Pod koniec roku mnie jakoś natchnęło i zrobiłam jedno postanowienie noworoczne, choć normalnie nie robię. Postanowiłam mniej śmiecić. Popatrzyłam dookoła, zrobiłam rachunek sumienia i wyszło, że śmieci produkujemy za dużo. Oczywiście segregujemy, ale to nie wystarczy.
Zaczęłam od gąbek i ściereczek. Tych do zmywania. Bo okazało się że raz w tygodniu wyrzucam gąbkę, a ścierki gąbczaste piorę i odkładam na bok, bo po praniu tracą kolor. Zakupiłam takie coś silikonowe, co można myć w zmywarce i teoretycznie jest wieczne (na zdjęciu). Standard mycia -5, ale czego się nie robi dla środowiska. Jakoś sobie radzę. A ściereczki wykorzystuję te sprane... trudno... szukam w kolorze szarym... może ktoś widział?
No ale na gąbkach filozofia zmniejszenia ilości odpadów się nie kończy. Największym problemem są zakupy. Trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby ograniczyć liczbę opakowań, jednorazowych torebek i papierów.
Przede wszystkim:
- nie kupuj rzeczy niepotrzebnych, które zaraz i tak wylądują w koszu (tak kochana mamusiu, to się tyczy również Ciebie),
- nie kupuj rzeczy zapakowanych w tysiące torebek, kartoników itp,
- bierz do sklepu własne torby na zakupy (również do markowych butików - bądź trendsetterem),
- owoce i warzywa też pakuj we własne torebki (nawet w hipermarkecie, nawet na rynkach - trzeba mieć refleks, żeby sprzedawca nie wyciągnął foliówki, ale da się),
- jak już musi być opakowane (niewiele jest w Polsce sklepów, w których wszystko jest na wagę), to chociaż niech to będą odpady segregowalne,
- odpady organiczne kompostuj (albo segreguj bio odpady),
- nie wyrzucaj zepsutych sprzętów, tylko je naprawiaj,
- kupuj rzeczy używane - są dużo tańsze, a często nie odbiegają jakością od nowych,
- nie używaj rzeczy jednorazowych,
- kupuj produkty w większych opakowaniach (np chemię gospodarczą),
- ucz dzieci żeby nie produkowały śmieci (to mi chyba wychodzi najgorzej).
Pewnie można więcej, ale dajcie mi czas... właśnie się rozkręcam :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eko. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 23 kwietnia 2019
wtorek, 12 marca 2019
Trzecie eko(?) dziecko
Przyznam się, że nie udało mi się utrzymać wszystkich ideałów, które przyświecały mi przy pierwszym dziecku. Życie zweryfikowało. Brak czasu spowodował, że niektóre rzeczy odpuściłam.
Niestety zupełnie zrezygnowałam z pieluszek wielorazowych. Już przy Stachu nie byłam konsekwentna. Kiedy policzyłam, że rozwieszanie wypranej tetry zajmuje mi 20 minut - codziennie, odpuściłam. Prawdopodobnie z pieluszkami all in one nie byłoby takich problemów, ale te wydawały mi się pioruńsko drogie. Na szczęście Kwiatek już prawie nie potrzebuje pieluch.
Kwiatek jest więc dzieckiem pampersowym... i czasami też słoiczkowym... Pannie Lulu i Stachowi gotowałam ekologiczne warzywka, organiczne kurczaki i podawałam bio jogurty. Pluli tym na moc potęgę. Co chwilę coś wyrzucałam, albo dojadałam sama. Niejadki ot co.
Przy kwiatku poszłam na łatwiznę. Po którymś pluciu z kolei postanowiłam spróbować i załapała. Słoiki są "niam niam" i trudno. Przynajmniej nie muszę jej gotować trzech obiadów (jak to było przy starszakach). Chyba bym zwariowała, zwłaszcza, że Panna Lulu odmówiła jedzenia posiłków w szkole i jej też muszę coś upichcić.
Więcej grzechów nie pamiętam... teraz będę się chwalić :)
Kwiatek ma zdecydowaną większość rzeczy z drugiej, albo nawet z trzeciej ręki. Przy trójce dzieci z niewielką różnicą wieku to chyba norma. Wózek, foteliki, mebelki i zabawki są praktycznie te same. Kwiatek ma pecha i donasza po rodzeństwie ubranka i korzysta z tych samych gadżetów. Ale przecież to tak szybko rośnie, że nie ma sensu kupować nowego. Czasem trochę wstyd, ale... przecież zaraz wyrośnie.
Za to Kwiatek bardzo się cieszy. Za każdym razem, gdy ją ubieram pyta: "Tasia? Lusi?". Nie przeszkadza jej, że ma ciuchy po rodzeństwie.
Piersią karmione jest najdłużej, bo to najwygodniejsze i najzdrowsze. Do tej pory karmię kiedy usypiam... i jak dobrze śpi.
Biega na boso po trawie... i czasem nago. Bo już się nauczyłam, ze nie ma co zabraniać... rodzeństwo i tak biega.
I śmieci się nauczyła segregować już prawie :)
Mieszka w lesie, w domu ze słomy... i cały czas brudne... i szczęśliwe... takie eko dziecko.
Niestety zupełnie zrezygnowałam z pieluszek wielorazowych. Już przy Stachu nie byłam konsekwentna. Kiedy policzyłam, że rozwieszanie wypranej tetry zajmuje mi 20 minut - codziennie, odpuściłam. Prawdopodobnie z pieluszkami all in one nie byłoby takich problemów, ale te wydawały mi się pioruńsko drogie. Na szczęście Kwiatek już prawie nie potrzebuje pieluch.
Kwiatek jest więc dzieckiem pampersowym... i czasami też słoiczkowym... Pannie Lulu i Stachowi gotowałam ekologiczne warzywka, organiczne kurczaki i podawałam bio jogurty. Pluli tym na moc potęgę. Co chwilę coś wyrzucałam, albo dojadałam sama. Niejadki ot co.
Przy kwiatku poszłam na łatwiznę. Po którymś pluciu z kolei postanowiłam spróbować i załapała. Słoiki są "niam niam" i trudno. Przynajmniej nie muszę jej gotować trzech obiadów (jak to było przy starszakach). Chyba bym zwariowała, zwłaszcza, że Panna Lulu odmówiła jedzenia posiłków w szkole i jej też muszę coś upichcić.
Więcej grzechów nie pamiętam... teraz będę się chwalić :)
Kwiatek ma zdecydowaną większość rzeczy z drugiej, albo nawet z trzeciej ręki. Przy trójce dzieci z niewielką różnicą wieku to chyba norma. Wózek, foteliki, mebelki i zabawki są praktycznie te same. Kwiatek ma pecha i donasza po rodzeństwie ubranka i korzysta z tych samych gadżetów. Ale przecież to tak szybko rośnie, że nie ma sensu kupować nowego. Czasem trochę wstyd, ale... przecież zaraz wyrośnie.
Za to Kwiatek bardzo się cieszy. Za każdym razem, gdy ją ubieram pyta: "Tasia? Lusi?". Nie przeszkadza jej, że ma ciuchy po rodzeństwie.
Piersią karmione jest najdłużej, bo to najwygodniejsze i najzdrowsze. Do tej pory karmię kiedy usypiam... i jak dobrze śpi.
Biega na boso po trawie... i czasem nago. Bo już się nauczyłam, ze nie ma co zabraniać... rodzeństwo i tak biega.
I śmieci się nauczyła segregować już prawie :)
Mieszka w lesie, w domu ze słomy... i cały czas brudne... i szczęśliwe... takie eko dziecko.
piątek, 31 października 2014
Eko zakupy
Bardzo dawno nie udało mi się wrzucić żadnego posta, który nie byłby podsumowaniem comiesięcznych ekscesów i postępów Panny Lulu i Stacha. Ale biorę się za siebie, za blog (nie jeden zresztą, ale o tym kiedy indziej) i w ogóle się biorę.
Już od mniej więcej pół roku chciałam się podzielić moimi zachowaniami konsumenckimi i wreszcie się udało. Pisząc o eko zakupach chcę poruszyć dwa tematy: kupowanie w kooperatywie i kupowanie z drugiej ręki - obie formy super eko.
Kooperatywa to grupa osób, która wspólnie robi zakupy wybierając drobnych dostawców lokalnych i najlepiej z upraw ekologicznych. W większości kooperatyw w Polsce zakupy dotyczą produktów spożywczych. Taka jest też i moja, w dodatku wegetariańska. Ceny są atrakcyjne no i idea, żeby kupować bezpośrednio, bez pośredników, od zaprzyjaźnionych rolników. Dla zaitneresowanych: http://lodz.kooperatywaspozywcza.pl/spoldzielnia.php.
Dołączyłam do kooperatywy bo potrzebowałam eko warzyw i owoców dla Stacha i Panny Lulu i... dobra, przyznam się... musiałam się wyrwać z domu i spędzić trochę czasu z ludźmi, którzy nie są moimi dziećmi, moim mężem, czy moimi rodzicami.
Czasami jeżdżę z dzieciakami do teściowej, przed pójściem Panny Lulu do przedszkola były to wizyty regularne. Teściowie mieszkają na wielkim osiedlu ze świetną infrastrukturą (nie to co ja: kilometr do najbliższego sklepu). Na tymże osiedlu jest second-hand, w którym odkryłam moją kobiecą żyłkę zakupową. Do tej pory kupowałam sobie ciuchy sporadycznie, teraz zdarza mi się poszaleć. Ale oczywiście bez przesady - minimalizm hamuje. Kupuję różne rzeczy sobie i dzieciakom, Maćkowi jakoś nie bardzo umiem nic wybrać.
Moimi eko zakupami zapewniam drugie życie niechcianym produktom w całkiem niezłej jakości i bardzo niezłej cenie. Kupuję również lokalnie od sprawdzonych dostawców... eko jak... Szkoda tylko, że muszę spalić benzynę, żeby tam dotrzeć.
Już od mniej więcej pół roku chciałam się podzielić moimi zachowaniami konsumenckimi i wreszcie się udało. Pisząc o eko zakupach chcę poruszyć dwa tematy: kupowanie w kooperatywie i kupowanie z drugiej ręki - obie formy super eko.
Kooperatywa to grupa osób, która wspólnie robi zakupy wybierając drobnych dostawców lokalnych i najlepiej z upraw ekologicznych. W większości kooperatyw w Polsce zakupy dotyczą produktów spożywczych. Taka jest też i moja, w dodatku wegetariańska. Ceny są atrakcyjne no i idea, żeby kupować bezpośrednio, bez pośredników, od zaprzyjaźnionych rolników. Dla zaitneresowanych: http://lodz.kooperatywaspozywcza.pl/spoldzielnia.php.
Dołączyłam do kooperatywy bo potrzebowałam eko warzyw i owoców dla Stacha i Panny Lulu i... dobra, przyznam się... musiałam się wyrwać z domu i spędzić trochę czasu z ludźmi, którzy nie są moimi dziećmi, moim mężem, czy moimi rodzicami.
Czasami jeżdżę z dzieciakami do teściowej, przed pójściem Panny Lulu do przedszkola były to wizyty regularne. Teściowie mieszkają na wielkim osiedlu ze świetną infrastrukturą (nie to co ja: kilometr do najbliższego sklepu). Na tymże osiedlu jest second-hand, w którym odkryłam moją kobiecą żyłkę zakupową. Do tej pory kupowałam sobie ciuchy sporadycznie, teraz zdarza mi się poszaleć. Ale oczywiście bez przesady - minimalizm hamuje. Kupuję różne rzeczy sobie i dzieciakom, Maćkowi jakoś nie bardzo umiem nic wybrać.
Moimi eko zakupami zapewniam drugie życie niechcianym produktom w całkiem niezłej jakości i bardzo niezłej cenie. Kupuję również lokalnie od sprawdzonych dostawców... eko jak... Szkoda tylko, że muszę spalić benzynę, żeby tam dotrzeć.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Eko dziecko
Drugie dziecko jest jeszcze bardziej eko niż pierwsze, nawet jeśli to pierwsze zupełnie nie było eko. Drugie dziecko ma wiele rzeczy po pierwszym, nie trzeba kupować całej wyprawki, gadżetów, książek o pielęgnacji. O ile w ogóle ktoś to kupuje, bo można inaczej.
- Ciuchy dla malucha najlepsze są używane i nie tylko dlatego, że tanie, albo darmowe, ale dlatego, że wypłukane z wszelkiej chemii, która mogłaby podrażnić delikatną skórę. Oczywiście zdarzają się też rzeczy nowe darmowe, głównie w formie prezentów, tak się już utarło, że dziecku trzeba coś kupić.
- Zabawki też mogą być używane - po starszym rodzeństwie, albo dzieciach znajomych. Jeżeli mają być naprawdę eko powinny być wykonane z naturalnych materiałów, albo z recyclingu. Maluszkowi można zrobić na przykład grzechotkę z plastikowej butelki wypełnionej ryżem. Potem okaże się, że najlepsze zabawki to i tak te, które wcale zabawkami miały nie być: puste pudełka, nakrętki, papierki po cukierkach itp. Po dłuższym czasie ma się wrażenie, że w zabawkach się tonie, że jest ich już koszmarnie dużo i ciągle przybywa nowych (znów te prezenty).
- Pieluszki też mogą być używane, oczywiście te wielorazowe. Kolejne dziecko może dostać po poprzednim cały pieluszkowy sprzęt: otulacze, tetrę, wkłady chłonne i inne, w zależności z jakich rozwiązań się korzystało.
- Kosmetyki już raczej używane być nie mogą, ale powinny być jak najbardziej naturalne. Do pielęgnacji pupy można na przykład użyć mąki ziemniaczanej. Można jej również użyć do kąpieli w formie krochmalu, zwłaszcza dla maluchów z problemami skórnymi.
- Wózek może okazać się zbyteczny, kiedy zamierza się nosić dziecko w chuście. Spacerówka owszem się przyda, ale później i oczywiście po starszym rodzeństwie.
- Łóżeczko można sobie darować, bo przecież z maluchem wygodniej jest spać w jednym. Odkładanie w nocy dopiero co uśpionego przy piersi dziecka może skończyć się wyciem i potrzebą upiornie długiego kołysania, żeby zasnęło z powrotem. Zdarzają się rzecz jasna dzieci idealne, które uwielbiają zasypiać w swoim łóżeczku... podobno...
- Ciuchy dla malucha najlepsze są używane i nie tylko dlatego, że tanie, albo darmowe, ale dlatego, że wypłukane z wszelkiej chemii, która mogłaby podrażnić delikatną skórę. Oczywiście zdarzają się też rzeczy nowe darmowe, głównie w formie prezentów, tak się już utarło, że dziecku trzeba coś kupić.
- Zabawki też mogą być używane - po starszym rodzeństwie, albo dzieciach znajomych. Jeżeli mają być naprawdę eko powinny być wykonane z naturalnych materiałów, albo z recyclingu. Maluszkowi można zrobić na przykład grzechotkę z plastikowej butelki wypełnionej ryżem. Potem okaże się, że najlepsze zabawki to i tak te, które wcale zabawkami miały nie być: puste pudełka, nakrętki, papierki po cukierkach itp. Po dłuższym czasie ma się wrażenie, że w zabawkach się tonie, że jest ich już koszmarnie dużo i ciągle przybywa nowych (znów te prezenty).
- Pieluszki też mogą być używane, oczywiście te wielorazowe. Kolejne dziecko może dostać po poprzednim cały pieluszkowy sprzęt: otulacze, tetrę, wkłady chłonne i inne, w zależności z jakich rozwiązań się korzystało.
- Kosmetyki już raczej używane być nie mogą, ale powinny być jak najbardziej naturalne. Do pielęgnacji pupy można na przykład użyć mąki ziemniaczanej. Można jej również użyć do kąpieli w formie krochmalu, zwłaszcza dla maluchów z problemami skórnymi.
- Wózek może okazać się zbyteczny, kiedy zamierza się nosić dziecko w chuście. Spacerówka owszem się przyda, ale później i oczywiście po starszym rodzeństwie.
- Łóżeczko można sobie darować, bo przecież z maluchem wygodniej jest spać w jednym. Odkładanie w nocy dopiero co uśpionego przy piersi dziecka może skończyć się wyciem i potrzebą upiornie długiego kołysania, żeby zasnęło z powrotem. Zdarzają się rzecz jasna dzieci idealne, które uwielbiają zasypiać w swoim łóżeczku... podobno...
sobota, 10 sierpnia 2013
Trzecie dziecko
Czasem mi się wydaje, że mamy trzecie dziecko. Jedno skacze, biega, wspina się tuż obok nas - Panna Lulu, drugie rośnie dzielnie w moim brzuchu... a trzecie za oknem. Dla tego trzeciego dziecka to ja jestem jakby ojcem, a Maciek matką - on jest bardziej zaangażowany. To trzecie dziecko to nasz nowy dom.
Udało nam się przebrnąć przez papiery, urzędy, projekty... nadeszła faza realizacji. W czerwcu wjechał ciężki sprzęt i zaczęło się dziać. Zazwyczaj dom budowany jest gdzieś daleko, ktoś to za przyszłych mieszkańców wszystko ogarnia, czasem się tam zagląda, ale bez przesady i jakoś to leci. U nas jest inaczej, dom powstaje tuż obok domku w którym mieszkamy, codziennie przyglądamy się postępom. Obserwujemy z Panną Lulu koparki, betoniarki, ciężarówki i robotników przy pracy (swoją drogą nie jest to dla tych panów zdaję się zbyt komfortowe, ale cóż).
Panna Lulu uwielbia teren budowy, kiedy nie ma tam już nikogo wspina się po schodach na fundamenty, pohukuje do rur odpływowych, szaleje w piachu, tapla się w błocie, wspina na drabiny. To jej ulubiony plac zabaw i w dodatku co chwila coś sie zmienia. Trochę trzeba jej pilnować, bo nie wszystko jest bezpieczne, ale na szczęście panienka jest ostrożna i można jej w wielu sprawach zaufać.
To Maciek tak naprawdę kieruje tą budową. Każdy etap powstaje dzięki zupełnie innej ekipie, najpierw trzeba ją znaleźć, obgadać szczegóły... a potem pilnować czy wszystko idzie zgodnie z planem. Często to ja szukam podwykonawców, rozsyłam prośby o wycenę. Maciek zamawia materiały, kontroluje przebieg prac i obmyśla szczegóły, bo technologia, na jaką się uparliśmy jest nietypowa i Maciek jest jednym z nielicznych osób, która się mniej więcej orientuje o co chodzi.
Chcieliśmy mieć dom jak najbardziej naturalny, zdrowy, ekologiczny i ekonomiczny. Betonowych fundamentów nie dało nam się obejść, trudno - jest beton. Ale dalej już bardziej naturalnie - konstrukcja drewniana (właśnie powstaje). Potem między dechy wejdą kostki słomy otynkowane na zewnątrz wapnem, a w środku gliną. Wyobraziłam sobie jaki będzie w takim domu panował mikroklimat i od razu się w nim zakochałam.
Podoba mi się, że mogę to wszystko obserwować i brać w tym udział, że często rozmawiamy o różnych rozwiązaniach (nawet jeżeli częsciej ja tylko słucham), że myślimy o szczegółach. Cieszę się, że wiele rzeczy obmyślamy sami, że uczestniczymy w tej budowie, dzięki temu ten dom będzie jeszcze bardziej nasz.
Pisałam już nie raz, że jestem optymistką. Optymistyczna wersja jest taka, że pod koniec roku wprowadzimy się na dół (dom będzie miał parter i poddasze użytkowe). Mamy niewielki budżet i jest nadzieja, że wystarczy nam na to, żeby wykończyć część domu tak, aby dało się tam mieszkać. Gabinet (na początku sypialnia), łazienka, pomieszczenie gospodarcze i duuuuuuży salon z aneksem kuchennym to i tak prawie trzy razy więcej przestrzeni niż to, co mamy teraz. Już nie mogę się doczekać:)
Udało nam się przebrnąć przez papiery, urzędy, projekty... nadeszła faza realizacji. W czerwcu wjechał ciężki sprzęt i zaczęło się dziać. Zazwyczaj dom budowany jest gdzieś daleko, ktoś to za przyszłych mieszkańców wszystko ogarnia, czasem się tam zagląda, ale bez przesady i jakoś to leci. U nas jest inaczej, dom powstaje tuż obok domku w którym mieszkamy, codziennie przyglądamy się postępom. Obserwujemy z Panną Lulu koparki, betoniarki, ciężarówki i robotników przy pracy (swoją drogą nie jest to dla tych panów zdaję się zbyt komfortowe, ale cóż).
Panna Lulu uwielbia teren budowy, kiedy nie ma tam już nikogo wspina się po schodach na fundamenty, pohukuje do rur odpływowych, szaleje w piachu, tapla się w błocie, wspina na drabiny. To jej ulubiony plac zabaw i w dodatku co chwila coś sie zmienia. Trochę trzeba jej pilnować, bo nie wszystko jest bezpieczne, ale na szczęście panienka jest ostrożna i można jej w wielu sprawach zaufać.
To Maciek tak naprawdę kieruje tą budową. Każdy etap powstaje dzięki zupełnie innej ekipie, najpierw trzeba ją znaleźć, obgadać szczegóły... a potem pilnować czy wszystko idzie zgodnie z planem. Często to ja szukam podwykonawców, rozsyłam prośby o wycenę. Maciek zamawia materiały, kontroluje przebieg prac i obmyśla szczegóły, bo technologia, na jaką się uparliśmy jest nietypowa i Maciek jest jednym z nielicznych osób, która się mniej więcej orientuje o co chodzi.
Chcieliśmy mieć dom jak najbardziej naturalny, zdrowy, ekologiczny i ekonomiczny. Betonowych fundamentów nie dało nam się obejść, trudno - jest beton. Ale dalej już bardziej naturalnie - konstrukcja drewniana (właśnie powstaje). Potem między dechy wejdą kostki słomy otynkowane na zewnątrz wapnem, a w środku gliną. Wyobraziłam sobie jaki będzie w takim domu panował mikroklimat i od razu się w nim zakochałam.
Podoba mi się, że mogę to wszystko obserwować i brać w tym udział, że często rozmawiamy o różnych rozwiązaniach (nawet jeżeli częsciej ja tylko słucham), że myślimy o szczegółach. Cieszę się, że wiele rzeczy obmyślamy sami, że uczestniczymy w tej budowie, dzięki temu ten dom będzie jeszcze bardziej nasz.
Pisałam już nie raz, że jestem optymistką. Optymistyczna wersja jest taka, że pod koniec roku wprowadzimy się na dół (dom będzie miał parter i poddasze użytkowe). Mamy niewielki budżet i jest nadzieja, że wystarczy nam na to, żeby wykończyć część domu tak, aby dało się tam mieszkać. Gabinet (na początku sypialnia), łazienka, pomieszczenie gospodarcze i duuuuuuży salon z aneksem kuchennym to i tak prawie trzy razy więcej przestrzeni niż to, co mamy teraz. Już nie mogę się doczekać:)
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Domowe eko-kosmetyki
Już jakiś czas temu postanowiłam się pobawić w domowego chemika - kosmetyka. Kupiłam kilka składników przez internet, kilka w ekologicznym sklepie spożywczym i zabawa się rozpoczęła.
Wszystko przez to, że za dużo wiem, a raczej za dużo się w ostatnim czasie dowiaduję (bo mnie interesuje) o wszelkich składnikach, dodatkach i innej chemii. Bardziej z racji zainteresowań i planów na przyszłość interesuje mnie skład produktów spożywczych (a'propos, zdałam egzamin końcowy, jestem dietetykiem:), ale idąc za ciosem i o kosmetykach trochę poczytałam.
Zaczęło się oczywiście od Panny Lulu i jej problemamów z suchą skórą, potem przyjrzałam się sobie i stwierdziłam, że warto też coś zrobić z własną cerą, która od lat do najpiękniejszych nie należy. Od jakiegoś czasu staram się używać kosmetyków ekologicznych, ale przyszedł czas, że zapragnęłam zrobić coś sama.
W specjalistycznych sklepach internetowych można kupić w sensownych cenach naturalne składniki do domowej produkcji kosmetyków. Warto najpierw postudiować co jest dobre dla kogo - do jakiego typu skóry, na jakie problemy, do jakiego kosmetyku. Ja postawiłam na kremy i kupiłam na początek niewiele, taki zestaw podstwowy: olej ze słodkich migdałów (nawilżający, dobry dla małych dzieci), olej arganowy (przeciwzapalny, poprawia elastyczność skóry i nawilża), masło shea (nawilża, natłuszcza, odżywia, wygładza), glicerynę (nawilża), mocznik (nawilża) i emulgatory (niezbędne aby połączyć fazę wodną i olejową, tworzy emulsję). W domu miałam jeszcze oliwę z oliwek, olej kokosowy, olejki eteryczne i oczywiście wodę (najlepsza źródlana). Coś tam poczytałam, coś tam pokombinowałam i coś tam mi nawet wyszło. Robienie kremów nie jest szczególnie trudne - do wielkiego gara wstawia się 2 słoiki/szklanki/kubki do jednego wrzuca się wszystko co tłuste, do drugiego tzw. fazę wodną, a potem na zimno bardziej wrażliwe składniki. Oczywiście przepis sobie sama wymyśliłam, bo gotowce mi się nie podobały i ... nawet coś z tego wyszło... dało się tym posmarować.
Efekt był taki, że moja facjata co prawda ładniejsza sie nie zrobiła, ale Panna Lulu problemów z suchą skórą nie ma. Możliwe, że przeszły jej samoistnie, bo skóra dojrzała, ale przed rozpoczęciem smarowania miała jeszcze suche plamy na ciałku, a teraz już nie ma.
Nie poprzestałam na tym, wczoraj byłam na warsztacie na temat samodzielnej produkcji kosmetyków. Wyszłam zachwycona, trochę tej wiedzy miałam, ale mi się ugruntowało i dodało i były zajęcia praktyczne i ach i och. Nie lubię na swoim blogu promować firm, ale jak polskie i małe i sensowne, to mogę - warsztaty organizowała Ewa Sroka, która prowadzi firmę Skin Philosophy - polecam. Wiem czego nie używać, jak poprawić własne receptury (przydałoby się dokupić kilka składników), jak pielęgnować moją niedoskonałą cerę. Poza tym z warsztatu wyszłam z kremem, który może pomoże i całą masą przepisów do wypróbowania. W konsekwencji poróciwszy do domu umyłam zęby pastą Panny Lulu (ekologiczną) bo skład mojej mnie przeraził, zrobiłam sobie tonik z wody i octu jabłkowego, a dzisiaj rano ugotowałam wywar z orzechów piorących do mycia włosów, bo choć używam niby ekologicznego szamponu, to przecież może być jeszcze bardziej ekologicznie:)
Wszystko przez to, że za dużo wiem, a raczej za dużo się w ostatnim czasie dowiaduję (bo mnie interesuje) o wszelkich składnikach, dodatkach i innej chemii. Bardziej z racji zainteresowań i planów na przyszłość interesuje mnie skład produktów spożywczych (a'propos, zdałam egzamin końcowy, jestem dietetykiem:), ale idąc za ciosem i o kosmetykach trochę poczytałam.
Zaczęło się oczywiście od Panny Lulu i jej problemamów z suchą skórą, potem przyjrzałam się sobie i stwierdziłam, że warto też coś zrobić z własną cerą, która od lat do najpiękniejszych nie należy. Od jakiegoś czasu staram się używać kosmetyków ekologicznych, ale przyszedł czas, że zapragnęłam zrobić coś sama.
W specjalistycznych sklepach internetowych można kupić w sensownych cenach naturalne składniki do domowej produkcji kosmetyków. Warto najpierw postudiować co jest dobre dla kogo - do jakiego typu skóry, na jakie problemy, do jakiego kosmetyku. Ja postawiłam na kremy i kupiłam na początek niewiele, taki zestaw podstwowy: olej ze słodkich migdałów (nawilżający, dobry dla małych dzieci), olej arganowy (przeciwzapalny, poprawia elastyczność skóry i nawilża), masło shea (nawilża, natłuszcza, odżywia, wygładza), glicerynę (nawilża), mocznik (nawilża) i emulgatory (niezbędne aby połączyć fazę wodną i olejową, tworzy emulsję). W domu miałam jeszcze oliwę z oliwek, olej kokosowy, olejki eteryczne i oczywiście wodę (najlepsza źródlana). Coś tam poczytałam, coś tam pokombinowałam i coś tam mi nawet wyszło. Robienie kremów nie jest szczególnie trudne - do wielkiego gara wstawia się 2 słoiki/szklanki/kubki do jednego wrzuca się wszystko co tłuste, do drugiego tzw. fazę wodną, a potem na zimno bardziej wrażliwe składniki. Oczywiście przepis sobie sama wymyśliłam, bo gotowce mi się nie podobały i ... nawet coś z tego wyszło... dało się tym posmarować.
Efekt był taki, że moja facjata co prawda ładniejsza sie nie zrobiła, ale Panna Lulu problemów z suchą skórą nie ma. Możliwe, że przeszły jej samoistnie, bo skóra dojrzała, ale przed rozpoczęciem smarowania miała jeszcze suche plamy na ciałku, a teraz już nie ma.
Nie poprzestałam na tym, wczoraj byłam na warsztacie na temat samodzielnej produkcji kosmetyków. Wyszłam zachwycona, trochę tej wiedzy miałam, ale mi się ugruntowało i dodało i były zajęcia praktyczne i ach i och. Nie lubię na swoim blogu promować firm, ale jak polskie i małe i sensowne, to mogę - warsztaty organizowała Ewa Sroka, która prowadzi firmę Skin Philosophy - polecam. Wiem czego nie używać, jak poprawić własne receptury (przydałoby się dokupić kilka składników), jak pielęgnować moją niedoskonałą cerę. Poza tym z warsztatu wyszłam z kremem, który może pomoże i całą masą przepisów do wypróbowania. W konsekwencji poróciwszy do domu umyłam zęby pastą Panny Lulu (ekologiczną) bo skład mojej mnie przeraził, zrobiłam sobie tonik z wody i octu jabłkowego, a dzisiaj rano ugotowałam wywar z orzechów piorących do mycia włosów, bo choć używam niby ekologicznego szamponu, to przecież może być jeszcze bardziej ekologicznie:)
piątek, 12 kwietnia 2013
Rok z wegetarianizmem
Jakoś tak mniej więcej teraz mija rok jak nie jem mięsa. To było po świętach wielkanocnych rok temu, a ponieważ jak wiadomo święta to ruchome, więc data stała się nieuchwytna (trzeba było w Sylwestra rzucać mięsożerność). Przygotowywałam się do tego stopniowo, na początku nie myślałam o wegetarianizmie, tylko ograniczałam jedzenie mięsa, jakoś mi przestało smakować. Po urodzeniu Panny Lulu zaczęłam trochę inaczej gotować, bardziej zdrowo, więcej warzyw, produkty pełnoziarniste, o rezygnacji z gotowców nie wspominając. To była chyba naturalna kolej rzeczy, chociaż kiedyś byłam bardzo mięsożerna. Zwłaszcza, że czytałam coraz więcej o jedzeniu, o tym jak jest przetwarzane, jak uprawiane i hodowane.
Tak, nie odpowiada mi w jaki sposób traktowane są zwierzęta hodowlane i jak są zabijane. Nie godzę sie na sprawianie im cierpienia. Wiem, że mój sprzeciw to kropla w morzu, ale nie zamierzam się do tego przyczyniać. Panna Lulu dostaje mięso, ale najczęściej jest to mięso ekologiczne, od zwierząt, które przez swoje krótkie życie były szczęśliwe, oglądały słońce, skubały trawę.
Nie odpowiada mi również to, czym zwierzęta hodowlane są żywione, nie chciałam zjadać hormonów, antybiotyków i różnorodnych toksyn zawartych w mięsie, a w szczególności w tłuszczu. I to tylko w mięsie, w wędlinach jest tego dużo więcej. Żeby zakonserwować wędliny dodaje się konserwanty - azotany (słynna saletra, używana nawet w produkcji dmomowej), które są rakotwórcze. Producenci stwierdzili, że lepsze to niż jad kiełbasiany - pewnie mają trochę racji, nie zabija tak szybko. Dodają też wiele innych rzeczy, pal sześć jeżeli jest to skrobia albo białko sojowe, ale chemii bywa w wędlinach naprawdę sporo. Jak słyszę, że powinnam dawać Pannie Lulu codziennie rano szyneczkę na śniadanie, to mi skóra cierpnie.
Cały czas jem ryby, postanowiłam rozstać się z nimi dopiero po rozpoczęciu rozszerzania diety drugiemu potomkowi. Dla ciężarnych trudno znaleźć alternatywę źródła dużej ilości kwasów omega-3, bo nie powinny one jeść oleju lnianego (również bogatego w te kwasy). Z rybami w ogóle jest sporo problemów bo część z nich może być skażona związkami rtęci, cześć (zwłaszcza te bałtyckie, np. śledzie) dioksynami, a hodowlane są traktowane i karmione jak reszta i choć są to organizmy niższego rzędu nie bardzo mi to odpowiada. Inną kwestią jest zbytnia eksploatacja łowisk. Chciałabym, żeby moje wnuki mogły sobie iść nad morzem na rybkę.
Nie zamierzam rezygnować z jajek. Kupuję wyłącznie jajka ekologiczne, więc nie mam z tym problemu. Gorzej jest z nabiałem, nie podoba mi się w jaki sposób są traktowane zwierzęta, ale nie wymyśliłam dotąd alternatywy. Jak tylko stopnieje śnieg (u nas jeszcze sporo leży na trawniku) zaczniemy brać mleko ze wsi, ale to i tak nie pokryje naszych wszystkich potrzeb. Poza tym podczas kupowania nabiału trzeba dokładnie czytać skład. Ostatnio nawet w ekologicznym jogurcie znalazłam żelatynę wieprzową - skandal! Ogólna zasada - im krótszy skład tym lepiej. Na szczęście mam już wypróbowane produkty, więc nie stoję godzinami przy lodówkach w sklepach (można się od tego przeziębić).
Mam wrażenie, że dzięki temu, że nie jem mięsa czuję się lepiej. Nie jestem ociążała, po posiłku nie chce mi się spać, mam znacznie lepszą przemianę materii, więcej energii, błyszczące włosy, nieco lepszą cerę. Maćkowi też taki sposób odżywiania odpowiada. Na początku zaproponowałąm mu, że będę od czasu do czasu robiła dwie wersje obiadu, ale odmówił. Czasem oczywiście je mięso - na proszonych obiadach, kolacjach, czy w restauracjach, ale często po tym narzeka.
Poza tym to naprawdę przyjemne trwać w swoich przekonaniach:)
Tak, nie odpowiada mi w jaki sposób traktowane są zwierzęta hodowlane i jak są zabijane. Nie godzę sie na sprawianie im cierpienia. Wiem, że mój sprzeciw to kropla w morzu, ale nie zamierzam się do tego przyczyniać. Panna Lulu dostaje mięso, ale najczęściej jest to mięso ekologiczne, od zwierząt, które przez swoje krótkie życie były szczęśliwe, oglądały słońce, skubały trawę.
Nie odpowiada mi również to, czym zwierzęta hodowlane są żywione, nie chciałam zjadać hormonów, antybiotyków i różnorodnych toksyn zawartych w mięsie, a w szczególności w tłuszczu. I to tylko w mięsie, w wędlinach jest tego dużo więcej. Żeby zakonserwować wędliny dodaje się konserwanty - azotany (słynna saletra, używana nawet w produkcji dmomowej), które są rakotwórcze. Producenci stwierdzili, że lepsze to niż jad kiełbasiany - pewnie mają trochę racji, nie zabija tak szybko. Dodają też wiele innych rzeczy, pal sześć jeżeli jest to skrobia albo białko sojowe, ale chemii bywa w wędlinach naprawdę sporo. Jak słyszę, że powinnam dawać Pannie Lulu codziennie rano szyneczkę na śniadanie, to mi skóra cierpnie.
Cały czas jem ryby, postanowiłam rozstać się z nimi dopiero po rozpoczęciu rozszerzania diety drugiemu potomkowi. Dla ciężarnych trudno znaleźć alternatywę źródła dużej ilości kwasów omega-3, bo nie powinny one jeść oleju lnianego (również bogatego w te kwasy). Z rybami w ogóle jest sporo problemów bo część z nich może być skażona związkami rtęci, cześć (zwłaszcza te bałtyckie, np. śledzie) dioksynami, a hodowlane są traktowane i karmione jak reszta i choć są to organizmy niższego rzędu nie bardzo mi to odpowiada. Inną kwestią jest zbytnia eksploatacja łowisk. Chciałabym, żeby moje wnuki mogły sobie iść nad morzem na rybkę.
Nie zamierzam rezygnować z jajek. Kupuję wyłącznie jajka ekologiczne, więc nie mam z tym problemu. Gorzej jest z nabiałem, nie podoba mi się w jaki sposób są traktowane zwierzęta, ale nie wymyśliłam dotąd alternatywy. Jak tylko stopnieje śnieg (u nas jeszcze sporo leży na trawniku) zaczniemy brać mleko ze wsi, ale to i tak nie pokryje naszych wszystkich potrzeb. Poza tym podczas kupowania nabiału trzeba dokładnie czytać skład. Ostatnio nawet w ekologicznym jogurcie znalazłam żelatynę wieprzową - skandal! Ogólna zasada - im krótszy skład tym lepiej. Na szczęście mam już wypróbowane produkty, więc nie stoję godzinami przy lodówkach w sklepach (można się od tego przeziębić).
Mam wrażenie, że dzięki temu, że nie jem mięsa czuję się lepiej. Nie jestem ociążała, po posiłku nie chce mi się spać, mam znacznie lepszą przemianę materii, więcej energii, błyszczące włosy, nieco lepszą cerę. Maćkowi też taki sposób odżywiania odpowiada. Na początku zaproponowałąm mu, że będę od czasu do czasu robiła dwie wersje obiadu, ale odmówił. Czasem oczywiście je mięso - na proszonych obiadach, kolacjach, czy w restauracjach, ale często po tym narzeka.
Poza tym to naprawdę przyjemne trwać w swoich przekonaniach:)
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Zimowe ptaki
Panna Lulu dostała od babci na mikołajki karmnik dla ptaków i ziarna. Teściowa zasugerowała, żeby karmnik było widać z okna i żeby Panna Lulu mogła obserwować co się tam dzieje. I rzeczywiście, ptaki się zleciały, ziarna wyjadały, niedługo trzeba było kupić nową porcję. Ponieważ jestem z panienką trochę mało mobilna, ze sklepów odwiedzamy głównie hipermarkety bo dookoła prawie nic nie ma, więc nie mając za dużego wyboru kupiłam karmę dla kanarków. Wydawało mi się to najbardziej zbliżone do potrzeb ptaków rodzimych, nic lepszego nie było. Jednak teściowa moja miała lepszą rękę, ptaki rodzime odmówiły jedzenia karmy dla kanarków... do czasu.
Nie jestem szczególną zwolenniczką dokarmiania zwierząt niezależnie od pory roku. No może podczas srogich zim im się należy, ale w innych okolicznościach dokarmianie je rozleniwia i tracą umiejętność radzenia sobie samodzielnie. Kota też dokarmiam tylko zimą, niech lepiej łapie myszy i krety w końcu naturalnych drapieżników w naszych ekosystemach za dużo nie ma.
Ale czego się nie robi dla dzieci. Panna Lulu obserwuje ptaki zafascynowana, coś tam się rusza, fruwa... łał. Dzięki temu poznaje przyrodę, uczy się ją szanować, pobudzaona zostaje jej ciekawość świata.Zdaję się, że jest to nawet zgodne z montesoriańską metodą uczenia. Na szczęście na karmę dla kanarków znaleźli się w końcu amatorzy kiedy śnieg przykrył inne możliwości stołowania się.
A ja przy okazji też się uczę, uzupełniam wiedzę, która gdzieś mi na studiach mignęła niezauważona. Uczę sie rozpoznawać ptaki. Do tej pory nasz karmnik odwiedziły następujące gatunki:
- Sikora bogatka
- Sikora modraszka
- Kowalik
- Pokrzewka czarnołbista
- Dzwoniec
Nie jestem szczególną zwolenniczką dokarmiania zwierząt niezależnie od pory roku. No może podczas srogich zim im się należy, ale w innych okolicznościach dokarmianie je rozleniwia i tracą umiejętność radzenia sobie samodzielnie. Kota też dokarmiam tylko zimą, niech lepiej łapie myszy i krety w końcu naturalnych drapieżników w naszych ekosystemach za dużo nie ma.
Ale czego się nie robi dla dzieci. Panna Lulu obserwuje ptaki zafascynowana, coś tam się rusza, fruwa... łał. Dzięki temu poznaje przyrodę, uczy się ją szanować, pobudzaona zostaje jej ciekawość świata.Zdaję się, że jest to nawet zgodne z montesoriańską metodą uczenia. Na szczęście na karmę dla kanarków znaleźli się w końcu amatorzy kiedy śnieg przykrył inne możliwości stołowania się.
A ja przy okazji też się uczę, uzupełniam wiedzę, która gdzieś mi na studiach mignęła niezauważona. Uczę sie rozpoznawać ptaki. Do tej pory nasz karmnik odwiedziły następujące gatunki:
- Sikora bogatka
- Sikora modraszka
- Kowalik
- Pokrzewka czarnołbista
- Dzwoniec
czwartek, 10 stycznia 2013
Eko testy cz. 4
Nie zdążyłam zakończyć cyklu eko testów w starym roku, miałam blogowego lenia (biję się w pierś). Ale lepiej późno niż wcale, więc wracam do tematu. Tym razem wielorazowe wkładki higieniczne.
Wspominałam już że jestem zwolenniczką niewielkich kroków. Nie zdecydowałam się na wielorazowe podpaski, a ni na kubeczek menstruacyjny (może później), ale na wkładki właśnie. Wydały mi się najłatwiejsze do zaakceptowania. Wyszłam z założenia, że jeżeli mojemu dziecku pakuję w majtki tetrę, to sama nie mogę pozostać gorsza. Mówi się, że pieluszki wielorazowe to tony śmieci, policzcie sobie ile zużywacie podpasek i wkładek. Tampony są moim zdaniem najbardziej ekologiczne - jako wyrób z bawełny przynajmniej się dość szybko rozkłada.
Wkładki stosuję podczas okresu jako ubezpieczenie przy użyciu omówionych powyżej tamponów. Kiedy okres się kończy wystarczą same, również w nocy. Od samego początku wydały mi się bardzo wygodne. Są miłe w dotyku, proste w obsłudze (zapinane na nap) i mimo, że są grubsze niż jednorazowe, nie stanowi to problemu.
Kupiłam wkładki higieniczne polskiej firmy, flanelowe, bez zabezpieczającej warstwy PUL (jak w pieluszkach). Mimo to nie miałam najmniejszych problemów, są wystarczająco chłonne. Dostępne są w dwóch kolorach: białym i czerwonym. Te drugie zdecydowanie lepsze podczas okresu. Po użyciu należy wrzucić wkładkę do zimnej wody z solą na kilka godzin, a potem uprać, są więc łatwe w obsłudze.
Polecam!
Wspominałam już że jestem zwolenniczką niewielkich kroków. Nie zdecydowałam się na wielorazowe podpaski, a ni na kubeczek menstruacyjny (może później), ale na wkładki właśnie. Wydały mi się najłatwiejsze do zaakceptowania. Wyszłam z założenia, że jeżeli mojemu dziecku pakuję w majtki tetrę, to sama nie mogę pozostać gorsza. Mówi się, że pieluszki wielorazowe to tony śmieci, policzcie sobie ile zużywacie podpasek i wkładek. Tampony są moim zdaniem najbardziej ekologiczne - jako wyrób z bawełny przynajmniej się dość szybko rozkłada.
Wkładki stosuję podczas okresu jako ubezpieczenie przy użyciu omówionych powyżej tamponów. Kiedy okres się kończy wystarczą same, również w nocy. Od samego początku wydały mi się bardzo wygodne. Są miłe w dotyku, proste w obsłudze (zapinane na nap) i mimo, że są grubsze niż jednorazowe, nie stanowi to problemu.
Kupiłam wkładki higieniczne polskiej firmy, flanelowe, bez zabezpieczającej warstwy PUL (jak w pieluszkach). Mimo to nie miałam najmniejszych problemów, są wystarczająco chłonne. Dostępne są w dwóch kolorach: białym i czerwonym. Te drugie zdecydowanie lepsze podczas okresu. Po użyciu należy wrzucić wkładkę do zimnej wody z solą na kilka godzin, a potem uprać, są więc łatwe w obsłudze.
Polecam!
środa, 2 stycznia 2013
Postanowienia noworoczne
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek takowe robiła. Może w czasach młodości chmurnej i durnej, pewnie zrzucić chciałam kilka kilogramów. Nie mam potrzeb tego typu, zakładam, że kolejny rok będzie jeszcze lepszy, a ja bardziej doskonała:)
Niemniej jednak gdyby ktoś potrzebował kilku wskazówek, co by tu można sobie noworocznie postanowić w kwestii ekologii, służę pomocą:
- oszczędzać wodę przy codziennych czynnościach pielęgnacyjno - higienicznych,
- nie zapalać niepotrzebnie świateł - w półmroku jest tak romantycznie,
- zamienić samochód na rower (nie tylko dla ekologii, również dla zdrowia),
- zacząć lub bardziej się przyłożyć do segregowania śmieci,
- używać produktów wielorazowych,
- wybierać przyjazne środowisku i biodegradowalne środki czystości,
- przerzucić się na kosmetyki nietestowane na zwierzętach, wyprodukowane z naturalnych produktów roślinnych,
- częściej kupować żywność organiczną,
- przestać, albo chociaż ograniczyć jedzenie mięsa.
Prawda, że nie jestem zbyt wymagająca? Jestem zwolenniczką metody małych kroków:)
W ogóle Szczęśliwego Nowego Roku i bardziej eko na codzień.
Niemniej jednak gdyby ktoś potrzebował kilku wskazówek, co by tu można sobie noworocznie postanowić w kwestii ekologii, służę pomocą:
- oszczędzać wodę przy codziennych czynnościach pielęgnacyjno - higienicznych,
- nie zapalać niepotrzebnie świateł - w półmroku jest tak romantycznie,
- zamienić samochód na rower (nie tylko dla ekologii, również dla zdrowia),
- zacząć lub bardziej się przyłożyć do segregowania śmieci,
- używać produktów wielorazowych,
- wybierać przyjazne środowisku i biodegradowalne środki czystości,
- przerzucić się na kosmetyki nietestowane na zwierzętach, wyprodukowane z naturalnych produktów roślinnych,
- częściej kupować żywność organiczną,
- przestać, albo chociaż ograniczyć jedzenie mięsa.
Prawda, że nie jestem zbyt wymagająca? Jestem zwolenniczką metody małych kroków:)
W ogóle Szczęśliwego Nowego Roku i bardziej eko na codzień.
środa, 5 grudnia 2012
Eko Mikołajki
Moja przyjaciółka zmobilizowała mnie do działania... a tak mi się nie chciało. Sprawa się tyczy prezentów mikołajkowych. Myślałam, że raczej gwiazdkowe i że jeszcze mam czas, żeby coś wymyślić, wypatrzeć, wychodzić. A tu nagle dzwoni owa przyjaciółka i mówi, że mikołajki organizuje i że dzieci będą... dziewięcioro dzieci będzie. Właściwie to nie trzeba prezentów, ale... ja lubię dawać prezenty, zwłaszcza dzieciom.
Więc się zabrałam za robienie prezentów. Mikołajki są bardziej symboliczne, nie trzeba przepuszczać majątku, a ja czując się coraz bardziej eko postawiłam na handmade. Nie dość, że własnymi rękoma, to jeszcze z materiałów z recyclingu. Aż Maciek stwierdził, że mnie koleżanki obsmarują za plecami (albo jawnie), że nie mam co ze śmieciami robić.
Wzięłam stare kawałki polaru, kokardki z prezentów weselnych jeszcze zdaję się i... torebki foliowe jako wypełnienie. Wyszły super mikołajkowe Mikołajki, miłe, szeleszczące, ekologiczne:)
Więc się zabrałam za robienie prezentów. Mikołajki są bardziej symboliczne, nie trzeba przepuszczać majątku, a ja czując się coraz bardziej eko postawiłam na handmade. Nie dość, że własnymi rękoma, to jeszcze z materiałów z recyclingu. Aż Maciek stwierdził, że mnie koleżanki obsmarują za plecami (albo jawnie), że nie mam co ze śmieciami robić.
Wzięłam stare kawałki polaru, kokardki z prezentów weselnych jeszcze zdaję się i... torebki foliowe jako wypełnienie. Wyszły super mikołajkowe Mikołajki, miłe, szeleszczące, ekologiczne:)
wtorek, 13 listopada 2012
Eko testy, cz. 3
Długo szukałam ekologicznych kosmetyków dla siebie, próbowałam nawet robić coś w domu. Może nawet do tego wrócę, chwilowo częściej siedzę w kuchni, niż w łazience, więc nie bardzo mam czas. Chociaż podobno najlepiej jest gdy każdy kosmetyk jest jadalny:)
Co prawda kosmetyków używam mało, ale jednak. Nie jestem typem kobiety spędzającej godziny przed lustrem, o maseczkach notorycznie zapominam, na dziesiątki kremów do różnych fragmentów facjaty nie mam miejsca, smarować ciałka mi się nie chce - robię to jedynie od czasu do czasu. Dla mnie podstawowe kosmetyki to: mydło, szampon do włosów, żel pod prysznic, pomadka ochronna (jestem od niej niestety uzależniona), dezodorant, krem do twarzy, balsam do ciała, krem do rąk (to przez częste zmywanie).
Kupując kosmetyk zwracam uwagę na zawartość naturalnych składników, brak olejów mineralnych, środki konserwujące (najlepiej jak producent napisze, że ich nie ma, bo sama nie do końca wiem, która pozycja w składzie to paraben), PEG, no i oczywiście czy są testowane na zwierzętach (dlatego przestałam jeść mięso, żeby nie przyczyniać się do cierpienia zwierząt i dlatego szukam na ten temat informacji na opakowaniach kosmetyków).
Kosmetyki ekologiczne są niestety duuużo droższe, ale zdarzają się wyjątki. W jednej z bardziej znanych na polskim rynku sieci drogerii można znaleźć całkowicie ekologiczną linię kosmetyków. Opakowanie oznakowane jest etykietą "Vegan", co oznacza, że wszystkie składniki są pochodzenia roślinnego, a produkt nie był testowany na zwierzętach. W przypadku kosmetyków, które musimy z siebie spłukać naturalny skład jest dodatkowo istotny, bo substancje w większości są biodegradowalne i nie zanieczyszczają środowiska. Z linii kosmetyków testowałam:
- szampon - jest ich kilka rodzajów w zależności od rodzaju włosów, próbowałam kilku - wszystkie bardzo dobre i pięknie pachną, za 200 ml trzeba zapłacić od 7 do 10 zł (w zależności, czy jest promocja czy nie), więc nie jest tak źle, używam regularnie,
- odżywkę do włosów - włosy po niej dobrze się rozczesują,
- żel pod prysznic - nie mam w stosunku do tego kosmetyku jakiś szczególnych wymagań - ładnie pachnie i ma naturalny skład - jest super, używam,
- mydło do rąk - j.w.,
- pomadka do ust - najważniejsze, że nie ma wazeliny, ma dobrą konsystencję i rzeczywiście chroni usta, kosztuje 4-5zł,
- krem do rąk - przyjemny, ładnie pachnie, ale dla mnie trochę za rzadki, może dobry dla pani prezes, ale kura domowa potrzebuje czegoś silniejszego,
- balsam do ciała - obłędnie pachnie, ale nie najlepiej się wchłania, mnie to aż tak bardzo nie przeszkadza, więc stosuję od czasu do czasu,
- krem do twarzy - ja mam niestety zbyt suchą skórę na zwykłe kremy,
- dezodorant - kupiłam jakiś czas temu i zupełnie nie spodobał mi się jego zapach - zdawał się potęgować brzydki zapach potu, wtedy był tylko jeden rodzaj, więcej nie próbowałam.
Dezodorant kupiłam ostatnio super naturalny - minerał zwany ałunem. Wygląda jak przezroczysty kamień i podobnie się zachowuje. Moczy się go i smaruje pod pachami - trochę czarna magia, bo kompletnie nie ma się wrażenia, że coś tam zostaje, ale działa. Nie zostawia zabrudzeń, nie pachnie i podobno jest znacznie lepszy niż zwykły dezodorant (opinia Maćka, ja aż tak bardzo go nie potrzebuję). Kosztował 14 zł i ma starczyć na rok stosowania.
Krem do rąk kupiłam ostatnio polskiej firmy (co mnie ogromnie ucieszyło), choć nie ekologiczny. Udało mi się znaleźć coś co nie ma w składzie olejów mineralnych, a pierwszych kilka pozycji jest pochodzenia naturalnego. Oczywiście jest tam trochę syfu, ale na dalszych pozycjach - czyli mniej.
A do twarzy używam emolientu Panny Lulu. Mam suchą skórę i chyba mi pomaga. Mimo, że nie jest ekologiczny nie ma w składzie parafiny tylko olej sojowy, parabenów i PEG (tak mi się zdaję - czytałam sporo zanim się na niego zdecydowałam). Tu przynajmniej działam w duchu minimalizmu - jeden kosmetyk dla dwóch osób:)
Myślę też o zakupie ekologicznej pasty do zębów.
Co prawda kosmetyków używam mało, ale jednak. Nie jestem typem kobiety spędzającej godziny przed lustrem, o maseczkach notorycznie zapominam, na dziesiątki kremów do różnych fragmentów facjaty nie mam miejsca, smarować ciałka mi się nie chce - robię to jedynie od czasu do czasu. Dla mnie podstawowe kosmetyki to: mydło, szampon do włosów, żel pod prysznic, pomadka ochronna (jestem od niej niestety uzależniona), dezodorant, krem do twarzy, balsam do ciała, krem do rąk (to przez częste zmywanie).
Kupując kosmetyk zwracam uwagę na zawartość naturalnych składników, brak olejów mineralnych, środki konserwujące (najlepiej jak producent napisze, że ich nie ma, bo sama nie do końca wiem, która pozycja w składzie to paraben), PEG, no i oczywiście czy są testowane na zwierzętach (dlatego przestałam jeść mięso, żeby nie przyczyniać się do cierpienia zwierząt i dlatego szukam na ten temat informacji na opakowaniach kosmetyków).
Kosmetyki ekologiczne są niestety duuużo droższe, ale zdarzają się wyjątki. W jednej z bardziej znanych na polskim rynku sieci drogerii można znaleźć całkowicie ekologiczną linię kosmetyków. Opakowanie oznakowane jest etykietą "Vegan", co oznacza, że wszystkie składniki są pochodzenia roślinnego, a produkt nie był testowany na zwierzętach. W przypadku kosmetyków, które musimy z siebie spłukać naturalny skład jest dodatkowo istotny, bo substancje w większości są biodegradowalne i nie zanieczyszczają środowiska. Z linii kosmetyków testowałam:
- szampon - jest ich kilka rodzajów w zależności od rodzaju włosów, próbowałam kilku - wszystkie bardzo dobre i pięknie pachną, za 200 ml trzeba zapłacić od 7 do 10 zł (w zależności, czy jest promocja czy nie), więc nie jest tak źle, używam regularnie,
- odżywkę do włosów - włosy po niej dobrze się rozczesują,
- żel pod prysznic - nie mam w stosunku do tego kosmetyku jakiś szczególnych wymagań - ładnie pachnie i ma naturalny skład - jest super, używam,
- mydło do rąk - j.w.,
- pomadka do ust - najważniejsze, że nie ma wazeliny, ma dobrą konsystencję i rzeczywiście chroni usta, kosztuje 4-5zł,
- krem do rąk - przyjemny, ładnie pachnie, ale dla mnie trochę za rzadki, może dobry dla pani prezes, ale kura domowa potrzebuje czegoś silniejszego,
- balsam do ciała - obłędnie pachnie, ale nie najlepiej się wchłania, mnie to aż tak bardzo nie przeszkadza, więc stosuję od czasu do czasu,
- krem do twarzy - ja mam niestety zbyt suchą skórę na zwykłe kremy,
- dezodorant - kupiłam jakiś czas temu i zupełnie nie spodobał mi się jego zapach - zdawał się potęgować brzydki zapach potu, wtedy był tylko jeden rodzaj, więcej nie próbowałam.
Dezodorant kupiłam ostatnio super naturalny - minerał zwany ałunem. Wygląda jak przezroczysty kamień i podobnie się zachowuje. Moczy się go i smaruje pod pachami - trochę czarna magia, bo kompletnie nie ma się wrażenia, że coś tam zostaje, ale działa. Nie zostawia zabrudzeń, nie pachnie i podobno jest znacznie lepszy niż zwykły dezodorant (opinia Maćka, ja aż tak bardzo go nie potrzebuję). Kosztował 14 zł i ma starczyć na rok stosowania.
Krem do rąk kupiłam ostatnio polskiej firmy (co mnie ogromnie ucieszyło), choć nie ekologiczny. Udało mi się znaleźć coś co nie ma w składzie olejów mineralnych, a pierwszych kilka pozycji jest pochodzenia naturalnego. Oczywiście jest tam trochę syfu, ale na dalszych pozycjach - czyli mniej.
A do twarzy używam emolientu Panny Lulu. Mam suchą skórę i chyba mi pomaga. Mimo, że nie jest ekologiczny nie ma w składzie parafiny tylko olej sojowy, parabenów i PEG (tak mi się zdaję - czytałam sporo zanim się na niego zdecydowałam). Tu przynajmniej działam w duchu minimalizmu - jeden kosmetyk dla dwóch osób:)
Myślę też o zakupie ekologicznej pasty do zębów.
czwartek, 25 października 2012
Eko testy, cz. 2
Tym razem kosmetyki dla dzieci, ekologiczne ma się rozumieć. Kupiłam Pannie Lulu kilka specyfików i mam nadzieję, że dzięki temu ograniczę chemikalia, z którymi prawie wszędzie można mieć do czynienia. Przede wszystkim zależy mi, żeby Panna Lulu nie miała do czynienia z:
- parabenami - środkami konserwującyumi, które prawdopodobnie są rakotwórcze,
- olejami mineralnymi (parafina, silikon), które zatykają pory, mogą wysuszać skórę, odkładają się w nerkach i wątrobie,
- PEG czyli glikolem propylenowym stosowanym jako rozpuszczalnik i emulgator, prawdopodobnie rakotwórczym ponadto wysuszającym skórę, zaburzającym pracę nerek, wątroby i układy nerwowego.
Lista jest oczywiście dłuższa, wymieniłam tylko najczęściej stosowane świństwa.
W związku z tym zdecydowałam się na zakup: pasty do zębów, płynu do kąpieli, stosuję też ekologiczny olej kokosowy do smarowania ciała.
Ekologiczna pasta do zębów nie zawiera fluoru. Z jednej strony nie powinien być on podawany tak małym dzieciom, z drugiej prawdopodobnie wcale nie ma potrzeby dodawania go do past do zębów, bo wystarczająco dużo dostajemy go z pokarmem. W skład pasty wchodzi: kreda, woda, gliceryna roślinna, polisacharydy roślinne, mirra i olejek z kopru włoskiego. Składniki roślinne pochodzą z rolnictwa ekologicznego. Takie składniki umożliwiają usuwanie zanieczyszczeń, działają bakteriostatycznie i łagodząco. Gdyby tylko Panna Lulu chciała te zęby myć.
Ponieważ Panna Lulu miewa problemy ze skórą, która czasem jest przesuszona, kupiłam jej płyn do kąpieli dla skóry atopowej. W skład preparatu wchodzi olejek ze słodkich migdałów (niestety na odległej pozycji) i lilia wodna. Niestety nie doczytałam składu przed zakupem, uległam etykietce "eko" i chociaż 99% składników jest pochodzenia naturalnego, to tylko 1% z nich pochodzi z rolnictwa ekologicznego. Stosuje się go bardzo przyjemnie, fajnie się pieni, ładnie pachnie, skóra dziecięcia jest gładka, ale następnym razem poszukam czegoś innej firmy (niestety nie znalazłam jeszcze ekologicznych kosmetyków produkcji polskiej, a bardzo bym chciała!).
Olej kokosowy bardzo dobrze się sprawdza jako balsam do ciała. W temperaturze pokojowej (ok. 20 stopni) znajduje się w formie stałej, dobrze się rozprowadza, szybko wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy, skóra jest miękka i gładka. Kupiłam go jakiś czas temu, kiedy Panna Lulu miała jeszcze problemy z suchą skórą i niestety okazał się zbyt słabo nawilżający. Po kilku tygodniach stosowania wróciłam do mało ekologicznego emolientu (jednak bez olejów mineralnych). Teraz, kiedy problemy ze skórą Panny Lulu minęły, mam nadzieję bezpowrotnie, z powrotem zaczęłam ją smarować olejem kokosowym.
Jeszcze tylko brakuje mi ekologicznego kremu do pupy, chociaż stosuję go rzadko, ale mimo wszystko by się przydał, bo wszystkie kremy apteczne zawierają niestety oleje mineralne.
Jeszcze tylko brakuje mi ekologicznego kremu do pupy, chociaż stosuję go rzadko, ale mimo wszystko by się przydał, bo wszystkie kremy apteczne zawierają niestety oleje mineralne.
środa, 17 października 2012
Eko testy, cz. 1.
Od pewnego czasu zaopatruję się w fajnym, rodzinnym sklepie z ekologiczną żywnością. Można tam też znaleźć kosmetyki i środki czystości. Dzisiaj o tych ostatnich.
Denerwowało mnie, że pompuję syf w naszą kochaną matkę Ziemię używając chemicznych detergentów. Poza tym nie wierzę, że wszystko uda się spłukać z umytych własnie naczyń, potem to świństwo zjadamy. Postanowiłam kupić więc na próbę ekologiczny płyn do mycia naczyń, żeby sprawdzić jego jakość wydajność. Zastanawiałam się nad wyrobem własnym takowego specyfiku, ale jakoś nie mogłam się zdecydować (lenistwo?). Zakupiłam też płyn do płukania, bo brakowało mi zapachu na ubraniach. Teraz, kiedy rzeczy nie schną tak jak latem, czasami pozostaje niemiły smrodek, a pranie w samych kulach jest bezwonne. Od jakiegoś czasu używam do prania i czyszczenia sodę oczyszczoną i ocet - ulubione specyfiki ekomaniaków. Zdecydowałam się również na kupno ekologicznej pasty do butów.
Ekologiczny płyn do mycia naczyń nie posiada fosforu, fosforanów i enzymów pochodzenia zwierzęcego, zawiera za to glicerynę, która chroni dłonie. Produkt, który kupiłam nie jest może ekologiczny w 100%, bo nie zawiera samych produktów roślinnych, ale znajdujące się w nim substancje są łatwo biodegradowalne i nie zanieczyszczają środowiska. Posiada liczne certyfikaty, którym mam nadzieję można ufać - podobno są bardzo restrykcyjne. Litr płynu kosztował 19 zł i myślę, że posłuży mi koło 2 miesiące (po miesiącu ciągłego stosowania zużyłam około połowy). Mycie nim jest bardzo przyjemne, ładnie pachnie, wszystko zmywa, radzi sobie z tłuszczem. Nic tylko polecać, na pewno będę ten produkt kupować.
Płyn do płukania tkanin nadaje ubraniom miękkość i zapach, nie jest jednak zalecany do prania pieluszek tetrowych, bo może zmniejszyć ich chłonność. I to zdaję się prawda, chyba, że Panna Lulu więcej siusia. Chyba nie zdecyduję się, żeby go jeszcze kupić, bo kule piorące zmiękczają również tkaniny, a z zapach nie jest wystarczająco intensywny, żeby mnie zadowolić. Produkt jest jednak godny polecenia - składniki aktywne są pochodzenia roślinnego, jest też hypoalergiczny.
Sody i octu używam do prania i czyszczenia - głównie łazienki. Dosypuję sodę do prania białych rzeczy, al ocet jabłkowy dolewam czasem do płukania (nie za dużo, żeby nie było octowego zapachu). Sodą szoruję armaturę i ceramikę, a octem kabinę prysznicową, szyby i lustra. Tanie, skuteczne - super.
W pastę do butów zaopatrzyłam się na targach ekologicznych, które w sumie mnie jednak zawiodły - były za małe, ale to pierwsza edycja... może w przyszłym roku będzie lepiej. Pasta nadaje się do czyszczenia wszelkiego rodzaju skór. Zawiera oleje roślinne i wosk pszczeli i choć nie była szczególnie tania - 35zł - to podobno jest bardzo wydajna. Ja wiem, że same skóry nie są szczególnie ekologiczne, choć jednak chyba bardziej od tych ekologicznymi okrzykniętych (przynajmniej się rozkładają), ale mam jeszcze sporo skórzanych rzeczy z nazwijmy to "poprzedniej epoki". Ostatnio wzbogaciłam się też w skórzaną torbę - ale używaną, więc się nie liczy. Pasta ma przyjemny zapach i ładnie natłuszcza skórę, jest bezbarwna. Jednym z powodów jej kupienia było to, że w naszym małym domku buty są wyeksponowane na otwartych półkach i Panna Lulu uwielbia się nimi bawić. Nie chcę, żeby miała kontakt z chemikaliami z tradycyjnych past.
Celowo nie podaję producentów, nie zamierzam robić nikomu reklamy, chcę jedynie zachęcić Was do używania tego typu produktów.
Denerwowało mnie, że pompuję syf w naszą kochaną matkę Ziemię używając chemicznych detergentów. Poza tym nie wierzę, że wszystko uda się spłukać z umytych własnie naczyń, potem to świństwo zjadamy. Postanowiłam kupić więc na próbę ekologiczny płyn do mycia naczyń, żeby sprawdzić jego jakość wydajność. Zastanawiałam się nad wyrobem własnym takowego specyfiku, ale jakoś nie mogłam się zdecydować (lenistwo?). Zakupiłam też płyn do płukania, bo brakowało mi zapachu na ubraniach. Teraz, kiedy rzeczy nie schną tak jak latem, czasami pozostaje niemiły smrodek, a pranie w samych kulach jest bezwonne. Od jakiegoś czasu używam do prania i czyszczenia sodę oczyszczoną i ocet - ulubione specyfiki ekomaniaków. Zdecydowałam się również na kupno ekologicznej pasty do butów.
Ekologiczny płyn do mycia naczyń nie posiada fosforu, fosforanów i enzymów pochodzenia zwierzęcego, zawiera za to glicerynę, która chroni dłonie. Produkt, który kupiłam nie jest może ekologiczny w 100%, bo nie zawiera samych produktów roślinnych, ale znajdujące się w nim substancje są łatwo biodegradowalne i nie zanieczyszczają środowiska. Posiada liczne certyfikaty, którym mam nadzieję można ufać - podobno są bardzo restrykcyjne. Litr płynu kosztował 19 zł i myślę, że posłuży mi koło 2 miesiące (po miesiącu ciągłego stosowania zużyłam około połowy). Mycie nim jest bardzo przyjemne, ładnie pachnie, wszystko zmywa, radzi sobie z tłuszczem. Nic tylko polecać, na pewno będę ten produkt kupować.
Płyn do płukania tkanin nadaje ubraniom miękkość i zapach, nie jest jednak zalecany do prania pieluszek tetrowych, bo może zmniejszyć ich chłonność. I to zdaję się prawda, chyba, że Panna Lulu więcej siusia. Chyba nie zdecyduję się, żeby go jeszcze kupić, bo kule piorące zmiękczają również tkaniny, a z zapach nie jest wystarczająco intensywny, żeby mnie zadowolić. Produkt jest jednak godny polecenia - składniki aktywne są pochodzenia roślinnego, jest też hypoalergiczny.
Sody i octu używam do prania i czyszczenia - głównie łazienki. Dosypuję sodę do prania białych rzeczy, al ocet jabłkowy dolewam czasem do płukania (nie za dużo, żeby nie było octowego zapachu). Sodą szoruję armaturę i ceramikę, a octem kabinę prysznicową, szyby i lustra. Tanie, skuteczne - super.
W pastę do butów zaopatrzyłam się na targach ekologicznych, które w sumie mnie jednak zawiodły - były za małe, ale to pierwsza edycja... może w przyszłym roku będzie lepiej. Pasta nadaje się do czyszczenia wszelkiego rodzaju skór. Zawiera oleje roślinne i wosk pszczeli i choć nie była szczególnie tania - 35zł - to podobno jest bardzo wydajna. Ja wiem, że same skóry nie są szczególnie ekologiczne, choć jednak chyba bardziej od tych ekologicznymi okrzykniętych (przynajmniej się rozkładają), ale mam jeszcze sporo skórzanych rzeczy z nazwijmy to "poprzedniej epoki". Ostatnio wzbogaciłam się też w skórzaną torbę - ale używaną, więc się nie liczy. Pasta ma przyjemny zapach i ładnie natłuszcza skórę, jest bezbarwna. Jednym z powodów jej kupienia było to, że w naszym małym domku buty są wyeksponowane na otwartych półkach i Panna Lulu uwielbia się nimi bawić. Nie chcę, żeby miała kontakt z chemikaliami z tradycyjnych past.
Celowo nie podaję producentów, nie zamierzam robić nikomu reklamy, chcę jedynie zachęcić Was do używania tego typu produktów.
poniedziałek, 8 października 2012
Eko woda
Mam dużo szczęścia w życiu, że spotkałam Maćka, że mamy Pannę Lulu, że mieszkamy w takim pięknym miejscu. Mam też szczęście że prawie obok domu mam ujęcie wody pitnej - głębinowej i mineralnej o sensownym nawet składzie pierwiastków. Przez długi czas się przymierzałam, leniłam, nie chciało mi się chodzić i wody dźwigać, kupowałam w supermarketach butelkowaną, sprowadzaną z innych części Polski lub Europy. Ale w końcu się zebrałam i przynoszę regularnie do domu i piję i inni też piją.
Woda jest eko z dwóch zasadniczych powodów. Przede wszystkim nie potrzeba produkować butelek do jej przewożenia i przechowywania. Używam tych z recyclingu. Oczywiście kiedy kupowałam wodę mineralną w sklepie butelki PET lądowały w śmieciach wtórnych. Mimo wszystko do ich wyprodukowania, a potem powtórnego przetworzenia potrzebna jest energia. Druga sprawa to transport, obecnie realizowany za pomocą własnych mięśni i wózka Panny Lulu, a nie paliw kopalnych, których spaliny zanieczyszczają wszystko dookoła.
Poza tym to czysta ekonomia - woda nic mnie nie kosztuje, a tylko zmusza do spacerów, które i tak z Panną Lulu prawie codziennie odbywam. Może fajniej mają tylko ci, którzy mają taką wodę w swoich kranach :)
Poza tym to czysta ekonomia - woda nic mnie nie kosztuje, a tylko zmusza do spacerów, które i tak z Panną Lulu prawie codziennie odbywam. Może fajniej mają tylko ci, którzy mają taką wodę w swoich kranach :)
czwartek, 20 września 2012
Tort ekologiczny
Panna Lulu od dziś nie jest już niemowlęciem, skończyło się... rok. Wspomnienia i podsumowanie później (zarobiona jestem, zaraz impreza -hip hip hurra).
Śpieszę się za to pochwalić tortem. Założenie było takie, żeby Panna Lulu mogła go sobie pojeść, a zważywszy na to, że karmię ją zazwyczaj żywnością ekologiczną i tort musi taki być.
I jest. W biszkopcie zastąpiłam mąkę pszenną tortową - razową z rolnictwa ekologicznego, cukier - cukrem brązowym, jajka oczywiście zerówki. Jedyne co tam jest nieekologiczne, to proszek do pieczenia - bałam się, że nie urośnie (nie mam dobrej ręki do ciast, zawsze zrobię coś po swojemu i sknocę). Urosło, ale niewiele (może to ta razowa mąka - cięższa jest). W każdym razie dało się przeciąć na pół. Pomiędzy warstwami jest naturalny jogurt grecki (niestety nie ekologiczny) i poziomki od cioci. Na wierzchu zrobiłam krem z malin i kaszki manny z dwiema łyżeczkami miodu - wyszedł pyszny i wygląda obłędnie. Całość oprawiłam listkami melisy i malinami (również z ogródka cioci - superekologiczne).
Zobaczymy, czy da się to w ogóle zjeść:)
wtorek, 18 września 2012
Filozofia kupowania
Staram się kupować mało, ale od czasu do czasu trzeba iść na zakupy, zwłaszcza spożywcze. Najwygodniej, mając małe dziecko, wsiąść w samochód, jechać do hipermarketu i załatwić od razu sprawunki na cały tydzień. Kiedyś był to hipermarket najbliższy, co w pewnym sensie ma znaczenie dla środowiska - spalam mniej benzyny. Ostatnio jednak po licznych sugestiach ze strony Maćka, zdecydowałam się robić zakupy w polskim supermarkecie. Z jednej strony wybieram najczęściej polskie produkty, wytwarzane jak najbliżej, by nie musiały być transportowane z drugiego końca świata, z drugiej lepiej te polskie produkty kupić jednak w polskim sklepie. Maciek ma przede wszystkim wzgląd na gospodarkę i wsparcie lokalnych inicjatyw. Popieram mimo, że polskie supermarkety - delikatesy są jednak trochę droższe. Staram się wybierać produkty racjonalnie i rachunki nie są wcale takie wysokie.
Dodatkowo robię zakupy w sklepie ekologicznym. Kupuję tam przede wszystkim produkty dla Panny Lulu, ale też coraz więcej ekologicznej żywności wprowadzam też do naszego jadłospisu. Najchętniej robiłabym zakupy tylko tam, bo to najwyższa forma wspierania lokalnego biznesu, niestety nie wszystkie potrzebne mi produkty mogę tam dostać, a poza tym te ceny...
Kiedyś lubiłam jeździć na rynek, ale niestety z Panną Lulu jest to ciężkie - parking daleko, wózek z trudem przejedzie w ciasnych alejkach, a dźwigać ją i dodatkowo kilka kilo zieleniny... dziękuję bardzo. Poza tym ci sami producenci wstawiają warzywa do hipermarketów i na rynek, więc jeżeli chodzi o jakość to nie ma różnicy. Najlepiej by było znaleźć w okolicy rolnika i brać bezpośrednio. Może kiedyś, na razie kupuję w ten sposób mleko.
Staram się kupować świadomie. Kiedy kupuję coś Pannie Lulu szukam najpierw opinii na temat produktów - zwłaszcza kosmetycznych. Często spędzam przy półkach sklepowych sporo czasu, bo czytam etykiety. Przeraża mnie co producenci potrafią dodawać do produktów - żelatyna w jogurtach i śmietanie to norma i jeszcze te polepszacze, barwniki, zagęszczacze... brrrr. Takie rzeczy odkładam od razu na półkę.
Nie mam wielkich potrzeb zakupowych jeśli chodzi o ciuchy. Przez lata trochę się tego nazbierało - mam w czym chodzić. Ostatnio jednak skończyły mi się bluzy. Poprzecierane, wypłowiałe zostały wrzucone do odpowiedniego pojemnika surowców wtórnych. Musiałam kupić coś w zamian, usiadłam więc do komputera. Nie lubię kupować ubrań w Internecie, lubię przymierzyć, dotknąć. Ale przyświecała mi idea - kupić coś oryginalnego od młodego polskiego projektanta. Przejrzałam kilkadziesiąt stron i w końcu znalazłam dziewczyny z Warszawy, które szyją fajne bluzy. I mam, nową, niebanalną, nie z sieciówki i choć pewnie trochę droższą, to mam nadzieję nosić ją dłużej. Materiały i robocizna są wysokiej jakości, więc było warto.
Niewiele miejsca i mała szafa zmuszają mnie do ubraniowego minimalizmu. Nie jestem jednak skrajna w tej kwestii - mam drugą szafę, u rodziców. Jakiś czas temu cieszyłam się jak zakupoholiczka po wizycie w galerii handlowej, bo wymieniłam sobie część garderoby. Odkurzyłam zapomniane spódnice i bluzki
A w październiku będą targi Ekologicznego Stylu Życia, na które się wybieram i zamierzam się obkupić. Mam szczęście, że takie targi będą w Łodzi, bo czasami wątpię czy coś się w tym mieście dzieje.
Dodatkowo robię zakupy w sklepie ekologicznym. Kupuję tam przede wszystkim produkty dla Panny Lulu, ale też coraz więcej ekologicznej żywności wprowadzam też do naszego jadłospisu. Najchętniej robiłabym zakupy tylko tam, bo to najwyższa forma wspierania lokalnego biznesu, niestety nie wszystkie potrzebne mi produkty mogę tam dostać, a poza tym te ceny...
Kiedyś lubiłam jeździć na rynek, ale niestety z Panną Lulu jest to ciężkie - parking daleko, wózek z trudem przejedzie w ciasnych alejkach, a dźwigać ją i dodatkowo kilka kilo zieleniny... dziękuję bardzo. Poza tym ci sami producenci wstawiają warzywa do hipermarketów i na rynek, więc jeżeli chodzi o jakość to nie ma różnicy. Najlepiej by było znaleźć w okolicy rolnika i brać bezpośrednio. Może kiedyś, na razie kupuję w ten sposób mleko.
Staram się kupować świadomie. Kiedy kupuję coś Pannie Lulu szukam najpierw opinii na temat produktów - zwłaszcza kosmetycznych. Często spędzam przy półkach sklepowych sporo czasu, bo czytam etykiety. Przeraża mnie co producenci potrafią dodawać do produktów - żelatyna w jogurtach i śmietanie to norma i jeszcze te polepszacze, barwniki, zagęszczacze... brrrr. Takie rzeczy odkładam od razu na półkę.
Nie mam wielkich potrzeb zakupowych jeśli chodzi o ciuchy. Przez lata trochę się tego nazbierało - mam w czym chodzić. Ostatnio jednak skończyły mi się bluzy. Poprzecierane, wypłowiałe zostały wrzucone do odpowiedniego pojemnika surowców wtórnych. Musiałam kupić coś w zamian, usiadłam więc do komputera. Nie lubię kupować ubrań w Internecie, lubię przymierzyć, dotknąć. Ale przyświecała mi idea - kupić coś oryginalnego od młodego polskiego projektanta. Przejrzałam kilkadziesiąt stron i w końcu znalazłam dziewczyny z Warszawy, które szyją fajne bluzy. I mam, nową, niebanalną, nie z sieciówki i choć pewnie trochę droższą, to mam nadzieję nosić ją dłużej. Materiały i robocizna są wysokiej jakości, więc było warto.
Niewiele miejsca i mała szafa zmuszają mnie do ubraniowego minimalizmu. Nie jestem jednak skrajna w tej kwestii - mam drugą szafę, u rodziców. Jakiś czas temu cieszyłam się jak zakupoholiczka po wizycie w galerii handlowej, bo wymieniłam sobie część garderoby. Odkurzyłam zapomniane spódnice i bluzki
A w październiku będą targi Ekologicznego Stylu Życia, na które się wybieram i zamierzam się obkupić. Mam szczęście, że takie targi będą w Łodzi, bo czasami wątpię czy coś się w tym mieście dzieje.
wtorek, 28 sierpnia 2012
Pieluszki kieszonki
Kieszonki to jeden z najbardziej popularnych systemów dla pieluszek wielorazowych. Zbudowane z warstwy PUL nieprzepuszczalnej dla płynów i mikropolaru chroniącego pupę przed wilgocią. Między te warstwy wsuwa się tetrę, bambus, flanelę czy specjalne wkłady chłonne i zakłada na pupę dziecięcia.
Do kupna kieszonki przekonała mnie właśnie ta ochrona pupy przed wilgocią. Mikropolar przepuszcza podobno płyny tylko w jedną stronę, jego powierzchnia pozostaje sucha, a siusiu trafia głębiej - do wkładów chłonnych. Kupiłam kieszonki, żeby stosować je w nocy, kiedy to przez długi czas dziecka się nie przewija, zwłaszcza, gdy noc całą maluch przesypia.
Dodatkową kwestią w przypadku stosowania kieszonek jest higiena i ekonomia. Powinno się je prać co 2-3 przewinięcia, bo jednak trochę moczu zostaje na wewnętrznej warstwie i zaczynają rozwijać się bakterie. Kieszonek w związku z tym trzeba kupić znacznie więcej niż otulaczy... a pieluszki wielorazowe wymienia się częściej niż jednorazówki.
Traf chciał, że kieszonki wprowadziłam w momencie, kiedy zaczęły się upały i Panna Lulu ochoczo rzucała się na butelkę z wodą pijąc jak smok. Myślałam więc, że nocne wycieki spowodowane są przerobieniem przez organizm dużej ilości płynów. Okazało się jednak, że jest to sprawka mikropolaru, który nie wchłania z odpowiednią szybkością i siusiu wylewa się na zewnątrz (zwłaszcza, kiedy dziecko śpi na boku).
Podejrzewałam, że może to problem tylko kieszonek jednej firmy, bowiem kieszonki, które kupiłam były nad wyraz tanie. Okazało się jednak, że sporo osób ma podobne problemy, o czym piszą na forach i w komentarzach pod produktami. I nie są to kieszonki po 20 zł, ale po 70.
Na szczęście kieszonek można równie dobrze używać jako otulaczy. Stara dobra tetra ląduje na wierzchu i nic już nie wycieka, chyba, że zmienia się ją za rzadko.
*na zdjęciu próbowałam pokazać krople wody na mikropolarze - to te w środku
Do kupna kieszonki przekonała mnie właśnie ta ochrona pupy przed wilgocią. Mikropolar przepuszcza podobno płyny tylko w jedną stronę, jego powierzchnia pozostaje sucha, a siusiu trafia głębiej - do wkładów chłonnych. Kupiłam kieszonki, żeby stosować je w nocy, kiedy to przez długi czas dziecka się nie przewija, zwłaszcza, gdy noc całą maluch przesypia.
Dodatkową kwestią w przypadku stosowania kieszonek jest higiena i ekonomia. Powinno się je prać co 2-3 przewinięcia, bo jednak trochę moczu zostaje na wewnętrznej warstwie i zaczynają rozwijać się bakterie. Kieszonek w związku z tym trzeba kupić znacznie więcej niż otulaczy... a pieluszki wielorazowe wymienia się częściej niż jednorazówki.
Traf chciał, że kieszonki wprowadziłam w momencie, kiedy zaczęły się upały i Panna Lulu ochoczo rzucała się na butelkę z wodą pijąc jak smok. Myślałam więc, że nocne wycieki spowodowane są przerobieniem przez organizm dużej ilości płynów. Okazało się jednak, że jest to sprawka mikropolaru, który nie wchłania z odpowiednią szybkością i siusiu wylewa się na zewnątrz (zwłaszcza, kiedy dziecko śpi na boku).
Podejrzewałam, że może to problem tylko kieszonek jednej firmy, bowiem kieszonki, które kupiłam były nad wyraz tanie. Okazało się jednak, że sporo osób ma podobne problemy, o czym piszą na forach i w komentarzach pod produktami. I nie są to kieszonki po 20 zł, ale po 70.
Na szczęście kieszonek można równie dobrze używać jako otulaczy. Stara dobra tetra ląduje na wierzchu i nic już nie wycieka, chyba, że zmienia się ją za rzadko.
*na zdjęciu próbowałam pokazać krople wody na mikropolarze - to te w środku
środa, 8 sierpnia 2012
Prosto od krowy
Chodziło za mną i chodziło... i wreszcie mam. W dzieciństwie wakacje spędzałam na wsi i co rano jeździłam na rowerze po mleko. Do domu dowoziłam połowę, resztę wypijałam po drodze. Od tamtego czasu uwielbiam mleko prosto od krowy, świeże, najlepiej jeszcze ciepłe, bez przegotowania, bez pasteryzowania, pełna natura.
Kiedy pojawiła się Panna Lulu i bliżej przyjrzałam się temu co jemy i pijemy postanowiłam zdobyć mleko ze wsi. Na początku tylko dla siebie i Maćka, a w perspektywie również dla Panny Lulu. Jak już pisałam nie mam zaufania do produktów przetworzonych, a takim jest przecież mleko na sklepowych półkach. Poddane obróbce termicznej, odtłuszczone, przefiltrowane, homogenizowane... ech. Czy ma to jeszcze jakieś wartości odżywcze? A jeszcze te biedne krowy... jedzą jednorodną paszę, stoją w małych boksach... ech.
Szukaliśmy jakiś krów w okolicy, ale strefa podmiejska dużego miasta nie obfituje w gospodarstwa rolne. Nie spieszyliśmy się, Panna Lulu jeszcze przez jakiś czas będzie przecież na mleku mamy. Rozpuściłam jednak wici i okazało się, że sąsiadem siostry koleżanki moich rodziców jest prawdziwy rolnik z prawdziwymi krowami wypasanymi na prawdziwej łące i w dodatku blisko:)
Mam mleko prosto od krowy! Piję je sobie, nastawiam na zsiadłe, owarzam twarożek, a dzisiaj zrobię jogurt. Dla zainteresowanych przepisy:
- Mleko zsiadłe - mleko prosto od krowy wlewamy do kamiennego garnka (no dobra może być ceramika albo szkło) i odstawiamy w ciepłe ciemne na 2-3 dni.
- Śmietana - powstaje na wierzchu zsiadłego mleka, można ją ubić - wtedy powstaje masło.
- Twarożek - zagotowujemy trochę mleka (ściągamy kożuch), wyłączamy, wlewamy zsiadłe mleko i czekamy, aż wystygnie, odsączamy na sitku i jemy aż nam się uszy trzęsą.
- Serwatka - powstaje po oddzieleniu twarożku, można ją podobno pić, ja nie tykam, katowali mnie tym w przedszkolu (kazali pić, wyobrażacie to sobie?), dla mnie śmierdzi i wywołuje niemiłe odruchy, fuj.
- Jogurt - mleko trzeba zaszczepić bakteriami jogurtowymi - może być łyżka ulubionego jogurtu naturalnego, odstawiamy na noc w ciepłe miejsce.
A, jeszcze muszę się pochwalić, że ekologicznie to mleko wczoraj do domu przytachałam. Otóż jeździmy sobie ostatnio na rowerach (odgrażałam się kiedyś, że tak będzie, więc melduję, że obietnicę spełniłam). Panna Lulu dostała najmniejszy z możliwych fotelik montowany do mojego roweru na ramie przed kierownicą. I sobie robimy wycieczki, maleństwo lubi, nie marudzi, jak ostatnio w wózku, a rodzice poprawiają kondycję.
Kiedy pojawiła się Panna Lulu i bliżej przyjrzałam się temu co jemy i pijemy postanowiłam zdobyć mleko ze wsi. Na początku tylko dla siebie i Maćka, a w perspektywie również dla Panny Lulu. Jak już pisałam nie mam zaufania do produktów przetworzonych, a takim jest przecież mleko na sklepowych półkach. Poddane obróbce termicznej, odtłuszczone, przefiltrowane, homogenizowane... ech. Czy ma to jeszcze jakieś wartości odżywcze? A jeszcze te biedne krowy... jedzą jednorodną paszę, stoją w małych boksach... ech.
Szukaliśmy jakiś krów w okolicy, ale strefa podmiejska dużego miasta nie obfituje w gospodarstwa rolne. Nie spieszyliśmy się, Panna Lulu jeszcze przez jakiś czas będzie przecież na mleku mamy. Rozpuściłam jednak wici i okazało się, że sąsiadem siostry koleżanki moich rodziców jest prawdziwy rolnik z prawdziwymi krowami wypasanymi na prawdziwej łące i w dodatku blisko:)
Mam mleko prosto od krowy! Piję je sobie, nastawiam na zsiadłe, owarzam twarożek, a dzisiaj zrobię jogurt. Dla zainteresowanych przepisy:
- Mleko zsiadłe - mleko prosto od krowy wlewamy do kamiennego garnka (no dobra może być ceramika albo szkło) i odstawiamy w ciepłe ciemne na 2-3 dni.
- Śmietana - powstaje na wierzchu zsiadłego mleka, można ją ubić - wtedy powstaje masło.
- Twarożek - zagotowujemy trochę mleka (ściągamy kożuch), wyłączamy, wlewamy zsiadłe mleko i czekamy, aż wystygnie, odsączamy na sitku i jemy aż nam się uszy trzęsą.
- Serwatka - powstaje po oddzieleniu twarożku, można ją podobno pić, ja nie tykam, katowali mnie tym w przedszkolu (kazali pić, wyobrażacie to sobie?), dla mnie śmierdzi i wywołuje niemiłe odruchy, fuj.
- Jogurt - mleko trzeba zaszczepić bakteriami jogurtowymi - może być łyżka ulubionego jogurtu naturalnego, odstawiamy na noc w ciepłe miejsce.
A, jeszcze muszę się pochwalić, że ekologicznie to mleko wczoraj do domu przytachałam. Otóż jeździmy sobie ostatnio na rowerach (odgrażałam się kiedyś, że tak będzie, więc melduję, że obietnicę spełniłam). Panna Lulu dostała najmniejszy z możliwych fotelik montowany do mojego roweru na ramie przed kierownicą. I sobie robimy wycieczki, maleństwo lubi, nie marudzi, jak ostatnio w wózku, a rodzice poprawiają kondycję.
czwartek, 2 sierpnia 2012
Brudna szyja szczęściu sprzyja
Zawsze byłam raczej czyściochem, ale bez przesady. Choć wiele osób posądzało mnie o pedanterię, bardzo, ale to bardzo daleko mi do tego typu skrajności. Lubię jak przestrzeń wokół mnie jest w miarę uporządkowana. Dodatkowo lubię sprzątać (relaksuje mnie to), przez co przylgnęła do mnie łatka, że w moim domu można jeść z podłogi.
Panna Lulu traktuje to określenie dosłownie. Co znajdzie - pakuje do paszczy. I nawet jej za bardzo nie stopuję. Bo wcale nie za dobrze żyć w czystości. Układ odpornościowy podobno musi mieć wyzwania, więc zeżarcie od czasu do czasu jakiegoś świństwa to dobra rzecz (jeżeli oczywiście jest to świństwo biologiczne, chemiczne świństwa są zawsze złe). Poza tym wierzę w instynkt mojego dziecka, nie zje czegoś, co rzeczywiście by jej zaszkodziło. Niektórzy eksperci twierdzą, że alergie wykształciły się z powodu nudy, na jaką narażamy organizm żyjąc w sterylnych warunkach. Nie mając z czym walczyć, układ odpornościowy walczy z substancjami obojętnymi. Oczywiście nie jest tak, że żyjące w brudzie dziecko nie ma alergii, to zdecydowanie bardziej skomplikowana sprawa, dochodzi tu również do głosu genetyka.
Zamieszkuje nas niezliczona liczba mikroorganizmów, zarówno na skórze, błonach śluzowych i układzie pokarmowym. Jest ich więcej niż naszych własnych komórek ciała. Rzadko się zdarza, żeby nam szkodziły. Funkcjonują w równowadze ze sobą na wzajem, chronią nas sprzed szkodliwymi drobnoustrojami. Dlatego nie jest wcale dobrze myć się za często, bo można osłabić tę ochronę, a wtedy łatwo o grzybice i inne problemy. Wiem, wiem, dzisiejsza kultura dyktuje nam coś innego, ale nie można przecież przesadzać.
Panna Lulu uwielbia kąpiele, dlatego kąpiemy ją codziennie. Wiem, że nie jest to za dobre, dlatego często jest to mycie fragmentaryczne. Zdarza nam się chlapać ją jedynie w samej wodzie. Nie będziemy dziecku odbierać przyjemności, ale też nie chcemy narażać na problemy.
Nie można zapominać, że brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko. Panna Lulu uwielbia wysmarować sobie całą twarzyczkę podczas jedzenia. Późniejsze mycie spotyka się z protestem. Ostatnio robię to jak najdelikatniej się da, a często pozwalam też na brudną mordkę. Moja mama, która jak tylko nas odwiedza chce karmić małą, nie może zdzierżyć zaschniętej papki, potrafi umyć Pannę Lulu podczas jedzenia... ech, delikatnie sugeruję, że może niekoniecznie. Uświnione są również ubranka, ale nie da rady inaczej, bo Panna Lulu przemieszcza się na brzuszku. I jak tu ubierać dziewczynkę w jasne rzeczy?
A jeżeli chodzi o porządek w domu... od kiedy pojawiła się Panna Lulu mam na to nieco mniej czasu. Trudno, "mądrzy ludzie żyją w brudzie".
Panna Lulu traktuje to określenie dosłownie. Co znajdzie - pakuje do paszczy. I nawet jej za bardzo nie stopuję. Bo wcale nie za dobrze żyć w czystości. Układ odpornościowy podobno musi mieć wyzwania, więc zeżarcie od czasu do czasu jakiegoś świństwa to dobra rzecz (jeżeli oczywiście jest to świństwo biologiczne, chemiczne świństwa są zawsze złe). Poza tym wierzę w instynkt mojego dziecka, nie zje czegoś, co rzeczywiście by jej zaszkodziło. Niektórzy eksperci twierdzą, że alergie wykształciły się z powodu nudy, na jaką narażamy organizm żyjąc w sterylnych warunkach. Nie mając z czym walczyć, układ odpornościowy walczy z substancjami obojętnymi. Oczywiście nie jest tak, że żyjące w brudzie dziecko nie ma alergii, to zdecydowanie bardziej skomplikowana sprawa, dochodzi tu również do głosu genetyka.
Zamieszkuje nas niezliczona liczba mikroorganizmów, zarówno na skórze, błonach śluzowych i układzie pokarmowym. Jest ich więcej niż naszych własnych komórek ciała. Rzadko się zdarza, żeby nam szkodziły. Funkcjonują w równowadze ze sobą na wzajem, chronią nas sprzed szkodliwymi drobnoustrojami. Dlatego nie jest wcale dobrze myć się za często, bo można osłabić tę ochronę, a wtedy łatwo o grzybice i inne problemy. Wiem, wiem, dzisiejsza kultura dyktuje nam coś innego, ale nie można przecież przesadzać.
Panna Lulu uwielbia kąpiele, dlatego kąpiemy ją codziennie. Wiem, że nie jest to za dobre, dlatego często jest to mycie fragmentaryczne. Zdarza nam się chlapać ją jedynie w samej wodzie. Nie będziemy dziecku odbierać przyjemności, ale też nie chcemy narażać na problemy.
Nie można zapominać, że brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko. Panna Lulu uwielbia wysmarować sobie całą twarzyczkę podczas jedzenia. Późniejsze mycie spotyka się z protestem. Ostatnio robię to jak najdelikatniej się da, a często pozwalam też na brudną mordkę. Moja mama, która jak tylko nas odwiedza chce karmić małą, nie może zdzierżyć zaschniętej papki, potrafi umyć Pannę Lulu podczas jedzenia... ech, delikatnie sugeruję, że może niekoniecznie. Uświnione są również ubranka, ale nie da rady inaczej, bo Panna Lulu przemieszcza się na brzuszku. I jak tu ubierać dziewczynkę w jasne rzeczy?
A jeżeli chodzi o porządek w domu... od kiedy pojawiła się Panna Lulu mam na to nieco mniej czasu. Trudno, "mądrzy ludzie żyją w brudzie".
Subskrybuj:
Posty (Atom)












