i spożywane posiłki. To też podejście do świata, przyrody i
dóbr materialnych. Minimaliści ograniczają się w gromadzeniu rzeczy, wyznają
zasadę OITO (one in, two out). W tej kwestii czuję się ostatnio minimalistką, na
przykład dawno nie kupiłam sobie nic do ubrania, nie miałam potrzeby. Teraz
potrzeba się pojawiła, nawet kilka i postanowiłam dogłębnie przemyśleć sprawę,
żeby nie kupić bubla. Chcę mieć coś naprawdę fajnego i wygodnego. Niestety,
moje minimalistyczne zapędy są często gwałcone przez moją mamę – zakupoholiczkę,
która co chwila przynosi mi nowe ciuchy. Kiedyś przyjmowałam, niektóre były naprawdę
fajne, inne lądowały na dnie szuflady, ale ostatnio odmawiam – nie mam już
miejsca.
W życiu
codziennym też raczej staram się być minimalistką – cieszę się z tego co mam,
nie dążę do nieosiągalnego, nie interesuje mnie „wyścig szczurów”. Pracuję nad
jakością dni powszednich i czerpię z nich radość. Staram się nie zaprzątać
sobie głowy głupotami, nie oglądam telewizji (czasem tylko czytuję ploteczki w
necie, ale tylko czasami:), w wolnych chwilach oddaję się pasjom. Co dziwne,
dopóki nie zwolniłam tempa właściwie nie mogłam powiedzieć, że mam jakieś pasje,
coś mnie tam interesowało, ale nigdy nie za głęboko. Teraz powoli wgryzam się w
tematy, które są dla mnie ważne.
I pewnie
żyłabym swój żywot uporządkowany i minimalistyczny, ale jedna mała istotka
trochę mi w tym przeszkadza. Nie można sobie już tak dokładnie zaplanować
codzienności, nie jestem bowiem zwolenniczką sztywnego planu dnia, to Panna
Lulu decyduje kiedy chce spać, kiedy jeść, a kiedy pakować sobie wszystkie
dostępne zabawki do pyszczka. Nie ma już tyle czasu na pasje, choć przecież
Panna Lulu jest niewątpliwie jedną z nich.
Chętnie bym coś
powyrzucała, pozbyła się niepotrzebnych ubrań i sprzętów… ale, przecież to może
się jeszcze kiedyś przydać, a poco kupować nowe? Przecież te ciuchy można
będzie przerobić kiedyś na zabawki, albo sukienki dla lalek (ja w dzieciństwie
uwielbiałam szyć ubranka dla lalek). Z tych pudeł kartonowych będzie przecież
kiedyś piękny domek, albo samochód, albo robot, będzie można je pomalować,
powycinać, powyklejać. Słoiki przydadzą się na przeciery, na zupki i przetwory.
Zabawek jest coraz więcej (choć sami kupujemy mało – wiadomo prezenty).
I
zarasta człowiek rzeczami, nawet człowiek chcący wyznawać zasadę minimalizmu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)