Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psyche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psyche. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 kwietnia 2019

Perspektywy zawodowe matki trójki dzieci

To od początku. Jak zaszłam w ciążę z Panną Lulu dość szybko poszłam na zwolnienie. Było błogo. Bycie matką stało się moim hobby, czytałam, pisałam... Potem pojawiła się Panienka i dalej czytałam, pisałam, chłonęłam wszystkimi zmysłami bycie matką.

I bardzo szybko poszłam do pracy. Ale tak na chwilkę, na próbę... zamiast etatowym pracownikiem marketingu zostałam nauczycielką. Chciałam zobaczyć jak to jest, a właśnie nadarzyła się okazja.

Z Panną Lulu zostawał wtedy mój tata i na początku miał problem bo dziecko nie chciało nic jeść (nie miał wszak dziadek piersi odpowiedniej) i wyło. Pracowałam tylko 4 godziny w tygodniu, ale w pewnym momencie okazało się, że i tak jest ciężko. Lekcje trzeba przygotować, a panienka nie chce spać. Kiedyś wyobrażałam sobie, że bycie nauczycielem jest takie super... dobrze, że sprawdziłam. Po pół roku stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie.

Planowaliśmy kolejne dziecko i powrót na etat nie wchodził w grę. Wymyśliłam więc sobie studia podyplomowe o zmianę zawodu. To teraz podobno bardzo na czasie.

Urodził się Stach i rok później założyłam firmę. Było super. Pracowałam kiedy się dało, wychodziłam z domu, spotykałam się z ludźmi. I miałam czas dla dzieci, bo praca była elastyczna. Tylko, że za mało się tego czasu udawało wyszarpnąć i brakowało go zwłaszcza na rozwój. Bo to co trzeba było robić na bieżąco, to się robiło, a wszystko inne odkładało się na później.

Wsparcie oczywiście było, dziadkowie z obu stron doglądali, odciążali i kibicowali. Ale co z tego, jak matka zamykała się w pokoju, żeby trochę popracować, a za chwilę jakieś dziecko wpadało z jakimś problemem... no łatwo nie było. A jeszcze zdarzało mi się usłyszeć, że to nie praca, tylko hobby... wrrrr...

Pewnie jakby plan był lepszy, bardziej przemyślany i bardziej bym się go trzymała...

Kiedy urodził się Kwiatek, to jeszcze przez jakiś czas pociągnęłam... Starszyzna poszła do przedszkola, dało się coś zrobić. Ale bez dziadków i tak by się nie dało.


Podziwiam dziewczyny i pary, które mają dzieci z dala od domów rodzinnych i jakoś to ogarniają. Ja wiem, że można oddawać dzieci do przedszkoli i na świetlice nawet na 10 godzin, ale jakoś wydaje mi się, że to za dużo. Dlatego się cieszę, ze mam wsparcie rodziny.

No dobra, firma nie wypaliła, bo jak przeszłam na pełny ZUS, to mi zeszło powietrze i powiedziałam BASTA! Dokładać do interesu nie będę.

I... zaczęłam szukać pracy... na etacie. Długo szukałam, już miałam odpuścić, ale się okazało, że ktoś mnie jednak chce. Mimo krętej ścieżki kariery zawodowej, mimo braku doświadczenia w korporacjach międzynarodowych...

No i jestem - matka polka pracująca... a nauczyciele strajkują (WSPIERAM ICH Z CAŁEGO SERCA!!!)... i dziadkowie znów są niezbędni.

Ale jak słyszę, że tylko leserki siedzą w domu z dziećmi, to mnie coś trafia, bo siedzenie w domu z dziećmi to mega wielka praca! I jak ktoś chce dać matkom czwórki dzieci emerytury za samo bycie matką (choć szczerze nie lubię tych, co chcą dać), to popieram. Bo na prawdę jest trudno łączyć macierzyństwo, pracę, korki na ulicach i strajki nauczycieli... 

wtorek, 26 marca 2019

Przedszkole w PRL

Znów gościnny post mojej mamy. Wspomnienia z przedszkola... ideowej placówki PRL. Ja przede wszystkim pamiętam serwatkę, którą nas pojono i która wywoływała u mnie odruch wymiotny. 

Przedszkole w PRL

Była to instytucja bardzo popularna, dostępna, uważana za jedną z cennych zdobyczy nowego socjalistycznego ustroju, w którym kobiety powszechnie garnąc się do pracy musiały gdzieś „podrzucać” swoje dzieci. Po wykorzystaniu 3– miesięcznego urlopu macierzyńskiego takim miejscem był najpierw żłobek

W naszych rodzinach - mojej i Sławka żłobek nie wchodził w grę. Babcie dzielnie wychowywały swoje wnuczęta, ale już po osiągnięciu przez nie trzech lat czyli wieku przedszkolnego, przedszkole jawiło się jako coś oczywistego. Nie pomagały płacze i marudzenia, dzieci zaprowadzano do przedszkola i już. 

Osobiście kiepsko wspominam przedszkole. To, że odprowadzała mnie do przedszkola i przyprowadzała ukochana babcia jeszcze bardziej wyostrzało perspektywę kilku okropnych godzin, które były przede mną. Nie mam żadnych miłych wspomnień, najwyraźniej zajęcia przedszkolne były nieciekawe i monotonne. W pamięci pozostały wydarzenia niemiłe – wciskane na siłę posiłki, których nie znosiłam, chłopaki ciągnące dziewczynki za warkocze. Najmniej sympatyczny moment - nie znosiłam żółtego sera, a przedszkolanka uparła się, że nie odejdę od stołu póki go nie zjem. Skończyło się posiusianiem w majtki (cały czas siedziałam za stołem) i dopiero babcia wyzwoliła mnie z tej opresji.

Magdusia też została oddana do przedszkola jak skończyła trzy lata. Największe wówczas blokowisko łódzkie czyli Retkinia w której mieszkaliśmy, nie dawało szans na zdobycie miejsca w przedszkolu. Dzięki niezbędnym wówczas „znajomościom” udało się umieścić Magdusię w przedszkolu w dosyć odległym od naszego domu. Oczywiście Magda też nie lubiła, podobnie jak kiedyś jej rodzice, przedszkola. 



Pamiętam jak pierwszego dnia machając workiem z pantoflami i podskakując podśpiewywała „ idę do przedszkola” , zaś drugiego dnia płakała w oknie. Najbardziej upiornym momentem w dniu przedszkolnym był obowiązek spania po obiedzie. Nasza córeczka już od drugiego roku życia nie sypiała w ciągu dnia i ten przymus był dla niej dołujący – leżała przez dwie godziny i darła na małe kawałeczki chusteczkę do nosa. 

Sławek, który już wówczas miał więcej czasu (prywatny biznes) odbierał ją wobec tego o 12. Spędzała więc w przedszkolu raptem 3 godziny dzienne – od 9 do 12. Nie pamiętam, aby się w nim dużo działo – największą atrakcją dla dzieci były chyba zabawy karnawałowe. Magdusia nie zdołała się z nikim zaprzyjaźnić, nie przynosiła z przedszkola żadnych swoich prac. 

Ubolewałam, ku oburzeniu wrogów przedszkola - męża i córki, że nie spełniło ono, wobec tak śladowej obecności Madgusi, roli uspołecznienia mojej jedynaczki. Co ciekawe jak Magda sama została mamą to oczywiste dla niej było posłanie dzieci do przedszkola. 

Dziękuję mamo!

czwartek, 25 czerwca 2015

Po pierwsze: wysłuchać

Był czas kiedy jeździłam po Pannie Lulu i marudziłam, jak to ona potrafi marudzić. Teraz przechodzę okres posypywania głowy popiołem. Ok, po prosu mam refleksje.
Ostatnio zdarzyły się dwie sytuacje, które otworzyły mi oczy i spowodowały, że się zawstydziłam... nieco. Sytuacje były w miarę standardowe, znaczy często się takie coś u nas zdarza, choć bez happy endów, czyli morału: 
Sytuacja nr 1. Panna Lulu jest ze mną na placu zabaw przy przedszkolu. Już ją odebrałam i teraz bujam ją na huśtawce (twierdzi, że sama nie umie). Panienka karze mi iść na górkę. Mnie nie bardzo się chce, a poza tym nie podoba mi się jej ton, więc protestuję. Panienka zaczyna się wściekać. Proponuję, żebyśmy poszły razem - nie, albo ja pójdę, a ona do mnie dołączy - bez odpowiedzi. Idę więc, żeby przestała się pruć w nadziei, że do mnie przyjdzie. Nie przychodzi, stoję na górce jak debilka, wracam. Panna Lulu protestuje, bo nie doszłam do piasku. Po chwili ciskania gromów z obu stron idę na ten piasek w nadziei, że tym razem pójdzie za mną i problem się skończy. Nie idzie, ja wracam - ryk. Wkurzam się, zgarniam panienkę, wracamy do domu. Ryk jest w samochodzie jeszcze długo po tym jak stanęłyśmy pod domem.
Poczekałam aż się wyciszy i poszłam z nią pogadać. Wtedy powiedziała mi to, co naprawdę chciała mi powiedzieć na placu zabaw: żebym sobie poszła gdzieś dalej, bo ona chce bawić się sama. Ja oczywiście odebrałam to jako próba rozkazywania matce i badania granic. 
Czego się nauczyłam: że trzeba słuchać dziecka i pomagać mu sformułować myśli bardziej precyzyjnie, bo czasem samemu jeszcze nie potrafi. I nie jest dobrze zakładać coś z góry, zwłaszcza sugerować się narzuconymi sloganami, takimi jak choćby "przekraczanie granic".  
Sytuacja nr 2. Jest wieczór, kładziemy się spać, przed tym jednak trzeba umyć zęby. Panna Lulu często w tym momencie zaczyna grymasić. Tum razem zamiast robić to, co powinna napuszcza sobie wody do umywalki... zimnej... jest podziębiona. Interweniuję, najpierw tłumaczę, wylewam jej wodę, więc się wścieka. Jest już zmęczona i wymyśla sobie różne przeszkody...płacze i krzyczy... to dość powszechne... niestety. Mnie to zaczyna denerwować, brakuje mi cierpliwości, więc wychodzę, zaczynam zajmować się Stachem. Panna Lulu wpada do sypialni z płaczem, że ona chce myć zęby z mamą. Idę z nią, bo wiem, że mnie potrzebuje. Okazuje się, że ta umywalka pełna wody jest po to, żeby mogła sobie wypłukać usta po myciu zębów (niedawno się tego nauczyła, wcześniej połykała całą wodę). Wystarczyło przynieść jej kubeczek i konflikt został zażegnany.
Czasem trzeba wyjść i ochłonąć, dziecko też potrzebuje chwilę, żeby się wyciszyć. Najważniejsze jednak, żeby spróbować zrozumieć malucha i jego zachowania, czasem zupełnie dla nas abstrakcyjne, dla niego mają głęboki sens... ot różnice międzypokoleniowe.

sobota, 29 marca 2014

Pożegnanie ze smoczkiem

O smoczku mówią różnie, przez jednych jest wychwalany, przez innych krytykowany. Podobno na początku nie szkodzi, nawet pomaga w nauce ssania na przykład, czy wyciszaniu. Dla piewców rodzicielstwa bliskości jest zbyteczny, dla ekorodziców nienaturalny. Na początku nie chciałam Pannie Lulu go dawać, ale byłam głupia niedoświadczona, panienka dużo płakała, więc dałam, przyzwyczaiłam... i tak jakoś szło. Panna Lulu polubiła i mocno się od smoczka uzależniła. Zrobił się problem.
Kiedy Panna Lulu skończyła dwa lata stwierdziliśmy że trzeba coś z tym smoczkiem zrobić. W dodatku moja mama, która ma fioła na punkcie prostych zębów stwierdziła, że panience zaczynają się krzywić. Ja obawiałam się silnego uzależnienia. Zaczęliśmy więc walczyć.
Istnieje kilka metod odstawienia:
- po prostu zabrać - kilka dni pobeczy i przestanie - według mnie zbyt radykalne i okrutne, najpierw się do czegoś dziecko przyzwyczaiło, a potem się to brutalnie zabiera fundując dziecku traumę
- metoda drobnych kroczków - stopniowo ograniczać - super jeśli jest się konsekwentnym. Podobno najlepiej zacząć kiedy dziecko skończy pół roku bo wtedy potrzeba ssania jest już mniejsza. Mnie ograniczanie szło całkiem nieźle, ale nie potrafiłam doprowadzić sprawy do końca.
- namówić, żeby samo wyrzuciło - wielu psychologów podkreśla, że ważne żeby dziecko samo dokonało aktu wyrzucenia lub oddania smoczka. Jak już się go pozbędzie trzeba twardo powtarzać, że przecież sam/sama chciałeś/chciałaś. Mnie to jakoś nie przekonuje, bo w przypadku niektórych dzieci (a jestem pewna że i Panna Lulu do nich należy) po chwili i tak byłaby rozpacz, a nie jestem przekonana, czy taki maluch jest świadomy konsekwencji swoich czynów.
- niech odda mniejszemu dziecku - podobnie jak wyżej, tylko podajemy konkretną osobę - inne małe dziecko, któremu smoczek ma być niby oddany. Niektórzy twierdzą, że potem podświadomie może wytworzyć się niechęć do tego kto "zabrał mi mój smoczek"
- na logikę - jak już jest starsze można tłumaczyć, że "takie duże dzieci już nie używają smoczka" itp, może zrozumie, ale nie wiem czy dobrze jest czekać aż tak długo.
- skracanie smoka - jedną z metod, którą znalazłam w sieci jest stopniowe skracanie smoczka. Postanowiłam spróbować. Najpierw zrobiłam dziurkę, potem stopniowo powiększałam otwór. Panna Lulu zauważyła zmianę kiedy dziura była już na prawdę spora, ale ponieważ dało się jeszcze ssać nie sprawiło to problemu. Napomknęłam wtedy, że może myszka zjadła. Skracałam smoczek coraz bardziej, aż wreszcie ssanie go przestało być możliwe. Wtedy odbyła się jedna czy dwie awantury, że panienka nie chce tego "amama", że trzeba kupić nowy. Tłumaczyłam, że jest wieczór i już nie można nic kupić. Cały czas jeszcze musiała go mieć przy zasypianiu i często próbowała wkładać go sobie do buzi. Działo się to stopniowo, trwało chyba w sumie ze dwa miesiące, bo chciałam, żeby sama go odrzuciła. Jeszcze do niedawna przed zaśnięciem brała go do ręki, traktowała na równi z przytulanką. Ale ponieważ przestał pełnić swoje funkcje zaczęła o nim zapominać, aż w końcu schowałam go i skończyła się przygoda królewny ze smokiem.


Podobno smoczek jest lepszy niż palec, bo smoczek można zabrać. Zobaczymy jak to będzie, Stach smoczka nie dostał (między innymi dlatego, że wtedy nie udałoby się odzwyczaić panienki), ssie za to palce. Mam nadzieję, że sam z tego wyrośnie, paluszków ucinać nie będziemy:)

piątek, 21 marca 2014

Poskromienie złośnicy

Obcowanie od pół roku z dwulatką pozwoliło mi już mniej więcej rozeznać się i poukładać sobie kwestie związane z buntem Panny Lulu. Cały czas psuje nam to krew, cały czas musimy walczyć ze sobą, żeby nie sięgać po klasyczne metody wychowawcze. Nie chcemy karać, nie dajemy klapsów, staramy się nie krzyczeć (staramy się!). To dla nas wielka lekcja cierpliwości i pomysłowości. Ja wiem, że w moich ostatnich opisach kolejnych miesięcy Panny Lulu kwestia buntu przewija się cały czas, ale twórczość jest przecież sposobem na autoterapię. Są dzieci które przechodzą to łagodniej, są takie, które burzliwiej, to bardzo ważny okres w kształtowaniu tożsamości dziecka, a mnie zależy, żeby Panna Lulu wyrosła na szczęśliwego człowieka.



Obserwacje pozwoliły mi pogrupować buntownicze zachowania panienki, trochę mi to pomaga w codziennym funkcjonowaniu. Często denerwuje Pannę Lulu złośliwość przedmiotów martwych, tłumaczę jej, że prawa fizyki obowiązują także ją, ale mi nie wierzy. Dużym problemem bywają również zaburzenia obowiązującego harmonogramu, zwłaszcza jak panienka jest senna. Ostatnio zrobiła koszmarną awanturę bo nie było ciepłej wody w kranie, trzeba było lać do miski wrzątek z czajnika. Oczywiście wkurza ją również, gdy czegoś się jej zabrania, a ponieważ staramy się być konsekwentni, bywa ostro.
Złość Panny lulu przyjmuje różne oblicza, czasem jest to zwykły krzyk (do opanowania), a czasem histeria. I tak jak nie radzę sobie z zachowaniami Panny Lulu typu rozbieranie się, czy siusianie w majtki (nie pojmuję tego i czuję się bezsilna), to histeria mnie za bardzo nie rusza. Histerię znam i w jakiś sposób rozumiem. Tez mi się zdarzało i pamiętam jak to jest. Wiem, że klaps nie pomoże, nie pomoże obrażenie się i izolacja. Podczas histerii potrzebne jest wsparcie, nawet jeżeli w czymś się nie zgadzamy. Ostatnio udało mi się ją zagadać i wyprowadzić tak skutecznie, że jeszcze pół godziny musiałam jej czytać i rozmawiać i śmiać się razem z nią zanim zasnęła. Nie lubię kiedy zasypia ze zmęczenia płaczem.
W ogóle najlepszą metodą na wszelkie problemy jest odwracanie uwagi. To wymaga pomysłowości i cierpliwości, to nie jest łatwa metoda, "patrz, leci ptaszek" już nie skutkuje.
Ale oprócz tego wszystkiego Panna Lulu jest cudowną dziewczyną, strasznie pomysłową, coraz bardziej wygadaną i słodką. Zaskakuje nas bystrością i tym jak zapamiętuje różne dziwne rzeczy, żeby je potem wyciągnąć w najmniej oczekiwanym momencie. Ostatnio zaczęła wszystkich całować, nie umie za bardzo jeszcze cmoknąć, dotyka tylko ustami, ale obdarowani pocałunkami i tak są w siódmym niebie. A najbardziej szczęśliwy jest chyba Stach. Relacje między rodzeństwem stają się coraz bliższe. Panna Lulu co prawda kontroluje, czy aby brat nie dorwał którejś z jej zabawek, ale często go zagaduje, głaszcze, podaje zabawki. Zwraca też na niego większą uwagę. Na razie wygląda to całkiem fajnie. Czy jest szansa na to, że rodzeństwo nie będzie się tłukło?

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Frustracje

Ostatnio fundujemy Pannie Lulu sporo frustracji. Nie dość, że kształtuje się jej indywidualność co objawia się koszmarnym buntem dwulatki, to jeszcze rodzice postanowili zrobić sobie drugiego dzidziusia, a na domiar złego przeprowadzić się do "duziego domu". Wszystko to spadło na maleńką główkę Panny Lulu... i jak ona sobie może z tym poradzić? A frustracja córki rodzi również czasem frustracje u matki i robi się nieprzyjemnie.
Panienka radzi sobie jednak dzielnie. Brata jako tako zaakceptowała, wczoraj nawet podczas zasypiania zażyczyła sobie, żeby go przynieść, bo jak to tak zasypiać bez Stacha? Czasem jednak ją denerwuje, zwłaszcza, jak jest na rękach u mamy. Każe go odłożyć, albo zaczyna wyczyniać niesamowite rzeczy, żeby zwrócić na siebie uwagę. Najczęściej rozbiera się do naga, biega i krzyczy że jest "Jusią gołą". Postanowiłam nie reagować, bo wszelkie interwencje kończyły się awanturami. Trochę się martwię, że się przeziębi, na razie jest zdrowa. Po pół godziny mówię że jest chłodno i że może coś jednak założy, na co się najczęściej godzi. Raz dostałam szału, bo nie dość że latała goła, próbowała robić siusiu na kanapę, a na koniec wsadziła nogi do doniczki, a potem do buzi. Nakrzyczałam na cały świat (nie na panienkę, tylko ogólnie), nie dałam rady zachować zimnej krwi. Biję się w pierś i obiecuję poprawę!
Z tym siusianiem też był na początku  jakiś problem. Najpierw jak pojawił się Stach to kilka razy zlała się w majtki w różnych dziwnych miejscach, teraz po przeprowadzce też miała parę awarii. Mam nadzieję, że jak się przyzwyczai do nowej sytuacji wszystko wróci do normy.
"Duzi dom" nie jest na szczęście jedynie źródłem frustracji. Przede wszystkim dysponuje sporą przestrzenią, która panience służy do biegania i "bikania" (co znaczy "bikać" domyślaliśmy się kilka dni, w końcu dotarło do nas oglądając "Kubusia Puchatka", że chodzi o tygryskowe brykanie). Wyścigi dookoła kominka są na porządku dziennym. Trochę to przeszkadza w usypianiu panienki, nie może się wyciszyć, co chwila wyskakuje z sypialni i robi rundkę, ale jest już coraz lepiej (zamykanie drzwi powoduje tylko niepotrzebną awanturę, lepiej pogasić światła).


Z innych nowości: Panna Lulu całkiem nieźle opanowała kolory. Przez pewien czas zachodziliśmy w głowę co znaczy "tani" i o co jej chodzi. W końcu doszliśmy, że jest to czarny. Ostatnio zażyła Maćka stwierdzeniem, że coś jest koloru "śliwkowego" - wiadomo, kobiety dużo lepiej znają się na kolorach niż faceci. Teraz zaczynamy naukę liczb, panienka liczy sobie pod nosem: "penć, szesc", inne cyfry na razie nie istnieją.
Zaczęła rzucać teksty, które rzucają na kolana. Babcia prawie nie spadła z tego na czym siedziała, kiedy panienka przyszła do niej z plastikowym jajeczkiem wielkanocnym. Zawieszka nie trzymała się zbyt dobrze, na co Panna Lulu stwierdziła: "obluzowało się, trzeba przykręcić śrubę". Kiedy Maciek pokazał jej nowe amortyzatory do pralki, była bardzo zawiedziona, że  "nie ma śruby". Wiedza techniczna na poziomie politechniki:)
A dzisiaj rano zajrzałam w panienkową paszczę, patrzę, liczę i oczom nie wierzę... dwie piątki całkiem wyrośnięte... na dole. Na górze jeszcze nie ma. Co ze mnie za matka, że nie wiem nawet, że dziecku zęby rosną? Sfrustrowana jestem.

środa, 9 października 2013

Instrukcja obsługi rodzeństwa

Już prawie od miesiąca mam dwójkę dzieci i... jest super, jest ciężko, jest inaczej. Mini St. jak to noworodki: je, śpi, marudzi, a Panna Lulu jest dumną starszą siostrą (cokolwiek to znaczy). To właśnie na panience trzeba się skupić, ją nauczyć jak to rodzeństwo ma wyglądać, bo to ona potem będzie uczyć brata. Po powrocie ze szpitala Panna Lulu była dość zainteresowana Mini St., ale w sumie bardziej jego fotelikiem samochodowym, do którego z powodzeniem się zmieściła i jeszcze bujać się dało. A potem to już bardziej i mniej, w zależności czy wadził jej w codziennych szaleństwach. Obserwuję tę dwójkę i mam kilka przemyśleń na temat naszych zachowań względem nich.
Po pierwsze - nie sugerować.
Automatycznie włączyło nam się zakazywanie: "nie skacz koło Stasia", "nie podchodź za blisko", "nie uderz go". Ale zaświeciła mi się czerwona lampka, przypomniałam sobie ćwiczenie ze studiów. Polegało na tym, żeby zamknąć oczy i nie wyobrazić sobie słonia, który nie jest różowy i nie jeździ na rowerze. Nawet jeśli starałam się skupić na niebieskim wielbłądzie grającym na harfie, różowy słoń na rowerze i tak choć przez chwilę zaistniał w moim umyśle. To dlatego, że ludzki mózg odrzuca słowo "nie". W związku z tym powinno się stosować komunikaty pozytywne, bo te negatywne są tylko kopalnią pomysłów "co by tu jeszcze zrobić", zwłaszcza dla małego dziecka. Oczywiście Panna Lulu jeszcze energiczniej skakała, bliżej podchodziła i kombinowała jak by tu dorwać się do strzeżonego zakazami brata. Staramy się więc mówić: "proszę, głaszcz Stasia delikatnie" czy "proszę, baw się spokojnie".
Po drugie - nie porównywać.
Porównania cisną się na usta członkom rodziny. Na szczęście nam nie przychodzą do głowy. Prawdopodobnie dlatego, że już dawno odrzuciliśmy określenia typu: "grzeczna dziewczynka" czy "ładnie jeść". Za to babcie, prababcie i inni uwielbiają zwracać Pannie Lulu uwagę jak Mini St. pięknie je, w odróżnieniu od niej oczywiście, jaki jest mały (na informację, że jest duża, Panna Lulu reaguje niezmiennie: "nie, mała"). Denerwują mnie też próby wytłumaczenia dwulatce, że musi się bratem opiekować, dbać o niego i go kochać - to dla niej kompletnie abstrakcyjne pojęcia.
Po trzecie - pozwalać uczestniczyć.
Staram się Panny Lulu nie izolować zbytnio od Mini St. Co prawda w zamyśle maluch miał spać w naszym łóżku również w dzień (w nocy oczywiście śpi z nami), ale ponieważ panienka potrafi mocno na owym łóżku dokazywać zdecydowałam się pożyczyć łóżeczko szpitalne (mimo, że miałam z nim złe skojarzenia zajmuje mało miejsca i jest praktyczne). Poza tym pozwalam Pannie Lulu kręcić się w pobliżu karmionego malucha, głaskać go po głowie, podglądać procesy pielęgnacyjne ("taka mała nioga"), chodzimy też razem na spacery.
Po czwarte - zapewnić atrakcje.
Nigdy nie poświęcałam Pannie Lulu całego swojego czasu. Przy niej gotowałam, sprzątałam, a czasem nawet pisałam bloga. Dzięki temu panienka potrafi na jakiś czas zająć się sobą. Oczywiście odrywam się od obowiązków, kiedy jestem potrzebna. Poza tym przyzwyczaiłam Pannę Lulu do tego, że często przyjeżdżają dziadkowie i to oni się z nią bawią. Pomagali mi podczas ciąży i pomagają mi nadal, bez nich byłoby ciężko. Myślę, że przez to wszystko panienka nie jest zazdrosna o mój czas spędzony z Mini St. zwłaszcza, że kiedy tylko mnie potrzebuje jestem żeby jej pomóc, nawet z maluchem przy piersi.  

piątek, 20 września 2013

Grunt to bunt

Panna Lulu kończy dziś dwa lata i jak na dwulatkę przystało faza buntu jest w rozkwicie. Panienka krzyczy z byle powodu, mnóstwo rzeczy jej się nie podoba... nie bo nie! Czasami bunt polega na zaprzeczaniu, czasem na płaczu i krzyku, czasem na zwyczajnym olewaniu tego, co się do niej mówi... zakazy nie istnieją, albo może istnieją właśnie jako forma zabawy, żeby się im sprzeciwić. Rodzice i dziadkowie dostają białej gorączki, ale jakoś to trzeba przetrwać. Dodatkowym problemem jest komunikacja, Panna Lulu nie zawsze potrafi wyartykułować o co jej chodzi, więc awantura trwa w najlepsze. Ostatnio wyła powtarzając co chwila słowo "siok", byliśmy w kropce, bo ów sok,  o który się awanturowała miała w ręku.
Specjaliści twierdzą, że dziecko już tak ma, że kształtuje się jego tożsamość, że musi silniej przeżywać różne emocje. Trzeba to cierpliwie znieść i tyle. I ja im wierzę i znoszę. Czasem nie wytrzymam, czasem krzyknę, czasem zrobię coś na siłę. Potem mi głupio, ale jestem tylko człowiekiem. Wiem, że tak nie powinnam, że powinnam tłumaczyć, przekonywać, tulić i wspierać. Przede wszystkim starać się zrozumieć i nie zabraniać, jeżeli nie ma takiej potrzeby. Denerwuje mnie, kiedy ktoś mówi panience czego jej nie wolno, a potem i tak na to pozwala, bo Lulu się uprze. Wydaje mi się, że taka niekonsekwencja jest najgorsza. Wiem, wiem, mnie też się zdarza.
Ale okolice drugiego roku życia to nie jedyny okres buntu Panny Lulu, bowiem Panna Lulu ma w pewnym sensie okres buntu nieustająco. Już właściwie od urodzenia, jak tylko panience coś się nie podoba jest płacz. Od samego początku emocje targają Panną Lulu. Od samego początku Panna Lulu wie czego chce i to manifestuje. Na pewno robiliśmy całą masę błędów, trzeba było obserwować i eksperymentować, ale myślę, że nawet jakbyśmy z Maćkiem robili wszystko idealnie i tak coś by panience nie odpowiadało. Panienkę trzeba było mocno zawijać, bo machała łapkami przeszkadzając sobie w spaniu, jedzeniu i drapiąc się. Trzeba było ją nosić i usypiać, trzeba było uspokajać. Wiem, że wszystkie dzieci płaczą, ale od kilku dni wiem też, że mogą płakać więcej lub mniej. Potem były inne kaprysy, nie dało się panienki przekonać do niektórych potraw, czy aktywności.

I może ktoś stwierdzi, że Panna Lulu jest dzieckiem trudnym, czy kłopotliwym, ale nie zamieniłabym jej na żadną inną. Kocham ją przeraźliwie i akceptuję taką jaka jest. Myślę, że dzięki temu całemu buntowi i temu, że go nie tłumimy wyrośnie z niej pewna siebie dziewczynka, która wie czego chce i nie poddaje się woli większości. Mam nadzieję, że będzie w życiu bardzo szczęśliwa i zrobię wszystko, żeby jej to ułatwić.
Wszystkiego najlepszego córeczko!      

piątek, 15 marca 2013

Czarnowidztwo

Jestem z natury optymistką, nic złego nie może mi się przytrafić, mam przecież super moce:) Dobra, myślałam tak dopóki nie złamałam sobie nogi, teraz myślę trochę bardziej racjonalnie. Ale optymizm pozostał, nie przejmuję się zbytnio, ufam, że problemy same się rozwiążą, traktor skręci na najbliższym skrzyżowaniu i nie będzie trzeba go wyprzedzać... i tak dalej.
Czasem jednak trzeba przygotować się psychicznie na różne mniejsze i większe i większe katastrofy. Te większe jako optymistka odrzucam na wstępie, albo zupełnie nie przychodzą mi do głowy, ale te mniejsze trzeba przecież rozpracować. To taki mechanizm obronny, żeby przygotować się na trudności, a potem mile się rozczarować. Na przykład, że na egzaminie nie dostanie się piątki albo, że pogoda w wakacje będzie fatalna. Można sobie wtedy wytłumaczyć, że i tak będzie super, zaplanować to i owo, przygotować plan awaryjny.
Tym razem wymyśliłam sobie, że prawdziwym wyzwaniem będą bliźnięta. Nie mamy żadnych w rodzinie, ale przecież nigdy nic nie wiadomo. Ubzdurałąm sobie, że większe mdłości niż w pierwszej ciąży, spory brzuch to napewno to. Ponieważ nie lubię być kłuta i postanowiłam tym razem prowadzić ciążę na koszt państwa, więc ani wyników bety, ani wcześniejszego USG nie było. Mogłam się nakręcać przez kilka ładnych tygodni. Co więcej udało mi się w to wciągnąć rodzinę i znajomych. Maciek już nawet zaczął szukać samochodów odpowiednich dla trójki dzieci. 
Bliżniaki to z jednej strony podwójne szczęście, ale jednak byłoby ciężko. I tak się obawiam, że panna Lulu będzie miała nas za mało, że nie będę jej poświęcać tyle czasu co powinnam. Przy bliźniętach byłaby masakra. Do chusty obu się nie da, karmić przez sen też nie bardzo, a jeszcze to wszystko ogarnąć... Poza tym ciąża bliźniacza jest często zagrożona, zdarza się, że trzeba iść do szpitala, albo leżeć plackiem przez ostatni okres ciąży (oczywiście w pojedynczej ciaży też się taka zdarza, ale przypominam, że jestem optymistką). Nie wyobrażam sobie zostawić Panny Lulu na kilka dni samej, nawet z Maćkiem, uschłabym z tęsknoty. Kolejne problemy z bliźniakami to mała szansa na poród naturalny, a ja bardzo chę rodzić naturalnie, najlepiej w domu.
Na badaniu USG odetchnęliśmy z ulgą. Miło się rozczarowaliśmy. A myślenie o samochodzie dla trójki dzieci możemy jeszcze odłożyć w czasie:)   

wtorek, 27 listopada 2012

Przytulanka

Panna Lulu jest osóbką, która bardzo lubi się przytulać, najczęściej do mnie. Chodzi sobie, bawi się i coś tam ją tyka i jest już przy mnie i się wtula w moje ramiona, albo wyciąga rączki, żeby ją ponosić i potulić. Od razu też jest przytulana, kiedy zrobi większe czy mniejsze bach (czyli tak około kilka razy dziennie). Dzięki temu bardzo szybko się uspokaja i idzie broić dalej. Oczywiście Maciek też Panienkę przytula.
Do niedawna jeszcze ją chustowałam i tak Panna Lulu przesypiała przy mnie codziennie rano jakieś dwie godziny. Teraz jej się coś przestawia i z chusty chce się jak najszybciej wyswobodzić, ma prawo. Ostatnio też przestała z nami sypiać, a spała w naszym łóżku dobry rok. Separacja była na całe szczęście szybko przez Pannę Lulu zaakceptowana do tego stopnia, że już się nie budzi w nocy, żeby się do nas przenieść.
Nie wyobrażam sobie postępować inaczej, robię to instynktownie. Na szczęście nikt mi nie próbował wmawiać, że to zły pomysł (na szczęście dla tych wszystkich osób, które by się odważyły). Za to wielu ekspertów poleca takie zachowanie, bo dzięki przytulaniu dziecko:
- czuje się bezpieczne,
- rozwija się jego ufność do rodziców
- kształtuje się w nim pozytywna samoocena - mama mnie kocha i przytula, więc jestem istotą wartościową,
- pogłębia się więź między rodzicem i dzieckiem,
- uczy się dawać i przyjmować miłość.
Z kolei rodzice stają się bardziej wrażliwi na potrzeby dziecka i sygnały jakie wysyła, by je zaspokoić.
Ostatnio Panna Lulu przytula nie tylko większych od siebie, zaczęła przytulać pluszaki. Nikt jej tego nie pokazywał, tak sama z siebie. Bardzo słodko to wygląda:)



   

piątek, 17 sierpnia 2012

Grzeczna dziewczynka

Panna Lulu słyszy czasami, że jest grzeczna. Głównie od dziadków. Jest grzeczna kiedy zrobi coś na nocnik, jak siedzi cicho i nie przeszkadza, jak zajmuje się sobą. Patrząc na to stwierdziłam, że wcale nie chcę, żeby Panna Lulu taka była i że tak naprawdę nie do końca rozumiem znaczenia tego słowa.
Za Wikisłownikiem: grzeczne dziecko to takie, które jest posłuszne, spokojne, miłe i dobre. Posłuszeństwo ma według mnie dwie strony. Z jednej jest dobre, bo umożliwia współpracę dziecka z rodzicem, podporządkowanie się woli osoby starszej i najczęściej jednak mądrzejszej. Z drugiej jednak, jeżeli prowadzi do konformizmu i bezmyślnego wykonywania poleceń jest złe. Spokojne dziecko to oczywiście super sprawa dla rodzica, rodzic ma czas dla siebie, dziecko nie przeszkadza, zajmuje się sobą... tylko czy o to chodzi? Określenie "miłe" jest jeszcze dla Panny Lulu zbyt abstrakcyjne, a "dobre" w ogóle według mnie niedefiniowalne.
Chcę, żeby Panna Lulu ze mną współpracowała i była posłuszna jeżeli chodzi o rzeczy naprawdę ważne. Nie chciałabym jednak, żeby zawsze mnie słuchała nie mając przy tym swojego zdania. Zależy mi, żeby potrafiła dążyć do tego czego pragnie, nawet wbrew zakazom, żeby potrafiła powiedzieć nie - przede wszystkim obcym, ale również rodzicom, bo i rodzice mogą się czasem przecież mylić. Kiedyś dbano o to, żeby dzieci były posłuszne i podporządkowywały się pewnym autorytetom - wychowawcom, nauczycielom i w ogóle dorosłym. Mój tata wyłamał się z tego schematu tłumacząc mi, że nauczyciel też może być głupi (mama była oburzona). Na szczęście mimo, że wmawiano nam takie dyrdymały nie daliśmy się nabrać i swoje dzieci wychowujemy już bez takich nakazów. Zmieniły się czasy, demokracja nie wymaga ślepego podporządkowania się władzy.
Cieszę się, że Panna Lulu jest dziewczynką pełną energii, że dużo się rusza, że lubi zmiany, że szybko nudzi się jedną zabawką. To może nie jest dla mnie za wygodne, muszę się trochę postarać, wymyślać nowe zabawy i zabawki (wszystko co nie jest zabawką jest najlepszą zabawką!), zabierać ją w różne miejsca. Cieszę się, kiedy zdobywa nowe doświadczenia, poznaje nowe rzeczy, wiem, że wtedy lepiej się rozwija. Jak jest za spokojna zaczynam się wręcz martwić, ale może dlatego, że wtedy najczęściej znajduje coś czego znaleźć nie powinna i wsadza to sobie właśnie do buzi.
"Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą". Chyba wolałabym, żeby Panna Lulu do najgrzeczniejszych nie należała.

środa, 18 lipca 2012

Mój jest ten kawałek podłogi

Podobno wychowanie dziecka na podłodze jest dla niego bardzo korzystne. Nie wiem gdzie indziej miałabym wychowywać Pannę Lulu, na kojec nie mamy miejsca i jakoś mnie nie przekonuje żeby ograniczać dziecięcą swobodę. Co prawda sporo czasu spędza jeszcze w moich ramionach, ale dążę do minimalizacji tego stanu rzeczy. Panna Lulu ma na podłodze dywan (mini dywan), który omija najczęściej szerokim łukiem i zabawki, które mama próbuje bezskutecznie utrzymać w granicy owego dywanu.
Niedawno hitem było siedzenie, teraz siedzenie jest już nudne, teraz fajne jest pełzanie. Cały czas Panna Lulu nie podnosi swoich 4 literek do góry, tylko czołga się zapamiętale po całym domu. Nie ma zbyt wiele miejsca, ale też na razie potrzeby są niewielkie. Przynajmniej ogarniam co robi.


Bardzo mi zależy, żeby Panna Lulu raczkowała. Nie musi już teraz, ale żeby nie przeskoczyła tej fazy i nie zaczęła od razu chodzić. Raczkowanie jest bardzo ważne nie tylko ze względu na wzmocnienie mięśni kręgosłupa, ale również na rozwój mózgu - ruch naprzemienny aktywizuje rozwój dróg nerwowych między półkulami. Bez tego mogą pojawić się trudności w uczeniu, dla mnie wystarczający argument. Za radą mojej przyjaciółki postanowiłam dać Pannie Lulu dobry przykład i zniżyć się do jej poziomu, dosłownie. Zaczęłam chodzić po domu na czworaka, Maciek też dał się namówić.
Rezultaty są fantastyczne. To znaczy Panna Lulu jeszcze nie raczkuje, jedną nogą się już co prawda trochę odpycha, ale druga wierzga gdzieś w przestrzeni. Za to zdecydowanie chętniej spędza czas na podłodze, nie marudzi co chwilę, żeby ją brać na ręce, jest bardziej chętna zaglądać w nieznane dotąd kąty, gania się z nami i często bawi sama. Chętnie bym ją puściła na trawę, niech pobrudzi trochę bluzek na zielono, ale te pogody ostatnio nie sprzyjają...

środa, 11 lipca 2012

Maks i jego smoczek

Zgłupiałam... naprawdę... nie rozumiem książeczki dla dzieci... ani trochę. Nie mam pojęcia o co chodzi. Nie jest to problem fabuły, bo ona jak to w książeczkach dla dzieci bywa jest prosta jak drut, raczej problem natury... hmmmm... moralnej.
W książce "Maks i jego smoczek", którą  Panna Lulu dostała niedawno w prezencie, tytułowy bohater nie che oddać kochanego smoczka napotkanym zwierzętom. Nie ma w tym nic niewłaściwego, dlaczego miałby oddawać, smoczek jest przecież jego. Uważam zmuszanie dzieci do dzielenia się za rzecz niedobrą. Na początku jest więc ok. Potem jednak Maks spotyka kaczkę, która zabiera smoczek. Nie jest to oczywiście czyn chwalebny, ale reakcja jest niewspółmierna. Kaczce się dostaje... dosłownie. Kaczka zostaje wyzwana od głupich i uderzona w głowę.

  
I tego własnie nie rozumiem, jak można w książeczce dla małych dzieci umieszczać takie agresywne treści? Może jestem jakaś niedzisiejsza, ale nie chcę uczyć Panny Lulu tego typu zachowań. Pomyślałam przez chwilę, że może autorom chodziło o to, że nie wszystkie ludzkie reakcje są dobre i trzeba dziecku to wytłumaczyć. Wyjaśnić, że chłopiec się nieładnie zachował, że nie wolno bić zwierząt i ich wyzywać, że kaczkę to bolało itp. Tylko co jeśli dziecko dorwie książeczkę samo bez rodzicielskiego komentarza? Albo rodzic nie zorientuje się, że dziecku trzeba wytłumaczyć? Albo mu się nie będzie chciało?
Zdawało mi się, że na początku należy stworzyć dziecku bezpieczny świat, a dopiero potem stopniowo oswajać z niegodziwością. Służą temu między innymi bajki posługujące się symbolami i archetypami, nie tak dosłowne jak "Maks i jego smoczek".

środa, 4 kwietnia 2012

Kangurzyca z maleństwem


Chusta jest super, bardzo ją z Panną Lulu lubimy a i eko tata czasem się z córką zamota. Dzięki chuście przeżyliśmy pierwsze kryzysy, bo wtedy tylko szczelnie opatulona i przywiązana do rodzica Panna Lulu się uspokajała i zasypiała. Odkryliśmy wtedy, że maleństwo lubi być skrępowane, a do tego dochodziło jeszcze uspokajające bujanie, bliskość i bicie mojego serca, które tak dobrze poznała będąc jeszcze w brzuchu.
Przez pierwsze dwa miesiące wiązałam Pannę Lulu w tzw. kołyskę, na szczęście bioderka miała w porządku, więc nie było żadnych problemów ani przeciwwskazań. Potem zaczęła sprawdzać się kieszonka. Usztywniałam szyję Panny Lulu kołnierzem z pieluszki i nie było problemu. Lubiła się wtedy we mnie wtulać, a kiedy miała ochotę mogła oglądać świat. Zrezygnowaliśmy z głębokiego wózka, jako rzeczy absolutnie zbędnej, więc wszystkie spacery odbywały się w chuście (ja nosiłam w tygodniu, Maciek dumnie maszerował w weekendy). Z zamotaną Panną Lulu udawało mi się również wykonywać większość prac domowych. Nie obawiałam się gotowania, ani prasowania, nigdy nie było niebezpiecznych sytuacji. Chusta ratowała również sytuacje towarzyskie. Na początku gdy spotykaliśmy się z większą liczbą znajomych czy rodziny Panna Lulu była mocno zestresowana. Dopiero włożenie jej do chusty spowodowało, że maleństwo poczuło się bezpiecznie. Dowodem może być fakt, że zasypiała nawet przy głośnej muzyce.
Teraz mamy mały kryzys chustowy. Panna Lulu rośnie jak na drożdżach i robi się coraz cięższa. Przestaje mi się chcieć ją nosić bo po dłuższym, spacerze bolą mnie ramiona i plecy. Poza tym uruchomiliśmy spacerówkę, Panna Lulu podróżuje na razie w pozycji półleżącej, bo jeszcze sama nie siedzi. Jest to niewątpliwie wygodne i mam nadzieję że i mojej córce się podoba. Wydaje się być zainteresowana szeroką perspektywą obserwowania świata, jaki się przed nią rozciąga. W wózku też zasypia, więc chyba czuje się bezpiecznie. Oczywiście zdarza mi się jeszcze używać chustę w domu, zabieram też czasem Pannę Lulu w chuście do pracy – prowadzę dodatkowe zajęcia dla osób planujących zdawać rozszerzoną biologię na maturze. Dziewczynom Panna Lulu nie przeszkadza, Pannie Lulu dziewczyny też nie.
Czekam teraz na moment, gdy Panna Lulu zacznie porządnie siedzieć, wtedy zaczniemy motać ją na plecach. Na pewno na wakacjach będzie to podstawowy sposób przemieszczania się Panny Lulu. Aż mi się cieplej zrobiło:)

sobota, 14 stycznia 2012

Panna Awanturka


Wstyd mi, bo zwątpiłam w moją córkę. Zwątpiłam w jej mądrość i instynkt. Przez chwilę pomyślałam, że Panna Lulu próbuje nas szantażować. A wszystko przez to, że Pannie Lulu się ostatnio poprzestawiało i zaczęła robić awantury – pozornie bez powodu. Kolki wykluczyliśmy bo pruła się nieregularnie. Ząbkowanie niby w toku, ale w sumie jeszcze chwila, więc to jednak chyba nie to. Ponieważ uspokajała się podczas noszenia i to w dodatku w pozycji pionowej podejrzenie padło na chustę. Stwierdziliśmy, że się przyzwyczaiła, że domaga się noszenia, że szantażuje biednych rodziców.
Od samego początku założyłam, że nie dopuszczę, żeby moje dziecko czuło się samotne i opuszczone, że nie zostawię go płaczącego bez wsparcia. Są takie sytuacje, kiedy nie można do końca pomóc, kiedy dziecko coś boli i już (np. zęby wychodzą), ale wtedy trzeba być przy maleństwie i starać się ulżyć jak tylko się da nosząc, lulając czy szumiąc. Starałam się więc bujać Pannę Lulu w fotelu odmawiając jej noszenia, bo plecy by mi w końcu wysiadły, starając się okazać wsparcie, ale też konsekwencję.
Panna Lulu pruła się właściwie wyłącznie przy zasypianiu. Od początku wprowadziłam rytuał, że zasypia bujana w moich ramionach. Nie zależy mi, żeby zasypiała w łóżeczku, potrzebne są nam takie chwile, kiedy jesteśmy do siebie przytulone. I wszystko było super tak mniej więcej do Świąt – bawiła się, zaczynała marudzić, przytulałam ją, zasypiała. Ale po Świętach nastąpił dramat, Panna Lulu brana na ręce zaczynała przeraźliwie wyć. A przeraźliwego wycia nie da się wytrzymać… więc wyłam razem z nią, a Maciek zatykał uszy. No i po kilku dyskusjach i próbach rozwiązania problemu padło na to, że mamy w domu terrorystkę.
Na szczęście otrzeźwiałam. No bo jak to? Takie maleństwo i już terroryzować chce? Gdzie to się tego nauczyło? Jak to możliwe? Niemożliwe! Dzieci nie są złośliwe, dorośli owszem, ale nie dzieci, chyba że dorośli nauczą. Ale czteromiesięcznego szkraba jeszcze się nie da nauczyć manipulowania innymi, ono tylko informuje o swoich potrzebach. A że rodzic niemądry i nie rozumie… ech…
Co się okazało? Robiłam eksperymenty: sprawdzałam zawartość pieluszki, dostawiałam częściej do piersi i eureka – pozwoliłam się Pannie Lulu dłużej bawić, kiedy marudziła przenosiłam ją w inne miejsce, albo podawałam nową zabawkę. Dziecko po prostu nie chciało jeszcze iść spać. Na pytanie: kto jest mądrzejszy: jajko, czy kura? odpowiadam bez wahania: jajko:)

wtorek, 27 grudnia 2011

Zachustowane Święta


Trzy spore imprezy dzień po dniu to jednak dla trzymiesięcznej kruszyny sporo wrażeń. Wigilia najpierw u rodziców, później u wujków. Głośno, ruch, światło, nowe twarze, wszyscy chcą dotknąć choćby nóżkę. Od samego początku była w chuście. Postanowiliśmy, że tak właśnie będziemy próbowali ją uchronić przed nadmiarem wrażeń. Żadnego noszenia przez babcie, żadnego przechodzenia z rąk do rąk – na to będzie czas kiedy indziej. Mnie było trochę mniej wygodnie, ciężko było cokolwiek zjeść (może to i lepiej – pierwszy raz się nie przejadłam), musiałam wstawać od stołu i bujać Pannę Lulu kiedy kwękała, ale trudno… czego się nie robi dla dziecka. Co prawda obudziła się w pewnym momencie i długo nie chciała zasnąć, ale po powrocie do domu kolędy zadziałały jak kołysanki i w końcu Panna Lulu poszła spać. Spała całkiem spokojnie – znak, że chusta zdała egzamin.
Pierwszego dnia Świąt byliśmy zaproszeni na chrzciny kolegi Panny Lulu – 4,5 miesięcznego synka mojej przyjaciółki. Masza, ceremonia, a potem obiad – wszystko w chuście. Tym razem moje maleństwo przespało prawie cała imprezę. Nawet chóralne śpiewanie jej nie ruszało. Budziła się tylko na przewijanie i karmienie.
Wczorajszy dzień też prawie cały przespała. Nawet karmiłam ją na śpiocha, bo płakała ze zmęczenia jak ją przystawiałam do piersi. Obiad u rodziców Maćka też przesiedziała w chuście, bo choć zna miejsce i twarze, to jednak było sporo wrażeń.
Myślę, że bez chusty byłoby ciężko. Panna Lulu miałaby problem z poradzeniem sobie z taką ilością bodźców, jest jeszcze taka maleńka. Przytulona do mnie czuła się bezpiecznie, koiła ją bliskość i bicie mojego serca. Była bardzo spokojna, nie płakała, nie prężyła się. Dopiero w domu trochę ten nadmiar wrażeń z niej wychodził, ale myślę, że bez chusty byłoby dużo gorzej. Mnie bolą trochę od tego wszystkiego plecy, ale było warto. 

poniedziałek, 28 listopada 2011

Poradnik dla zielonych rodziców


Miałam tej książki nie kupować… bo tak jest bardziej ekologicznie. Poza tym trochę już przecież wiem, „siedzę w tym” można by rzec – prowadzę w końcu ten blog. Ale dostałam... Mikołaj się w tym roku pospieszył.




I bardzo mi się ta książka spodobała. Bo ogólnie bardzo mi się podoba to, co robią dziewczyny – to całe promowanie ekorodzicielstwa i w telewizji i w necie, teraz na papierze (ekologicznym!). Pamiętam jak pierwszy raz odkrywałam stronę ekomama.pl i dziecisawazne.pl będąc jeszcze w ciąży, jak wszystko wydawało mi się bliskie i ciekawe… pochłaniałam artykuły ekspertów. A książka Reni Jusis i Magdy Targosz jest właśnie w formie wywiadów z ekspertami.
Czytałam sobie o porodzie wspominając ten mój – sprzed dwóch miesięcy. Naturalny, tak jak chciałam i mimo, że w szpitalu to piękny, bo przecież wydałam na świat Pannę Lulu. Tą samą, która teraz leży koło mnie i uśmiecha się przepięknie (bo już umie). I choć mam to już za sobą przydadzą mi się informacje chociażby o porodzie domowym, bo może zdecyduję się na to przy drugim dziecku. O karmieniu piersią czytałam mając maleństwo przy swojej. Czytałam między innymi o błędach, których udało mi się uniknąć, choć przez pierwsze dwa dni w ogóle nie miałam pokarmu. A potem wymasowałam Pannę Lulu jak tylko umiałam najlepiej, bo chociaż widziałam, że istnieje coś takiego jak masaż niemowląt, to nabrałam przekonania, że mimo, że nie jestem profesjonalistką i tak robię to dobrze.
Książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że buduję dobre relacje z moją córeczką nosząc ją w chuście i na rękach, przytulając i śpiąc razem z nią. Wywiady z psychologami podsumowały moją wiedzę i przekonania na temat wychowania dzieci. O szacunku, o miłości, o bliskości. 
Najbardziej wciągnęły mnie rozdziały o żywieniu. Jestem właśnie na etapie dokształcania się w tej materii i planuję małą rewolucję. Może nie od razu zostanę weganką, ale od jakiegoś czasu staram się kupować i gotować bardziej świadomie. Informacje z Poradnika dały mi dużo do myślenia.
O pieluszkach wielorazowych wiem już sporo z własnego doświadczenia. Ten rozdział nie zrobił na mnie większego wrażenia, ale wyobrażam sobie, że dla osób, które nie miały kontaktu z wielorazówkami może wiele nauczyć i, co najważniejsze – przekonać, a o to przecież chodzi. 
Fajnie było przeczytać o naturalnych kosmetykach i środkach czystości. Chętnie zacznę stosować podane w książce przepisy. Na pewno przydadzą mi się też informacje o eko zabawkach i eko zabawach, choć może trochę później. A to że eko znaczy tanio (ostatnie rozdziały) przekonuję się każdego dnia.
Cieszę się, że ta książka powstała i że robi się o niej głośno. Dla mnie jest ona pewnym podsumowaniem tego, co już wiem lub czego się domyślam, ale dla wielu obecnych i przyszłych rodziców to może być spore odkrycie. I choć lubię być oryginalna, będę się naprawdę cieszyć, kiedy ekorodzicielstwo stanie się powszechne, bliskość stanie się normą i świat przestanie tonąć w śmieciach pieluszek jednorazowych i plastikowych zabawek. 

niedziela, 2 października 2011

Czytelnia

Naukowcy (m.in. H. Harlow) twierdzą, że coś takiego jak „instynkt macierzyński” nie istnieje. Robili badania na małpach i udowodnili, że macierzyństwa trzeba się nauczyć. Te matki, które nie miały okazji obserwować opieki nad potomstwem u innych i nie zaznały opieki w dzieciństwie, odrzucały swoje dzieci skazując je na śmierć. Wśród ludzi można niestety zaobserwować podobne zachowania, media uwielbiają nas o tym informować. Nie znaczy to, że nie mamy jakiegoś wyczucia, intuicji, podświadomej wiedzy… jednak nie wrodzonej, ale zaobserwowanej i wyuczonej.
Ja na szczęście mam za sobą szczęśliwe dzieciństwo spędzone na beztroskiej zabawie w ciepłych, przyjaznych warunkach. Przyglądam się też moim koleżankom, które mają małe dzieci, kochają je, opiekują się nimi, wychowują je. Nawet pozwalają mi je czasem przewinąć :)
Przed urodzeniem Panny Lulu miałam więc trochę praktyki, trochę teorii, trochę spostrzeżeń i przemyśleń. Postanowiłam jednak ową wiedzę poszerzyć. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, miałam ogromną potrzebę dowiedzieć się jak najwięcej. Przeczytałam każdą książkę o „stanie błogosławionym” i małym dziecku, która wpadła mi w ręce. Buszowałam też w Internecie, tam odkryłam kilka ciekawych stron o rodzicielstwie, kilka fajnych blogów, ale też sporo głupot. Z jednej strony można znaleźć mnóstwo przydatnych informacji i porad, z drugiej mocno się przestraszyć czytając o problemach i wątpliwościach. Tych ostatnich nie brakuje szczególnie na forach. A kobieta w ciąży nie powinna się denerwować.


Z przeczytanych przeze mnie książek jedne były lepsze, inne gorsze. Poniżej krótkie prezentacje:
- Kaz Cooke, „Ciężarówką przez 9 miesięcy” – fajna, zabawna książka o ciąży, w której znajdziecie kalendarz ciąży (tydzień po tygodniu), część fabularną (pamiętnik Kaz niestety przez tłumaczkę przerobiony na warunki polskie) i porady (ze względu na to, że Kaz jest Australijką niektóre rzeczy nie przystają do naszej rzeczywistości, ale i tak warto poczytać, może już niedługo tak właśnie i u nas będzie:) Po przeczytaniu tej książki nie miałam już szczególnej potrzeby szukać innych ciążowych, resztę doczytałam sobie w necie.
- Tracy Hogg, Melinda Blau, „Język niemowląt” – świetny poradnik dotyczący pielęgnacji i komunikacji z  niemowlęciem. Teraz, jak pojawiła się Panna Lulu często do tej książki zaglądam. Jedyne co mnie w tej książce denerwuje to język autorki (Tracy), która opowiadając o swoich doświadczeniach jako położna i niania zwraca się do rodziców swoich podopiecznych per „kochanieńka”… brrrr. 
- Benjamin Spock, Robert Needleman, „Dziecko” – cegła, poradnik, biblia rodziców, podręcznik z którego korzystały również nasze mamy (oczywiście obecne wydanie jest uaktualnione I poszerzone). Nie przeczytałam całości, bo książka obejmuje okres od noworodka do nastolatka. Znajdziecie tu mnóstwo informacji, porad na temat rozwoju, odżywiania, wychowania, problemów i pierwszej pomocy.  
- Jesper Juul, “Twoje kompetentne dziecko” – genialna książka, które uświadomiła mi całą masę na pozór oczywistych rzeczy. Przede wszystkim, że za każde negatywne zachowanie dziecka winę ponoszą rodzice. Powinno być oczywiste, a czułam się jakbym odkryła Amerykę. Książka o tym jak nie przeszkadzać dziecku być szczęśliwym, jak kształtować jego poczucie własnej wartości i wiarę w siebie.
- Paweł Zawitkowski, „Mamo tato, co ty na to” – Maciek dostał tę książkę na urodziny, ładnie wydana, dużo obrazków… i kilka ciekawych i pomocnych rad. Do książki dołączony jest film i to chyba on jest tu ważniejszy. Podobał mi się instruktaż noszenia dziecka, przebierania go, przewijania i kąpania. Pan Paweł robi to naprawdę fachowo, ale też dzieci są wyjątkowo spokojne. To co mnie najbardziej w tej książce i na filmie denerwowało to wszechobecny product placement, niby uczciwy – bo na końcu widnieje długa lista sponsorów… ale cena niska nie jest, więc z jakiej racji?
- Amy Chua, „Bojowa pieśń tygrysicy” – opowieść o chińskim modelu wychowania, który mocno odbiega od naszego. Potraktowałam to jako drugi biegun skrajności jakim jest wychowanie bezstresowe. Chińscy rodzice to wręcz poganiacze niewolników, którzy wymagają od swoich dzieci ogromnych nakładów pracy i wyrzeczeń. Inna sprawa, że mają wyniki. Coś jednak w tej książce jest, bo czytając ją pomyślałam, że dlaczego bawiąc się z niemowlakiem nie uczyć go jednocześnie alfabetu, liczenia i czytania. Istnieją przecież metody, a dziecku wszystko jedno jak ukierunkuje się jego aktywność, byle było otoczone troską i miłością rodziców.
- Paulina Holtz, „Luśka na planecie dziecko” – łatwa i przyjemna lektura, prócz części fabularnej jest też kilka wywiadów na tematy ciążowe (z ekspertami i gwiazdami). Tu też denerwował mnie product placement.
- Tomasz Kwaśniewski, „Dziennik taty” – na początku ciąży przeczytałam w sieci „Dziennik ciężarowca” – blog i stąd sympatia do Kwaśniewskiego i jego stylu pisania. Facet jest bardzo szczery, bez zażenowania pisze o swoich błędach i potknięciach. Warto poczytać o rzeczywistych problemach świadomego ojca.
- John Gray, „Dzieci są z nieba” – dla mnie na razie numer jeden, książka napisana paskudnym językiem amerykańskiego psychologa (pięć razy powtórzone to samo), ale mądra, ciekawa i z konkretnymi przykładami. To ten sam autor, który napisał „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”. W „Dzieci są z nieba” propaguje zasady pozytywnego wychowania: 1. Można być innym, 2. Można popełniać błędy, 3. Można odczuwać negatywne emocje, 4. Można chcieć więcej, 5. Można mówić „nie”, ale ostatnie słowo należy do mamy i taty. Podaje też sposoby na przekazanie swojej woli dziecku w zależności od stopnia oporu, z którym się rodzic spotyka. Ja wiem, że w takim skrócie wygląda to średnio fajnie – książkę trzeba przeczytać, żeby podzielić mój entuzjazm… a naprawdę warto.
Przede mną jeszcze wiele bardziej lub mniej mądrych książek. Na pewno chcę jeszcze przeczytać: „Nie z miłości” Jespera Juula i „W głębi kontinuum” Jean Liedloff. A co potem?… zobaczymy… czy będzie czas:)

czwartek, 29 września 2011

Zawiniątko

W szpitalu zawijają dzieci bardzo ściśle, nie ma szans na najmniejszy ruch. Po powrocie do domu łapki zaczęły latać Pannie Lulu przed nosem. Niestety Panna Lulu nie jest jeszcze swoich łapek świadoma i nie wie, że sama odpowiedzialna jest za te natrętne machnięcia i uderzenia. Urodziła się z długimi pazurkami, więc szybko się podrapała po buzi. Podjęłam wyzwanie i zrobiłam jej manicure, choć to takie delikatne i trochę się bałam. Założyliśmy jej też niedrapki (na szczęście mieliśmy jedne takie malutkie).
Latające przy buzi rączki były jednak dla Panny Lulu stresujące. Czasami udało się nimi trafić do buzi i trochę possać, ale najczęściej po prostu przeszkadzały się skupić na jedzeniu i spaniu. Doszło do tego, że Panna Lulu potrafiła zasnąć jedynie zamotana w chuście, która okazała się prawdziwym błogosławieństwem. To mi dało do myślenia – Panna Lulu musi być bardziej skrępowana. W szkole rodzenia uczono nas, że niektóre dzieci (zwłaszcza te nerwowe) tego potrzebują i mimo, że awanturują się przy zawijaniu, potem są spokojniejsze. Pokazywano też jak to zrobić.  
Na początku opatulaliśmy ją w kocyki, ale szybko się z nich oswobadzała. Postanowiłam zawalczyć z łapkami i po kilku próbach udało mi się je w miarę opanować. Zawinęłam ją najpierw w pieluszkę tetrową, potem flanelową. Od razu zrobiła się bardziej spokojna, choć łapki za wszelką cenę próbowały się oswobodzić. Udało mi się ją uśpić już przy piersi, kolejnym razem na rękach bez potrzeby motania w chuście. Śpi też lepiej i kupy zaczęła ładniejsze robić:)  

wtorek, 27 września 2011

Baby chill out

Zdarzało mi się zamartwiać byle czym, płakać z byle powodu i dołować bez potrzeby. Dlatego bardzo bałam się baby blues, że będę do niczego i nie podołam roli. Maciek obiecywał mnie wspierać, mówił, że sobie poradzimy mimo to.
Ale na szczęście baby blues mnie na razie omija szerokim łukiem. Teoretycznie pojawia się 3-4 dni po porodzie, co jest związane ze zmianami hormonalnymi, a Pannie Lulu stuknął już równy tydzień. Mam więc nadzieję, że deprecha się nie pojawi.
Zamiast tego mam niesamowity baby chill out. Już od pierwszych chwil, kiedy Panna Lulu urodziła się owinięta pępowiną i teoretycznie mogłabym się martwić, wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Wstąpił we mnie jakiś fantastyczny, kojący optymizm i spokój. Miałam na początku problemy z laktacją, przez pierwsze dwa dni zupełnie nie produkowałam pokarmu, ale byłam przekonana, że moje piersi podołają wyzwaniu i chyba rzeczywiście laktacja zaczyna się normować. Panna Lulu nie jest aniołkiem i lubi sobie czasem popłakać (szczególnie w nocy). Wiem, że coś do mnie mówi, ale nie do końca rozumiem co. Wiem jednak, że musi upłynąć trochę czasu zanim się poznamy i oswoimy ze sobą, kiedy jej komunikaty zostaną bezbłędnie rozszyfrowane. Nie martwi mnie jej płacz, nie płaczę razem z nią, wiem, że nie dzieje jej się krzywda. Oczywiście nie zostawiam jej z tym, ale próbuję pomóc. Nie zawsze wychodzi, ale znamy się tak mało.
Mój spokój powoli udziela się też innym. Nie wyobrażam sobie, jak bardzo byłabym wściekła na babcię, która ze łzami w oczach proponowała mi 5 litrów bawarki na pobudzenie laktacji. Kiedyś szlag by mnie trafił, że histeryzuje zamiast mnie wspierać. Teraz łagodnym tonem wytłumaczyłam, że dziękuję, że bawarka jednak nie, że wszystko będzie dobrze.
Maciek też czuje się coraz bardziej pewnie. Na początku przejmował się, że nie rozumie o co Pannie Lulu chodzi, on jest taki analityczny:) Przekonałam go jednak chyba, że lepiej skupić się na poznawaniu niż przejmowaniu.
Niech mnie ten stan już nigdy nie opuszcza, jest mi z tym bardzo dobrze.