Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stach. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2019

Moje wrażliwe dzieci

Jakiś czas temu nie mogłam sobie poradzić z Panną Lulu. Poziom emocji zarówno po jej, jak i po mojej stronie sięgał sufitu. Miałam świadomość, że muszę coś z tym zrobić, ale nie wiedziałam co. Kupiłam więc kilka książek...

Jedną z nich było "Wysoko wrażliwe dziecko" Elaine Aron. Czytałam z zapartym tchem. Okazało się bowiem, że wysoko wrażliwi są: Stach, ja i Maciek. Panna Lulu najmniej. Dobre relacje przywróciłyśmy dzięki innej książce. 

Wreszcie zrozumiałam kilka innych problemów, które pojawiają się czasem w naszej rodzinie. Przede wszystkim przestymulowanie bodźcami. Kiedy jest za głośno, za dużo się dzieje, za dużo się wymaga... Stachu robi "awantury". Czasem dzieje się tak po powrocie z przedszkola. Czasem rano, gdy się go popędza. Denerwuje go, gdy nie możemy zrozumieć o co mu chodzi. No i oczywiście trzeba wycinać wszystkie metki z ubrań i jest problem z butami... najchętniej chodzi w kaloszach.

Jak pomóc wrażliwemu dziecku?
- Nie doprowadzić do nadmiaru bodźców.
- Pomóc się wyciszyć w newralgicznych momentach.
- Uczyć, jak się wyciszać. Jeśli trzeba stworzyć "ciche" miejsca w domu, albo wyciszające rytuały.
- Edukować szczególnie babcie, które mają tendencje do zasypywania pytaniami.
- I przede wszystkim nie wkurzać się, kiedy ono się wkurza.


A wrażliwość jest cudowna i cenna. Bo to nie tylko wrażliwość na bodźce fizyczne, ale też wrażliwość na innych ludzi. To prawdziwa empatia... i to po Stachu widać.

wtorek, 5 marca 2019

Harry Potter i królewna

Byłam już za stara, kiedy pojawił się Harry Potter. Choć uwielbiam fantasy, to jednak była książka dla dzieci. Przebrnęłam przez trzy tomy, bo ikony pop kultury trzeba chociaż kojarzyć. Żeby mieć z tego jakąś korzyść, czytałam po angielsku. Resztę książek serii sobie darowałam bo rozrosły się do ogromnych rozmiarów... i już mi się znudziły.

Mamy z Panną Lulu i ze Stachem taki rytuał, że codziennie wieczorem im czytam. Wiele książek mamy już za sobą. Są też takie, do których dzieci lubią wracać. No i po przeczytaniu trzeci raz z rzędu "Dzieci z Bullerbyn" stwierdziłam, że czas na Harrego.

Stachu na razie nie jest fanem, woli książki o dinozaurach. Swoją drogą niesamowite, słucha tych encyklopedycznych danych, w kółko to samo i zupełnie mu się nie nudzi. Może dlatego dobrze zasypia :)

Ale Panna Lulu wsiąkła... ja też. Jak tylko mamy wolną chwilę to czytamy (o ile nam Stach i Kwiatek pozwolą). Bardzo mi się podoba, że panienka analizuje treść i zastanawia się nad możliwymi zakończeniami.

Jak skończymy książkę, oglądamy film i sprawdzamy, co powycinali. Rzeczywiście sporo się od siebie różnią, książki są o wiele bogatsze. Panna Lulu też to zauważa, odkrywa prawa rządzące światem filmu.

Muszę przyznać, że mnie też to sprawia niesamowitą frajdę. Zwłaszcza, że zaczęłyśmy czytać książki, których nie znam, a fabuła jest mocno wciągająca.

Panna Lulu ostatnio postanowiła sama napisać książkę o Harrym Potterze. Jest już tytuł " Harry Potter i królewna". Tak to jest, jak się jeszcze nie wyrosło z księżniczek, wróżek i koloru różowego, a już się zaczyna wchodzić do świata czarodziejów...


sobota, 23 lutego 2019

Dalszy ciąg

Patrzę wstecz i łezka mi się kręci w oku i klnę siebie, że przestałam pisać, że tyle mi umknęło.

Panna Lulu poszła w zeszłym roku do szkoły... tak tak, niesamowite przeżycie. Jakbym to ja szła pierwszy raz. Maciek też był przejęty i babcie i dziadkowie... i ona sama oczywiście też. Jej szkoła jest mała i bardzo fajna. Ma 14 dzieciaków w klasie i super fajną wychowawczynię. Ma takie samo imię jak ja (w tym pokoleniu to standard) i ma o rok młodszą córkę w tym samym przedszkolu, więc siłą rzeczy się znamy.

I co najważniejsze Panna Lulu szkołę lubi, bo przedszkola raczej nie lubiła. I rano nie ma scen (chyba że robi je Stachu). I... jeszcze o niej napiszę :)

A Stachu cały czas w przedszkolu, ale już gada oczywiście, choć robi czasem jakieś fajowe błędy, które warto zapisać, bo umkną. A ja kretynka nie zapisuję, bo uważam, że mam za dużo rzeczy na głowie. Ale teraz będę.

Stach jest niesamowicie sprawnym chłopcem (a może po prostu zwyczajnym, nie mam porównania). Chciałam z nim chodzić na capoeirę, ale był trochę za mały i miał problem ze skupieniem się. Ale teraz zaczął trenować piłkę nożną i jest zachwycony. Maciek też jest zachwycony, bo chodzi z nim i obserwuje go podczas treningów. I... jeszcze o nim napiszę.

A Kwiatek rośnie, zaczyna gadać, biega, skacze i jest urocza. I tak sobie myślimy, że super że jest... bo trochę prze przypadek. Cudownie sobie to wszystko przypominać, te same okresy z Panną Lulu i Stachem. Choć niektóre rzeczy się zamazują... nakładają... I... jeszcze o niej napiszę.


Wspomniałam mamie, że wracam do pisania bloga.
- To było bardzo fajne, szkoda, że to zarzuciłaś - powiedziała.
- To nie mogłaś mnie ofukać i kazać pisać?
- No co ty, dopiero co urodziłaś trzecie dziecko...

Trzecie dziecko - ma jednak siłę rażenia :)

wtorek, 14 marca 2017

W kwestii imion

Mam na imię Magda... w moim pokoleniu było to bardzo popularne imię... chyba już o tym pisałam. W skrócie - przeszkadzało mi to, że moje imię ani trochę nie jest oryginalne (choć właściwie jest, bo nie jestem Magdalena, ale Magda, ale kto na to zwraca uwagę?). Maciek ma na imię Maciek - również popularne w tamtych czasach.

Nadając dzieciom imiona mieliśmy więc potrzebę wybrać coś poniżej pierwszej dwudziestki najpopularniejszych. Oprócz tego w każdym przypadku kierowaliśmy się jakimś kluczem i tak:

Panna Lulu nazywa się ŁUCJA, bo w dzieciństwie uwielbiałam książki o Narnii, a Łucja - jedna z bohaterek, była moją ulubioną. Wspomnę tylko, że Panna Lulu również ją polubiła oglądając niedawno nakręcone filmy z tej serii.

Stach nazywa się STANISŁAW z kilku powodów. Maciek miał fajnego kolegę, o bardzo jak na swoje czasy oryginalnym imieniu - Staś. Poza tym w okresie Stachowej ciąży zaczytywaliśmy się Lemem. Teraz imię Stanisław robi się coraz bardziej popularne... niestety.

A Kwiatek ma na imię FLORA i z tym wiąże się najdłuższa historia:) Pojechaliśmy sobie bowiem na romantyczny wypad do Budapesztu. Tylko we dwoje, dzieci zostały z dziadkami. Należało nam się po tylu latach. Zwiedzanie, wino, czas tylko dla siebie... Wynajęliśmy mieszkanie w samym centrum, w zabytkowej kamienicy. Dziewczyna, która nas do tego mieszkania  zaprowadziła miała na imię Flora. Zażartowałam,  że jeśli będzie dziewczynka damy jej na imię Flora... i stało się... choć nie planowaliśmy:)


piątek, 16 września 2016

Stachowy słownik

Dwa dni temu Stach skończył 3 lata. Do przedszkola chodzi chętnie, gada mało, ale coraz więcej. Pierwszego dnia przedszkolanki dostały stachowy słownik, żeby mniej więcej rozumiały, o co chodzi. Oto i on (niech zachowa się dla potomności):

Glie – ja/Staś
Tidi – Łucja (jego siostra)
Dzie - gdzie
Kuku – picie
Hamham – jedzenie
Niem – jeszcze/więcej
Siu – za zimne/za ciepłe
Glum – duży
Bibi – mały
Szyszy – siusiu

wtorek, 6 września 2016

Dzidzi tu?

Stach pokazuje na mój brzuch - dzidzi tu?
- Tak kochanie, dzidzi tu.
- Tata ma?
- Nie tata nie ma dzidziusia w brzuchu.
- Tidi ma?
- Nie, Tidi też nie ma, tylko mama ma.

Potem głaszcze brzuch i całuje. Panna Lulu też się cieszy, a jak się dowiedziała, że będzie siostra, to jej się tak oczy świeciły i uśmiech szeroki wychynął na twarz, że chyba jej jeszcze takiej szczęśliwej nie widziałam (był półmrok w pracowni USG, więc może stąd te doznania).

Tak więc wszem i wobec ogłaszam, że będziemy mieć kolejne maleństwo - dziewoję numer dwa. Bo zawsze chcieliśmy mieć trójkę... sami jesteśmy jedynakami i wydaje nam się, że to najfajniejszy układ kiedy się ma dwójkę rodzeństwa. Imienia jeszcze nie wybraliśmy... myślimy... cała rodzina myśli.

Trzecia ciąża nie jest tak uciążliwa jak druga (obyło się np. bez wymiotów), ale to z powodu przerwy - ponad 3 lata, więc miałam czas się zregenerować. Ale mam przeświadczenie, że wszystko płynie i już nie jestem taka młoda... więc jest chyba trudniej niż w ciąży z panienką. Na szczęście wszystkie badania w normie, bo już mi przysługują genetyczne, więc wiem.

Ale największą uciążliwością są wyrzuty sumienia, bo mała jest mięsożerna i nie ma, że boli matka musiała wrócić do dawnych nawyków. A ponieważ nie jadłam mięsa ze względów etycznych, to mnie trochę boli... czego się nie robi dla dzieci.


A tak się oto potomkini prezentuje :)

sobota, 3 września 2016

Mama sama w domu

Przyszedł ten czas, kiedy dzieci w przedszkolu, Maciek w pracy, a dom pusty, tylko matka... cieszy się samotnością. Bo się cieszy, zwłaszcza, że towarzystwo zadowolone z takiego obrotu sprawy, a matka ma mnóstwo pomysłów, co z mniej lub bardziej wolnym czasem (bo w końcu też trochę pracuje) zrobić (do pisania bloga wrócić na przykład).
Stach pierwsze dni w przedszkolu przetrwał, nie było alarmów i wcześniejszego odbierania, jak w przypadku Panny Lulu. Ale i miejsce było dużo bardziej oswojone, bo często razem panienką zawoziliśmy i odbieraliśmy. Poza tym byliśmy tam kilka razy w sierpniu razem podczas programu adaptacyjnego. Z tym programem to było tak, że pierwszego dnia byliśmy sami (bez Panny Lulu) i było ciężko, to znaczy  Stach nie odstępował mnie o krok. Następnego dnia, już z panienką, matka mogłaby nie istnieć - poszli szaleć z innymi dziećmi.
Panna Lulu jest super siostrą, bardzo opiekuńczą i prócz drobnych konfliktów trzymają się mocno razem broniąc na każdym kroku. Kiedy zgarnialiśmy panienkę z dwudniowego pobytu u babci, to Stach stał się głównym odbiorcą prezentów, laurek i relacji... za mamą się mniej stęskniła. I szczerze mówiąc podoba mi się to i dobrze mi z tym, bo chcę, żeby dzieciaki miały fajne relacje... w końcu mają przed sobą więcej życia niż my i ważne, żeby miały w tym życiu odpowiednie wsparcie.

A wcześniej były wakacje...
Najpierw, jeszcze przed sezonem - Chorwacja, w której się zakochałam i stały punkt programu, czyli Panna Lulu ucieka. Uciekać zaczęła już dwa lata temu, więc mamy to jako tako opracowane. W tym roku było jednak lepiej, bo udało nam się dogadać. Po kilku pierwszych ucieczkach i spięciach ustaliliśmy, że panienka się melduje gdzie chce iść, a my jej na to pozwalamy. I pozwalaliśmy, a dziecko uczyło się samodzielności i orientacji w przestrzeni. Na szczęście nie zwiała nigdy poza teren campingu:)
W sezonie pojechaliśmy nad morze nasze polskie i... no cóż, ty pogoda nigdy nie jest gwarantowana... chyba, że się jedzie z Maćkiem, wtedy na pewno będzie padać. Na plaży było co prawda kiepsko, ale robiliśmy długie wycieczki piesze i okazało się, że można przejść kilka kilometrów bez wieszania się na mamie, tacie, babci, czy dziadku (co prawda kiedy dojechał do nas Maciek, Stach kilka razy wykorzystał ojcowskie ramiona). Więc ogólnie luz, blues i taplanie się w kałużach.


A w następnym poście będzie niespodzianka... no bo przecież nie wszystko na raz. I wracam do pisania bloga, więc następny post niedługo - obiecuję:)

piątek, 1 kwietnia 2016

Sie długo nie pisało

Się matka leniła i nie pisała i choć przeglądała blog wstecz i się rozczuliła i obiecała pisać dalej to i tak nie pisała... bo leń.
A dzieci rosną, dorośleją, charakternieją. Stach do przedszkola został zgłoszony i jest kandydatem i nie wiem jak ja go we wrześniu oddam, choć już bym go oddała. Szaleje Stach bowiem, ale bez przytulania matki się nie obejdzie, a ostatnio nawet wrócił do awantur jak wychodzę do pracy. A gadać mu się nie chce, to znaczy chce ale niezbyt precyzyjnie. Tu, tam, tak, nie, choć ostatnio doszło kak (kask) i kij, ale o sobie mówi: glie. Dobrze mu za to wychodzi wydawanie poleceń.
Panna Lulu uczyła się w tym roku jeździć na nartach i szło jej naprawdę nieźle... moja córeczka. Było co prawda kilka awanturek na stoku, ale skręca sama i na krzesełku wjeżdżała i ach i och.
A ostatnio toczymy boje, bo się panienka nauczyła mówić" nie chce mi się" i "jestem zmęczona". Nawet się przestraszyłam,że jakieś niedobory ma, anemie, albo co innego (ot takie zboczenie zawodowe), ale wyszło, że jednak maniera, bo czasem się chce i zmęczenie szybko ulatuje.
A jak nie pisałam, to sobie w głowie planowałam co mam pisać... ale mi się nie chciało. A jak sobie planowałam, to miałam jeszcze napisać o Kei - nowym psie sąsiadów, czyli wujków. Bo pojawił się pies z rodzaju szczeniąt dużych, radosnych i skaczących. Jest cudowna, ale trochę straszna... dla dzieci. Na początku było trochę stresu, trochę nieśmiałości, ale powoli stosunki się normują i Stach nawet ciągnie do "hau hau" ale oczywiście u mamy na rękach:)

wtorek, 29 grudnia 2015

Bunty i decyzje

Długo nie pisałam, a dużo się działo. Panna Lulu zaliczyła mega bunt przedszkolny, który doprowadził nas do nowego przedszkola - prywatnego i demokratycznego. Siedziałyśmy tam przez dwa dni razem i pierwszego dnia było fajnie (choć zimno), a drugiego już mniej i w związku z tym trzeciego próbnego dnia już nie było.
Wymyśliłam przedszkole demokratyczne, bo zastanawiałam się nad szkołą demokratyczną w perspektywie, ale w praktyce nie było tak fajnie jak mi się wydawało (a poza tym zimno), więc pewnie zrezygnujemy z tego pomysłu. Panna Lulu już drugiego dnia nie chciała tam iść, więc stwierdziłam, że nie ma co kombinować na siłę i wozić dziecko przez pół miasta i jeszcze płacić, jak i tak jej się nie podoba. W ogóle musimy przemyśleć kwestię szkoły podstawowej, ale mamy jeszcze na to czas... zdaję się , że nawet więcej niż planowaliśmy.
W każdym razie po tych eksperymentach panienka zdecydowała o powrocie do "starego" przedszkola i pokochała je jak nigdy. Chodzi bez problemu, chętnie... i nawet na kółko origami się zapisała. I jest tak super jak ja sobie wymarzyłam, czyli Panna Lulu chce, lubi i nie marudzi. Może potrzebowała porównania, a może zagrożenie zmianą wywołało taki efekt?
Panienka zaczęła też fajnie rysować. Do niedawna były wzory mniej lub bardziej abstrakcyjne, powstało też kilka głowonogów, a teraz normalnie ludziki jak się patrzy, domki, choinki i kwiatki. I jest szalenie dokładna (jak na takiego malucha), Maciek się śmieje, że dokładniejsza ode mnie.
Stach z kolei zaliczył bunt nocnikowy, który miał zdaję się związek z zaziebieniem pęcherza, choć niestwierdzonym naukowo (analiza moczu nic nie wykazała, ale możliwe, że już z tego wyszedł, kiedy się zdecydowałam na badanie). Na szczęście ten etap powoli się kończy, choć czasem jeszcze majtki są mokre.
Oprócz tego Stach strasznie się ostatnio denerwuje. Wkurza na wszystko, kładzie na ziemi, krzyczy... ogólnie trochę to olewamy. Okrzepliśmy w tych buntach i już nie robią na nas wrażenia. Możliwe, że problemem są bariery komunikacyjne, bo Stach cały czas gada mało i raczej po swojemu.
Jedzą dzieci niewiele, ale coś się ruszyło. Panna Lulu czasem nawet w przedszkolu zje drugie, Stach też jakiś kotlecik okazjonalnie, albo szpinak wciągnie. Zaczęły też zjadać kolację. Za to w Wigilię nie spróbowały niczego (jeszcze nie dotarło do nich, że przecież wszystkiego trzeba spróbować) i tylko jak dorwały czekoladę to... szybko zniknęła (bo mama zabrała:).

środa, 4 listopada 2015

Panna Tidi i Stasinek

Stach trochę ruszył z mową (ale na oklaski jeszcze za wcześnie), zaczął już nazywać siostrę, z sobą ma jeszcze problemy. "Tidi" to jego wersja Panny Lulu (siostra z kolei określa go mianem Stasinek), ostatnio wymyślił też słówko "sici", co miało chyba znaczyć świeci, bo ciągał nas do okna i pokazywał księżyc. Czasem powtórzy coś po panience, co zabrzmi poważnie, ale w słowniku niestety nie zostaje. Nauka mowy w toku.
Przesilenie jesienne daje się we znaki, dzieci marudne i dużo śpią (co akurat byłoby fajne, gdybyśmy mogli korzystać, ale nam się też chce spać). Panie w przedszkolu narzekają, że Panna Lulu robi histerie z byle powodu. Z kolei panienka narzeka na przedszkole i nawet ostatnio w akcie desperacji zaczęłam szukać innego, ale mi powiedziała, że właściwie to je lubi, ale nie chce tam chodzić codziennie.
Wszystko przez to, że nam się odporność poprawiła i mało chorujemy. Był jeden katar (Stach cały czas z gilami do pasa biega, ale oprócz tego nic mu nie jest) i jedno zatrucie i nic więcej. Inne dzieci w panienki grupie też nie chorują i stąd też nielubienie przedszkola, bo się moja córka w dużych grupach nie czuje najlepiej. Ja też tak miałam, więc wiem jak jest, ale chyba za wcześnie na zmiany.
Na razie mam misję - przekonać Maćka do podstawówki, do której chcę wysłać dzieci (jest tam i przedszkole, więc sprawa mogłaby ruszyć już od przyszłego roku, albo nawet od teraz, jakby jednak panienka swoje przedszkole dalej bojkotowała).


piątek, 25 września 2015

2 i 4

I po urodzinach. Stacha obchodziliśmy we Włoszech, na kempingu z tortem a'la tiramisu (dzieci nie tknęły), a Panny Lulu już po powrocie z tortem orzechowym babci (dzieci nie tknęły). To znaczy tknęły w jednym i drugim torcie srebrne kuleczki cukrowe... i tyle.


Wakacje całkiem fajnie się udały, wrześniowy wyjazd jako wisienka na torcie... ale chyba jednak fajniej jechać w czerwcu. Teraz wszystko zamiera, chowa się, zamyka, a w czerwcu rozkwita. Sezon odpada ze względu na upały, ceny i tłumy.


Dzieci co prawda oczywiście uciekały, ale trochę im na to pozwalaliśmy - niech się uczą samodzielności. Udało nam się zorganizować zupełnie bez bajek i innych elektronicznych wspomagaczy (nie licząc oczywiście drogi - wtedy bez bajek się nie da obejść).
Zwiedzaliśmy, jeździliśmy na rowerach, plażowaliśmy i basenowaliśmy. Dzieci na basenie szalały i bardzo im się podobało, pływały całkiem same, choć jeszcze w pływaczkach. Stach polubił zjeżdżalnie, panna Lulu trochę się bała. Z zanurzaniem głowy pod wodę mamy jeszcze pewne problemy.


Stach z gadaniem cały czas kiepsko, za to pieluchy zakładamy jedynie na noc (no i w drodze też zakładaliśmy, żeby awarii nie było) - pełna duma.
Panna Lulu tęskniła za przedszkolem, ale o trzech dniach chodzenia jej się znudziła i już nie chce. I dostała katar... a całe wakacje zdrowa była... makabra.

piątek, 28 sierpnia 2015

Miś kontra prosiaczek

Panna Lulu ma misia, kochanego, do spania i przytulania. Tuż przed wyjazdem nad morze miś zniknął... jak kamień w wodę... panienka go gdzieś wyniosła. Po czym wzięła prosiaczka i stwierdziła, że teraz będzie spać z nim. Bez spazmów, ryków, tęsknoty, wybrała sobie inną zabawkę i tyle. Nie za bardzo wiedziałam jak to traktować, czy cieszyć się, że dziecko nie przywiązuje się zbytnio do przedmiotów, czy smucić, że takie rzeczy są jej emocjonalnie obojętne.
Po powrocie miś się znalazł, ale Panna Lulu stwierdziła, że już go nie potrzebuje. Zrobiło mi się przykro i powiedziałam, że w takim razie ja będę z nim spać. I spałabym do dziś (bo fajny to jest miś), ale po kilku dniach Panna Lulu zmieniła zdanie. Zdecydowała, że woli misia i że go "kocha". Chyba wolę, żeby trochę się do takich rzeczy przywiązywała.
Za to Stach nie przejawia jakichkolwiek emocji wobec przytulanek. Jest jeden piesek, do którego ostatecznie raz na jakiś czas się przytuli, ale bez szału. Stach kocha tylko swoje samochody i uwielbia zdejmować im opony. Niestety ostatnio ze zgrozą odkryłam, że on te opony pożera.
Wróciliśmy z jednych wakacji i zaraz jedziemy na następne. Byliśmy nad naszym pięknym polskim morzem i stwierdziliśmy, że... nigdy więcej do kurortów nie pojedziemy. Trzeba wybierać jakieś odludzie, bo od nadmiaru tanich rozrywek i amatorów plażowania głowa zaczyna boleć. Dzieci każdego dnia musiały zaliczyć pół godziny na dmuchańcach, lody i frytki. Morze niestety było zbyt zimne na kąpiele, co nie przeszkadzało jednak dzieciakom moczyć co najmniej dwóch zmian odzieży, za każdym razem kiedy znaleźliśmy się na plaży.


W ramach atrakcji, gdy pogoda akurat nie dopisała, pojechaliśmy na basen. Panna Lulu i Stach uwielbiają wodę i z zacięciem się w niej pluskają ucząc się pływać przy okazji. Długo omijaliśmy baseny szerokim łukiem, bo choróbska przedszkolne nie chciały się odczepić, ale przedszkola nie było, dzieci zdrowe...
Bez tego przedszkola Panna Lulu i Stach bardzo się do siebie zbliżyli. Cały czas spędzają praktycznie razem, bawią się wspólnie, opiekują sobą, przytulają, dzielą się różnymi rzeczami (choć nigdy ich do tego nie zmuszałam... sami z siebie), coraz lepiej radzą sobie z konfliktami (bez niczyjej pomocy). Stach jest wpatrzony w siostrę, często słucha jej poleceń i bawi się w wymyślone przez nią zabawy. Mimo problemów z komunikacją (Stach ma jeszcze bardzo ubogie słownictwo, większość rzeczy to "kaka" albo "kuku") całkiem nieźle im idzie.
Stach w ogóle jest niesamowity, bo w naśladowaniu Panny Lulu zaszedł tak daleko, że właściwie się odpieluchował. Siada na nocnik prawie za każdym razem kiedy chce się załatwić, jak jesteśmy gdzieś poza domem sygnalizuje swoje potrzeby. Poszło błyskawicznie, mam nadzieję, że żadnych buntów nocnikowych nie będzie.
A blog zdaję się skończył właśnie cztery lata... sto lat! (nie, tyle na pewno nie będę go pisać:)

wtorek, 21 lipca 2015

Tracę serce

No wiem, spóźniam się z wpisami... i ogólnie tracę serce dla bloga... no bo brak czasu... wiem, że to wspaniała pamiątka, ale komu się to będzie chciało tak na prawdę czytać? Nie chcę jeszcze podejmować decyzji o zakończeniu pisania, ale nie obiecuję regularności. Ostatnie wpisy to i tak głównie narzekanie na dzieci... czyli nic fajnego. Koleżanka to skwitowała "takie życie"... takie życie.

A dzieci w miarę zdrowe, jedzą nawet nieźle (zwłaszcza lody), rosną, śpią (za krótko) i jakoś sobie ten czas leci. Panna Lulu wakacyjnego przedszkola nie polubiła, za każdym razem jak po nią przyjeżdżałam bawiła się sama, więc jak tylko dostała katar to zdecydowałam, że już dłużej chodzić nie będzie (cała nadzieja w babciach). Stach ma problemy z wieczornym zasypianiem, co skutkuje tym, że sama chodzę późno spać i się nie wysypiam (i patrzcie - znowu marudzę).


środa, 17 czerwca 2015

Uwolnić matkę

Syn odstawiony... fizycznie... ale nie mentalnie. Przez tydzień było spokojnie, byliśmy nad morzem, Stach nawet piachu nie brał do buzi... ogólnie miło. Trochę go wietrzysko wkurzało i się wtulał w matkę, ale to był dopiero przedsmak. Spał z Maćkiem i tylko nad ranem wołał najpierw "kuku" (znaczy: sok poproszę), a potem "mama" i przychodzili do sypialni dam (bo ja z kolei spałam z Panną Lulu).
Po powrocie miał Stach jakiś kryzys, dostał temperaturę i od tego się zaczęło. Teraz nie odstępuje mnie o krok i nie wystarczy obecność, musi być bliskość i to totalna. Zachodzi mi drogę i żąda by go wziąć na ręce, wtula się w dekolt i nie daje się oderwać. Jak nie dostaje tego co chce to zaczyna się awanturować.
No właśnie, na marginesie dodam, że zaczął mu się bunt dwulatka chyba, bo jak mu coś nie odpowiada to się kładzie na podłożu (cokolwiek to jest: podłoga, trawa, ziemia, kostka betonowa w leśnym barze) i tupie nogami wyjąc. Wściekać to on się umie, czeka nas powtórka z rozrywki.
Oczywiście pozwalam mu się wtulać i sama też tulę, bo rozumiem, że potrzebuje. Nawet w toalecie biorę go na kolana... no trudno.
Ale najgorsze w tym nie jest to ciągłe wiszenie na matce i ograniczanie jej swobody ruchu, ale to, że jak matka zniknie, to problem też znika i syn jest super ekstra pogodny i zadowolony... i zrozumieć tu faceta.

niedziela, 17 maja 2015

Odstawianie

Odstawiam, ostro odstawiam... a właściwie łagodnie odstawiam, ale odstawiam, klamka zapadła. Synowi się to nie podoba, raz się bardziej buntuje raz mniej, mam nadzieję, że nie cierpi. Już go nie karmię na dobranoc, przytulam, bujam, daję niekapek z wodą (mlekiem pluje) i zasypia. I nawet śpi nieźle i do rana i dopiero nad ranem jeszcze ssie matczyną pierś, choć pierś już mocno wysuszona.
I czasem się domaga i zagląda mi za dekolt i krzyczy i jest niezadowolony, ale wtedy tłumaczę i przytulam i liczę, że kiedyś zrozumie.
Z Panną Lulu było łatwiej, sama zrezygnowała, wybrała niekapek z mlekiem i było po sprawie. Ale panienka była smokowa i karmiona z nakładkami (idiotyczny był to pomysł, ale cóż).
I choć trochę mi żal, to przecież bliskość mamy przytuleniową i bardzo często i zażyłość wielką, więc jakoś to przetrwamy.
Z mlek Stachowi zostaje więc ulubione ostatnio mleko w proszku w formie proszku (nawet niewielka ilość wody nie wchodzi w grę), innego nabiału nie przyjmuje, nawet ulubiona zupa zabielona nie nadaje się do jedzenia (nie, nie jest uczulony, po prostu nie lubi).
A tak poza tym, to mamy dwa nowe słowa: "lyba" i "blaba" (czyli ryba i żaba), reszta słów obraca się wokoło: koko, kako, kaka, jodłuje również pierwszorzędnie i wydaje kapitalny dźwięk imitujący motor, którego zupełnie nie potrafię powtórzyć nie plując się (Stach pozostaje suchy).


A z doniesień wiosennych: Stach żadnemu kwiatkowi nie popuści, drżyjcie babcine grządki.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Probiotyki

Przegraliśmy niestety batalię o Stacha bezantybiotykowego. Nie udało się, był taki bidny i słaby, że się ugięłam... i dałam... i ozdrowiał. No trudno, czasem trzeba. Całą rodzinę dopadło, tylko ja się jakoś uchowałam, mądra ta natura, matka musi być na chodzie:) Panna Lulu obeszła się bez antybiotyków, silniejsza jest, starsza i pierwsze dziecko w dodatku. Za to chłopaki na ostrych lekach.
Przez to wszystko cieszę się, że jeszcze karmię, choć już mam dość, ale po pierwsze: podczas choroby syn nie chciał niczego innego, a po drugie mikroflorę sobie dzięki temu trochę odbuduje.
W ramach odbudowywania mikroflory syn nie próżnuje prócz piersi wsadza do gęby co popadnie, przyjął nawet dwie garście ziemi (róże przesadzałam, nie mogłam interweniować).


Na zdjęciu rozkoszny skok paszczą na poduszkę :) jeszcze przed choróbskiem.

poniedziałek, 16 marca 2015

Półtora

Syn właśnie skończył półtora roku i z jednej strony nie wiem kiedy i "przecież niedawno był taki malutki", ale z drugiej bardziej go traktuję jako dziecko na poziomie panny Lulu. Panienka w każdym razie nigdy od nas nie usłyszała, że ma mu w czymś ustąpić, bo jest mniejszy. Nie, nie faworyzujemy jej :) W domu panuje zasada: kto pierwszy, ten lepszy.
Jest ten nasz Stach jakiś taki doroślejszy, nie cackamy się za bardzo (nie ma na to czasu czasu), a on łapie w lot o co chodzi. Gadać nie gada zbyt dużo, ale wiadomo o co mu chodzi, tak jakoś intuicyjnie. Buduje z klocków, włazi na wszystkie krzesła, stołki, stoły i blaty i w ogóle jest bardzo sprawny. Wie czego chce i na szczęście nie są to rzeczy wydumane (jak u panienki), więc realizacja potrzeb zachodzi bez większych spięć. Czasem położy się co prawda na podłodze z rykiem, ale nie tak w końcu często.
Oczywiście również jest niejadkiem, jak panna Lulu, ma swoje smaki i poza tym nic. Najgorsze, że zupełnie te smaki nie współgrają ze smakami panienki, więc gotować trzeba osobno. Ale na przykład lubi brokuły, po kim?
Mam wielką potrzebę odstawienia syna od piersi, ale idzie mi jak krew z nosa. Od jakiegoś czasu nie karmię już w dzień, ale wieczór i noc bez cyca nie mają szans. Mlekiem krowim pluje. Najgorsze, że budzi się w nocy (nie pamiętam już przespanej całej nocy), przysysa się i ssie... i ssie... i ssie... a mnie szlag trafia, bo z jednej strony chcę spać, a z drugiej "ileż można tak ssać?" i po pewnym czasie zaczyna boleć. Nie chcę, żeby za bardzo to przeżył, więc realizuję odstawianie metodą małych kroków, ale muszę się sprężyć, bo mam kilka pomysłów, których z synem przy piersi zrealizować się nie da.

niedziela, 15 lutego 2015

Reklama indyjskiego producenta samochodów

Najpierw myślałam, że chodzi o samochód Maćka, bo kiedy Stach wyglądał przez okno wołał "tata". Tłumaczyłam cierpliwie, że to samochód mamy, na nic. Okazało się, że to samochód jest "tata"... każdy. Nie wiem, czy to przez skojarzenie z ojcem, znanym miłośnikiem czterech kółek, czy wariacja na temat słowa "auto".


Udało mi się zrozumieć dwa kolejne słowa. Okazało się, że "kaka" dotyczy wszystkich ptaków, nie tylko kaczek. Z kolei "paka" to piłka. Jest jeszcze "mama" i "tata" - określające tym razem rodziców. Rozpoznawanie reszty słów jest w toku. Stach próbuje gadać i różne dziwne rzeczy mu wychodzą, raz bardziej naśladujące zrozumiały dla nas język, raz mniej.
Kończą się chyba niestety dobre czasy, kiedy Stach sypiał w dzień. Jeszcze czasem mu się zdarza, ale na krótko i to usypianie bez końca... Co przy mojej zwiększonej aktywności zawodowej (zwiększonej od zera, więc i tak w sumie niewielkiej), zaczyna stanowić pewien kłopot. Bez babć i dziadków się nie obejdzie. Za to w nocy budzi się już tylko raz - na pierś oczywiście (jeszcze karmię, a jakże).
Panna Lulu zaczyna Stacha akceptować, ba nawet czasem cieszy się na jego widok. Ostatnio było kilka manifestacji pozytywnych uczuć w przedszkolu. Wczoraj nawet trzymali się za ręce w samochodzie - wiadomo, Walentynki:)

środa, 14 stycznia 2015

Broimy, broimy!

Się syn rozbestwił nieprzyzwoicie. Skubany jest taki sprawny, że ledwo nadążam. Biega, włazi tam gdzie nie powinien, rozwala, przewraca, wyciąga... pfff. Oczywiście wszystko z najsłodszą miną na świecie - kochany urwis.
Nauczył się przesuwać krzesła, włazi na nie już od dawna, ale teraz nareszcie może dostać się na blaty kuchenne i w inne trudno dostępne do tej pory miejsca. Nie nadążam ze ściąganiem go. Pal licho, jak wysypie sól, gorzej jak sięgnie po nóż. Mam coraz mniej niedostępnych dla niego miejsc. W dodatku otwiera nieotwieralne do tej pory szuflady, co umożliwia mu grzebanie na przykład w śmieciach, o rozsypywaniu makaronu nie wspomnę.
Jakiś czas temu odkrył, że można coś wrzucić do kibelka, teraz okazało się, że można to jeszcze stamtąd wyjąć. Na szczęście drzwi do łazienki jeszcze nie otwiera. Ciężko mu też podnieść krzesło, więc w chwilach rozpaczy kładę wszystkie na podłodze i nie ma łażenia po blatach.
Chyba zaczyna się już Stach buntować (nie wiem czy to przeżyję). Jak coś jest nie po jego myśli kładzie się na plecach na podłodze i krzyczy. Z braku innych pomysłów kładę się koło niego i też krzyczę:)
A, i jeszcze ma fazę na noszenie, jak nie jest na rękach u mamy to w ryk (chyba, że jest akurat zajęty rozsypywaniem soli, albo grzebaniem w toalecie).
No dość już narzekania, wiem wiem, tylko na te moje kochane dzieci narzekam.
Stach za dużo nie mówi, ale coś już się ruszyło. Od jakiegoś czasu jest "mama" (serce rośnie), "tata" to było jego pierwsze słowo, więc w słowniku znajduje się już od jakiegoś czasu, podobnie jak "nie" i "tak". Ostatnio doszło "kaka" - kaczka i "baba" - balon. Nie wiem dlaczego tak wybiórczo, widocznie te słowa jakoś mu się spodobały. Próbuje też naśladować głosy zwierząt. Pies i krowa robią mniej więcej "wuuuu". I to by było na tyle.


Trochę go podcięłam maszynką, co spotkało się z powszechnym niezrozumieniem. Będziemy więc tedy zapuszczać.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Miłość siostrzana

Na początku było nic, brak zainteresowania. Najważniejsze, że mama wróciła, to małe kwiczące nieważne.
Potem się jednak okazało, że to małe angażuje uwagę, która normalnie skupiała się na niej, że czegoś jej nie wolno bo to to śpi, albo je. 
Ale w sumie miało to to ma fajne gadżety, jakieś tam jeżdżące łóżeczko, zabawki jakieś inne. Należało gadżety przejąć. 
To to się nawet nazywało: Stach.
Ten Stach jakoś tak za często był u mamy na rękach, trzeba było mamie tłumaczyć: odłóż Stacha.
Robiło to to różne dziwne rzeczy, trzeba było sprawdzić jak to jest robić to co on... mimo, ze mama i tata nie byli zachwyceni. To to mogło robić siusiu w majtki... mogło brać wszystko do buzi... mogło się tarzać po podłodze.
Trzeba było walczyć o uwagę - patrzcie na mnie, na mnie! nawet jak się nie podoba.
Później ten Stach zaczął psuć to co wybudowała, trzeba było temu zapobiec... krzyk i rękoczyny.
Ale jak się zaczęło rozumieć co to jest rodzina, to oprócz mamy i Taty i Lusi musiał być też Stach.
I łup przez łeb, bo jej klocki chciał zabrać...
Pepasiam Stachu...
Kocham Stacha... 
I nawet się można czasem przytulić do tego Stacha. A jaki on wtedy szczęśliwy.


Kiedyś przeczytałam taką złotą myśl "kochać to patrzeć w tym samym kierunku".