Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 listopada 2014

Dietetyk od kuchni

Wygrzebałam się trochę z pieluch... i zaczęłam działać. Bez działania jest mi źle. Jestem egoistką (jak każdy) i myślę nie tylko o domu, dzieciach, Maćku... coraz więcej o sobie. Działam, zakładam firmę, promuję się i... gotuję. Gotowałam oczywiście też wcześniej, ale teraz postanowiłam się tym podzielić. A jak najlepiej dzielić się czymś z innymi? oczywiście: założyć bloga:)

Już jest, pachnący, pyszny, w większości wegetariański i zdrowy blog kulinarny - mój własny. Oto link: dietetyk od kuchni , zapraszam! i smacznego!




piątek, 12 kwietnia 2013

Rok z wegetarianizmem

Jakoś tak mniej więcej teraz mija rok jak nie jem mięsa. To było po świętach wielkanocnych rok temu, a ponieważ jak wiadomo święta to ruchome, więc data stała się nieuchwytna (trzeba było w Sylwestra rzucać mięsożerność). Przygotowywałam się do tego stopniowo, na początku nie myślałam o wegetarianizmie, tylko ograniczałam jedzenie mięsa, jakoś mi przestało smakować. Po urodzeniu Panny Lulu zaczęłam trochę inaczej gotować, bardziej zdrowo, więcej warzyw, produkty pełnoziarniste, o rezygnacji z gotowców nie wspominając. To była chyba naturalna kolej rzeczy, chociaż kiedyś byłam bardzo mięsożerna. Zwłaszcza, że czytałam coraz więcej o jedzeniu, o tym jak jest przetwarzane, jak uprawiane i hodowane.
Tak, nie odpowiada mi w jaki sposób traktowane są zwierzęta hodowlane i jak są zabijane. Nie godzę sie na sprawianie im cierpienia. Wiem, że mój sprzeciw to kropla w morzu, ale nie zamierzam się do tego przyczyniać. Panna Lulu dostaje mięso, ale najczęściej jest to mięso ekologiczne, od zwierząt, które przez swoje krótkie życie były szczęśliwe, oglądały słońce, skubały trawę.
Nie odpowiada mi również to, czym zwierzęta hodowlane są żywione, nie chciałam zjadać hormonów, antybiotyków i różnorodnych toksyn zawartych w mięsie, a w szczególności w tłuszczu. I to tylko w mięsie, w wędlinach jest tego dużo więcej.  Żeby zakonserwować wędliny dodaje się konserwanty - azotany (słynna saletra, używana nawet w produkcji dmomowej), które są rakotwórcze. Producenci stwierdzili, że lepsze to niż jad kiełbasiany - pewnie mają trochę racji, nie zabija tak szybko. Dodają też wiele innych rzeczy, pal sześć jeżeli jest to skrobia albo białko sojowe, ale chemii bywa w wędlinach naprawdę sporo. Jak słyszę, że powinnam dawać Pannie Lulu codziennie rano szyneczkę na śniadanie, to mi skóra cierpnie.
Cały czas jem ryby, postanowiłam rozstać się z nimi dopiero po rozpoczęciu rozszerzania diety drugiemu potomkowi. Dla ciężarnych trudno znaleźć alternatywę źródła dużej ilości kwasów omega-3, bo nie powinny one jeść oleju lnianego (również bogatego w te kwasy). Z rybami w ogóle jest sporo problemów bo część z nich może być skażona związkami rtęci, cześć (zwłaszcza te bałtyckie, np. śledzie) dioksynami, a hodowlane są traktowane i karmione jak reszta i choć są to organizmy niższego rzędu nie bardzo mi to odpowiada. Inną kwestią jest zbytnia eksploatacja łowisk. Chciałabym, żeby moje wnuki mogły sobie iść nad morzem na rybkę.     
Nie zamierzam rezygnować z jajek. Kupuję wyłącznie jajka ekologiczne, więc nie mam z tym problemu. Gorzej jest z nabiałem, nie podoba mi się w jaki sposób są traktowane zwierzęta, ale nie wymyśliłam dotąd alternatywy. Jak tylko stopnieje śnieg (u nas jeszcze sporo leży na trawniku) zaczniemy brać mleko ze wsi, ale to i tak nie pokryje naszych wszystkich potrzeb. Poza tym podczas kupowania nabiału trzeba dokładnie czytać skład. Ostatnio nawet w ekologicznym jogurcie znalazłam żelatynę wieprzową - skandal! Ogólna zasada - im krótszy skład tym lepiej. Na szczęście mam już wypróbowane produkty, więc nie stoję godzinami przy lodówkach w sklepach (można się od tego przeziębić).
Mam wrażenie, że dzięki temu, że nie jem mięsa czuję się lepiej. Nie jestem ociążała, po posiłku nie chce mi się spać, mam znacznie lepszą przemianę materii, więcej energii, błyszczące włosy, nieco lepszą cerę. Maćkowi też taki sposób odżywiania odpowiada. Na początku zaproponowałąm mu, że będę od czasu do czasu robiła dwie wersje obiadu, ale odmówił. Czasem oczywiście je mięso - na proszonych obiadach, kolacjach, czy w restauracjach, ale często po tym narzeka.
Poza tym to naprawdę przyjemne trwać w swoich przekonaniach:)

sobota, 29 grudnia 2012

Nawyki żywieniowe

Staram się karmić Pannę Lulu mądrze, zdrowo, regularnie. Pilnuję, żeby miała urozmaicenie, kupuję produkty w sklepach ekologicznych. I wszystko byłoby pewnie pięknie, gdybym jeszcze przy okazji nie wymyśliła, że dziecko musi przecież próbować różne smaki. W związku z tym Panna Lulu dostaje od czasu do czasu coś "szalonego" do spróbowania.... i oczywiście okazuje się, że to jest najlepsze na świecie i tylko to chce. Postanowiłam opublikować dla potomności ranking ulubionych jedzonek:
1 miejsce - czarne oliwki - za każdym razem, kiedy otworzę lodówkę wskazujący palec mojej córki bezbłędnie odszukuje słoik z czarnymi oliwkami. Nie za bardzo mi się podoba ta miłość, bo z jednej strony dodają do nich jakieś stabilizatory (nie ufam temu), a z drugiej panienka jeszcze dokładnie nie gryzie, więc po drugiej stronie znajduję spore kawałki oliwek (nie będę zagłębiać się bardziej w ten temat).
2 miejsce - czekolada - właściwie może i pierwsze, bo Panna Lulu jadła ją może 2 czy 3 razy w życiu i za każdym razem była dzika awantura, że już się skończyła. Dlatego też za często nie dostaje.
3 miejsce - łosoś wędzony na zimno - hit wigilijnego stołu, trzeba było chować przez dzieckiem, bo wszystko by wyjadła. Ten wybór też mi się za bardzo nie podoba, bo wędzenie na zimno nie zabija wszystkich bakterii (choć prawdopodobnie więcej tam antybiotyków niż bakterii), norweskie łososie karmione są pewnie nie lepiej niż fermowe kurczaki, a poza tym tłuste to i ciężkostrawne. Trochę dać można, bo z kolei dużo kwasów omega 3, ale z umiarem, a panienka niekoniecznie umiar zna.
4 miejsce - masło - wyjadane z wszelkich kanapek, ostatnio daję jej w plasterkach, żeby się dziecko nie męczyło.
5 miejsce - białko - żółtko jest kruszone i rozrzucane po podłodze, białko co do okruszka ląduje w paszczy.
6 miejsce - mandarynki - niestety nie ekologiczne, pewnie z toną pestycydów, ale myję za każdym razem przed obraniem. I wszystko byłoby super, gdyby Panna Lulu nie była po jedzeniu cała mokrusieńka od soku.
Na dalszych miejscach plasują się: ogórek kiszony, oliwki zielone, ciecierzyca, pasztet z soczewicy, wafelki owsiane, bób, fasolka szparagowa, maliny (w sezonie). Akceptowane są również: banan, pomidory, makaron (oczywiście biały, razowy ląduje na podłodze), tofu, ananas, kiwi i ser żółty.
Oczywiście Panna Lulu je jeszcze inne rzeczy - zdrowsze, ale trzeba wtedy stosować bardziej lub mniej wyrafinowane metody perswazji. W sumie panienka zjada koło 5 posiłków dziennie - 2 papkowate łyżeczką i 3 metodą BLW (tłumaczone jako: bobas lubi wybór, albo bierz lub wyrzuć). BLW jest fajne, zwłaszcza kiedy jemy wszyscy razem - każdy zajmuje się swoim talerzem. Trzeba trochę po posiłku posprzątać, w to chyba nikt nie wątpi,ale nie to mnie martwi, martwi mnie mianowicie niedostateczne rozdrabnianie jedzenia. Dlatego zdecydowałam się na 2 posiłki papkowe - kaszka z mlekiem na drugie śniadanie i gęsta zupka na obiad. Na śniadanie i kolacje Panna Lulu dostaje zestaw różnych różności, z których cześć ląduje w różnych częściach domu, na deser owoce.
Nie zawsze jedzenie spotyka się z entuzjazmem i gdyby Panna Lulu nie była chudeuszem, pewnie pozwoliłabym jej na takie fanaberie. Niestety trochę mnie ta jej niedowaga martwi, więc staram się, żeby coś tam zostało jednak zjedzone. Pomaga mi w tym sztab testerów, którzy wraz z Panną Lulu wcinają papki. Testerami są legowe zwierzątka, które mają tę zaletę, że po konsumpcji łatwo je umyć. Panienka każe najpierw karmić lwy i słonie, potem sama rozdziawia pyszczek. Wszyscy zadowoleni i najedzeni.

czwartek, 20 września 2012

Tort ekologiczny

Panna Lulu od dziś nie jest już niemowlęciem, skończyło się... rok. Wspomnienia i podsumowanie później (zarobiona jestem, zaraz impreza -hip hip hurra).
Śpieszę się za to pochwalić tortem. Założenie było takie, żeby Panna Lulu mogła go sobie pojeść, a zważywszy na to, że karmię ją zazwyczaj żywnością ekologiczną i tort musi taki być. 

 
I jest. W biszkopcie zastąpiłam mąkę pszenną tortową - razową z rolnictwa ekologicznego, cukier - cukrem brązowym, jajka oczywiście zerówki. Jedyne co tam jest nieekologiczne, to proszek do pieczenia - bałam się, że nie urośnie (nie mam dobrej ręki do ciast, zawsze zrobię coś po swojemu i sknocę). Urosło, ale niewiele (może to ta razowa mąka - cięższa jest). W każdym razie dało się przeciąć na pół. Pomiędzy warstwami jest naturalny jogurt grecki (niestety nie ekologiczny) i poziomki od cioci. Na wierzchu zrobiłam krem z malin i kaszki manny z dwiema łyżeczkami miodu - wyszedł pyszny i wygląda obłędnie. Całość oprawiłam listkami melisy i malinami (również z ogródka cioci - superekologiczne). 
Zobaczymy, czy da się to w ogóle zjeść:) 

środa, 8 sierpnia 2012

Prosto od krowy

Chodziło za mną i chodziło... i wreszcie mam. W dzieciństwie wakacje spędzałam na wsi i co rano jeździłam na rowerze po mleko. Do domu dowoziłam połowę, resztę wypijałam po drodze. Od tamtego czasu uwielbiam mleko prosto od krowy, świeże, najlepiej jeszcze ciepłe, bez przegotowania, bez pasteryzowania, pełna natura.
Kiedy pojawiła się Panna Lulu i bliżej przyjrzałam się temu co jemy i pijemy postanowiłam zdobyć mleko ze wsi. Na początku tylko dla siebie i Maćka, a w perspektywie również dla Panny Lulu. Jak już pisałam nie mam zaufania do produktów przetworzonych, a takim jest przecież mleko na sklepowych półkach. Poddane obróbce termicznej, odtłuszczone, przefiltrowane, homogenizowane... ech. Czy ma to jeszcze jakieś wartości odżywcze? A jeszcze te biedne krowy... jedzą jednorodną paszę, stoją w małych boksach... ech.
Szukaliśmy jakiś krów w okolicy, ale strefa podmiejska dużego miasta nie obfituje w gospodarstwa rolne. Nie spieszyliśmy się, Panna Lulu jeszcze przez jakiś czas będzie przecież na mleku mamy. Rozpuściłam jednak wici i okazało się, że sąsiadem siostry koleżanki moich rodziców jest prawdziwy rolnik z prawdziwymi krowami wypasanymi na prawdziwej łące i w dodatku blisko:)


Mam mleko prosto od krowy! Piję je sobie, nastawiam na zsiadłe, owarzam twarożek, a dzisiaj zrobię jogurt. Dla zainteresowanych przepisy:
- Mleko zsiadłe - mleko prosto od krowy wlewamy do kamiennego garnka (no dobra może być ceramika albo szkło) i odstawiamy w ciepłe ciemne na 2-3 dni.
- Śmietana - powstaje na wierzchu zsiadłego mleka, można ją ubić - wtedy powstaje masło.
- Twarożek - zagotowujemy trochę mleka (ściągamy kożuch), wyłączamy, wlewamy zsiadłe mleko i czekamy, aż wystygnie, odsączamy na sitku i jemy aż nam się uszy trzęsą.
- Serwatka - powstaje po oddzieleniu twarożku, można ją podobno pić, ja nie tykam, katowali mnie tym w przedszkolu (kazali pić, wyobrażacie to sobie?), dla mnie śmierdzi i wywołuje niemiłe odruchy, fuj.
- Jogurt - mleko trzeba zaszczepić bakteriami jogurtowymi - może być łyżka ulubionego jogurtu naturalnego, odstawiamy na noc w ciepłe miejsce.
A, jeszcze muszę się pochwalić, że ekologicznie to mleko wczoraj do domu przytachałam. Otóż jeździmy sobie ostatnio na rowerach (odgrażałam się kiedyś, że tak będzie, więc melduję, że obietnicę spełniłam). Panna Lulu dostała najmniejszy z możliwych fotelik montowany do mojego roweru na ramie przed kierownicą. I sobie robimy wycieczki, maleństwo lubi, nie marudzi, jak ostatnio w wózku, a rodzice poprawiają kondycję.  

piątek, 13 kwietnia 2012

Prawie weganka

Postanowiłam przestać jeść mięso. Jakoś mi ostatnio nie smakowało, nie miałam na nie ochoty. Poza tym mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach nie jest ono szczególnie zdrowe. W wędliny pakowane są ogromne ilości konserwantów i ulepszaczy, mięso często jest "podrasowane" i nieświeże. Poza tym przeszkadza mi to, co dzieje się ze zwierzętami, zarówno podczas hodowli, jak i uboju. Dość długo starałam się o tym po prostu nie myśleć, ale ileż można.
Od dłuższego czasu przygotowywałam się do tej decyzji, bo wiedziałam, że nie przyjdzie mi to łatwo. Po urodzeniu Panny Lulu zaczęłam odżywiać się znacznie bardziej zdrowo (w czasie ciąży jakoś mi to nie przyszło do głowy - lepiej późno niż wcale). Jem dużo warzyw, odkrywam kasze i rośliny strączkowe, testuję nowe przepisy - najczęściej wegetariańskie. Przez ostatnich kilka miesięcy mięso gościło na naszym stole coraz rzadziej. Często robiłam dwie wersje potrawy - mięsną dla Maćka i wegetariańską dla siebie.Ograniczenie mięsa w diecie Maćkowi nie przeszkadzało, nie narzeka na brak schabowego z ziemniaczkami. Na szczęście lubi moją kuchnię i zgadza się na eksperymenty. Mimo wszystko nie podejrzewałam go, że postanowi solidarnie ze mną przestać jeść mięso w ogóle. Na razie na dwa tygodnie - żeby zobaczyć, oswoić się, nie deklarować na wieki... ale to już coś.      
I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w związku z podejrzeniami skazy białkowej u Panny Lulu odstawiłam całkowicie nabiał. Przeszłam na mleko i sery kozie, niestety - problemy wróciły, więc odstawiłam i je. Trochę mnie to denerwuje, bo nabiał uwielbiam... trudno, jakoś się przemęczę. Za jakiś czas zrobię próbę i może się okaże, że uczulenie przeszło, albo to wcale nie było to.
Muszę więc kombinować, dbać o dietę, doszkalać się, żeby mi czegoś nie zabrakło. Zasmakował mi sezam - bogate źródło wapnia i amarantus, który ma dużo białka i żelaza. Doszło nawet do tego, że zrobiłam sobie mleczko i twarożek z migdałów - całkiem niezłe. Brakuje mi często jakiś nabiałowych szaleństw - uwielbiam na przykład muesli z jogurtem naturalnym. Sypałam wszystkie ziarna, które mi się nawinęły i dorzucałam jeszcze jakiś dżem (aktualnie z dżemami również muszę się ograniczać, bo podejrzewam, że truskawki i maliny też Pannę Lulu uczulają). Z tęsknoty do mesli opracowałam taki oto deser: płatki owsiane, słonecznik, płatki migdałowe, sezam, amarantus i miód - należy dokładnie wymieszać, żeby miód oblepił dokładnie resztę składników. Bardzo mi smakuje, mam tylko nadzieję, że się Panna Lulu na miód nie uczuli, ech...
A dzisiaj na obiad kotlety z soczewicy z kaszą gryczaną i pieczarkami. Mniam...:)  

niedziela, 8 kwietnia 2012

Jaja wielkanocne

Oczywiście jajka muszą być ekologiczne, jak ze sklepu - to te z numerem zero. Ja kupuję ostatnio (albo rodzina mi kupuje) na rynku - bez pieczątki, bez numerków, od kur biegających po podwórku, kur szczęśliwych:) Nie chcę przyczyniać się do cierpienia niewinnych ptaków, które trzymane w za małych klatkach nigdy nie widziały błękitnego nieba.

A przy okazji: Świąt wesołych, Świąt rodzinnych, Świąt pełnych miłości życzę.

czwartek, 15 marca 2012

Rozszerzania diety początki


Przygotowując się do dumnej roli matki rozszerzającej dietę niemowlęciu sięgnęłam do różnych mądrych książek, czasopism i Internetu oczywiście. Nigdzie tak jakoś kawa na ławę nie zostało napisane co i jak krok po kroku. Tabelki niby lubię, ale ta od rozszerzania diety mnie nie ujęła.
Panna Lulu, dziecko na cycu chowane, nie chciała butelki nawet oglądać, nie mówiąc już o włożeniu jej do buzi. A matka karmiąca, jak wiadomo, do pracy poszła (co prawda raz w tygodniu na 4 godziny, ale zawsze) i jakoś dziecko trzeba było karmić, bo głodne. Więc matka karmiąca zaczęła szukać co by tu można było niemowlęciu podać, choć niby wyłącznie na cycu miało być do końca 6 miesiąca.
Wyczytałam, że warto dziecko dokarmiać w 5 lub 6 miesiącu kaszką z glutenem, bo zmniejsza to ryzyko zachorowania na celiakię i cukrzycę typu I. Podobno wpadli na to polscy dietetycy – tym bardziej ochoczo przystąpiłam do rozszerzania. Wielkie korporacje panujące na rynku kaszek i słoiczków jeszcze nie podążyły za tymi zaleceniami, więc o kaszki z glutenem błyskawiczne, słodzone, barwione z glutaminianem sodu jeszcze nas nie zalały. W naszym domu znalazła się więc kaszka manna bio pełnoziarnista.
Ogólnie moje założenie jest takie – Panna Lulu będzie jadła pokarmy jak najbardziej naturalne, bez konserwantów, bez pestycydów, bez nawozów sztucznych, dodatkowego cukru i innych świństw (biedne dziecko). Nie będzie też jadła słoiczków, tylko mamine zupki – wyjdzie jej to na zdrowie. Dlatego kaszka manna musiała być bio, organiczna, ekologiczna, och i ach. Do pełnoziarnistości nie byłam przekonana, bałam się, że może być dla maleństwa za ciężkie, ale innych nie było. Potem natknęłam się na kaszki typowo dla niemowląt (oczywiście bio) i też były z pełnego przemiału, więc wątpliwości się rozwiały (kupiłam na zapas ryżową). Zresztą Panna Lulu dobrze tę kaszkę toleruje.
Początki były ciekawe. Najpierw trzeba było kaszkę ugotować, w zaleceniach było pół łyżeczki. Niestety nie dysponowałam naparstkiem, wzięłam od mamy najmniejszy garnuszek jaki miała i nalałam trochę wody i dodałam całą łyżeczkę kaszki myśląc zawczasu o możliwych stratach (myślenie perspektywiczne się opłaciło). Gotowało się i gotowało zanim odparowało do przyzwoitej konsystencji. Potem dodałam trochę odciągniętego mleka i znowu zrobiło się rzadkie. Trudno. Panna Lulu i tak na początku większość wypluwała, choć zdawała się być całkiem zainteresowana nową formą posiłku i łyżeczką. Musiała się nauczyć jak to się je.
Tak było miesiąc temu. Potem spróbowałam samej kaszki z wodą (próbowałam, smakowało mi, dziecka nie katowałam), bo odciągać nie lubię i gotować laktatora mi się nie chciało. Doszło do tego, że Panna Lulu pochłaniała całą porcję, aż jej się uszy trzęsły. Oczywiście część lądowała na śliniaku, ale dzień po dniu coraz mniej. Babciom i dzidkom szło trochę gorzej ale dziecko już nie głodowało, kiedy wyrodna matka spełniała swoje chore ambicje zawodowe.
Ostatnio postanowiłam dodać trochę urozmaiceń, kończy się szósty miesiąc, czas na poważne jedzenie. W sklepie ekologicznym zakupiłam jabłka i marchewkę. Eksperymenty z jabłkiem trwają, Panna Lulu głównie nim pluje i się krzywi niesamowicie. Nie wiem czy za kwaśne, czy konsystencja nie ta. Mieszam z kaszką i gotowane i starte surowe – khe, pfe, ble – udaje, że zaraz puści pawia. Z gotowanymi jest trochę lepiej, mam nadzieję, że się przyzwyczai. Z marchewką jest lepiej. Za pierwszym razem też marudziła, ale była bez kaszki i grudki były. Teraz leję więcej wody i blenderowi udaje się rozdrobnić marchewkę należycie. Potem odparowuję do odpowiedniej konsystencji.
A jak skończy pół roku dostanie pierwszą „prawdziwą” zupkę marchewkowo-ziemniaczaną… mniam – zamiast prezentu:)
Jest tylko jeden problem z tym rozszerzaniem diety, Panna Lulu nie lubi dźwięku blendera, boi się go i wyje głośniej niż on. Trzeba będzie jakoś ją z tym oswoić. I tak mam lepiej – syn mojej przyjaciółki boi się suszarki i biedaczka musi chodzić z mokrą głową.  

czwartek, 8 marca 2012

Eliminacje


Szorstką skórę na nóżkach i ramionach zrzucałam z początku na suchość powietrza i mróz. Tak też było z czerwonymi policzkami i pupą. Co prawda po dżemiku truskawkowym (kupiłam sobie taki pyszny dżemik, ach) było gorzej, ale nadal utrzymywałam, że to pewnie za sucho, za gorąco i skóra maleństwa za wrażliwa. Maciek twierdził, że to alergia – sam miał, więc doświadczony.
Zaczęłam więc eliminować. Najpierw owoce – truskawki, maliny (w formie przetworów), cytrusy. Podejrzewałam nawet cynamon, choć raczej nie jest szczególnie uczulający. Cały czas policzki były czerwone. Nad ranem było lepiej, wieczorem najgorzej. Na skórze zaczęły się pojawiać suche czerwone miejsca. Zrobiło się nieciekawie.
Zaczęłam analizować co jem i wyszło na to, że trzeba wyeliminować to, co jadam codziennie, bez czego nie potrafię wyobrazić sobie śniadania… padł na mnie blady strach… muszę wyeliminować nabiał. Uwielbiam mleko, potrafię wypić 2 litry kawy zbożowej z mlekiem, zjeść wielki kubek jogurtu, pajdę chleba grubo posmarowanego masłem, poranne kanapki bez twarożku się nie liczą… co ja teraz pocznę? Ok. wzięłam się w garść, kupiłam sobie serek kozi, zrobiłam pastę z oliwek, zaczęłam przeglądać wegańskie przepisy (tam najłatwiej o dania bez nabiału). Na szczęście jestem optymistką, stwierdziłam, że przynajmniej zacznę poznawać nowe smaki. Miałam też nadzieję, że okaże się, że to wcale nie alergia na mleko krowie.
Niestety, próba prowokacyjna pokazała, że to jednak to. Przez 5 dni nie jadłam nabiału – poprawiło się, skóra się wygładziła, z policzków zniknęła czerwień. Potem przez dwa dni wróciłam do kawy z mlekiem i twarożków – problemy wróciły.
Czego się nie robi dla dziecka… nie jem nabiału, wołowiny, czekolady mlecznej – wszystkiego co mogłoby zawierać krowie białka. Czytam wszystkie etykiety i moja dieta drastycznie się kurczy, zwłaszcza jeżeli chodzi o słodycze. Na szczęście kozie sery mi zasmakowały, gorzej z mlekiem sojowym – jest dość paskudne, ale może się przekonam. W górach kupowałam owcze oscypki, ale chyba były oszukane, bo Pannę Lulu znowu wysypało, chyba, że to jeszcze coś innego… ech.
Za jakiś miesiąc znowu spróbuję, może minie (to się zdarza), albo okaże się, że to nie to. Ale na razie drastyczna dieta… nie, nie przepraszam… odkrywanie nowych smaków.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Piątka


I kolejny miesiąc za nami, kończy go Panna Lulu osiągając wagę 6 kg i długość 64 cm. Panna Lulu jest coraz bardziej aktywna (czytaj: mama ma coraz mniej czasu na pisanie bloga i inne przyjemności) próbuję jej więc dostarczać rozrywek. Najlepiej kiedy w około jest sporo ludzi – i Panna Lulu ma wtedy uciechę  i ja nie dostaję szału podtykając dziecku pięćdziesiąty raz tą samą zabawkę. Moja córka nie jest z tych, które same zajmują się sobą leżąc cichutko w kąciku, dziewczyna lubi mocniejsze wrażenia.
Mamy na razie z głowy szczepienia, kilka dni temu było trzecie kłucie i teraz na kilka miesięcy spokój. Zdecydowałam się na szczepionkę skojarzoną sześcioskładnikową, bo i Panny Lulu męczyć nie chciałam i siebie. Tym razem zniosła to wszystko trochę gorzej. Nie mam tu na myśli kłucia, o nie, Panna Lulu jest bardzo dzielna, wyje tylko przez krótką chwilę, szybko zapomina o bólu. Za to po powrocie do domu maleństwo spało prawie 2 dni bez przerwy – na początku było fajnie, ale po jakimś czasie zaczęłam się martwić. Miała też podwyższoną temperaturę i dostała katar. Inne rzeczy już minęły, ale katar uparcie trwa, a Panna Lulu aspiratora nie lubi… oj, bardzo nie lubi.
Zaczęłam niedawno rozszerzać jej dietę. Z papkami chcę poczekać aż skończy 6 miesięcy (czyli dokładnie za miesiąc:), na razie wprowadziłam kaszkę mannę. To najnowsze zalecenie dietetyków, podobno kaszka z glutenem wprowadzona w 5-6 miesiącu redukuje niebezpieczeństwo wystąpienia u dziecka celiakii i cukrzycy typu I. A poza tym potrzebowałam czegoś, co dziadkowi mogliby Pannie Lulu podawać pod moją nieobecność z tytułu wykonywanej pracy zawodowej. Panna Lulu zdecydowanie odmawia jedzenia z butelki, liczy się tylko cyc… no i od niedawna łyżeczka. Co prawda spore ilości kaszki lądują na śliniaku, ale zdaję się, że dziecko polubiło tę odmianę, bo na widok nowego sprzętu do karmienia rozdziawia pyszczek.
Łapki Panna Lulu zaczęła wyciągać w stronę różnych przedmiotów, co skutkuje wiecznie brudnym lustrem (fajna powierzchnia – taka gładka i chłodna:). Potrafi sobie też jakąś zabawkę wziąć po prostu do rączki, gdy jest w jej zasięgu. To bardzo praktyczna umiejętność, nie trzeba czekać, aż rodzice podadzą. Udało się też Pannie Lulu obrócić z pleców na brzuszek, ale tylko raz. Nie było to widocznie takie przyjemne, bo dziecko się przestraszyło i rozpłakało. Mam nadzieję, że ta próba jej nie zniechęci.
To tak w skrócie, bo zaraz się znowu panienka obudzi i trzeba będzie wymachiwać grzechotkami, brzęczykami, nastawiać pozytywki i wymyślać inne rozrywki:)
Pochwalę się jeszcze tylko, że udało mi się wreszcie dopiąć pasek na dziurkę sprzed ciąży – jest nieźle!

poniedziałek, 6 lutego 2012

Pożegnanie z kurczakiem


Ostatnio pożegnałam się z kurczakiem, nie będę go więcej jadła chyba, że nadarzy się jakiś ekologiczny. Od dawna zdaję sobie sprawę, że jego mięso nie jest zbyt zdrowe, ale dopiero Panna Lulu mnie zmobilizowała do dokładniejszego zainteresowania się tematem. Powinnam co prawda pożegnać kurczaka już w ciąży, ale mądrość przychodzi z czasem:)
Wgryzłam się nieco w temat, bo nie chciałam rozstawać się z tym dość jednak smacznym i zdawałoby się zdrowym produktem bez powodu. Straszy się, że kurczaki faszerowane są hormonami, więc zaczęłam analizować skład pasz i … hormonów brak. Okazało się, że hormony wytwarza sam brojler, odmiany drobiu są tak wyselekcjonowane, żeby ich organizmy produkowały o wiele więcej hormonu wzrostu niż kurczęta hodowane w sposób naturalny. Mieszanka paszowa zawiera jedynie odpowiednie ilości składników odżywczych, które wykorzystują naturalny potencjał. Dzięki takim zabiegom przyrost wagi jest niesamowity – 2 kg w ciągu 37 dni – nawet małe dzieci tak szybko nie rosną. Wysoki poziom hormonu wzrostu w mięsie skutkuje skłonnością smakosza do otyłości, a u dzieci szybszym wzrostem i przyspieszonym dojrzewaniem płciowym.
Przyrost masy brojlera jest więc sztuczny. Nie wynika z tego, że kurcze blade biega sobie radośnie po podwórku i skubie trawkę. Na fermie ma raczej mało miejsca na bieganie, tłoczy się z innymi brojlerami i nigdy nie ma szansy ujrzeć błękitnego nieba – na pewno nie są to szczęśliwe kurczaki. Pasza zawiera bardzo duże ilości białka, które zamieniane są na masą mięśniową. W naturze i w chowie gospodarskim kurczak nigdy nie miałby szansy dostać takiej mieszanki, bo ziarna zbóż mają znacznie mniej białka. Nie mają też sztucznych aminokwasów i antybiotyków.
Przy produkcji masowej zawsze problemem są choroby. Mięso kurczaków w ok. 80% ma na sobie bakterie Salmonelli i E. coli, które co prawda giną w wysokich temperaturach, ale można się nimi zarazić podczas przygotowywania posiłku. Podobno w mięsie kurcząt jest porównywalna ilość cholesterolu co w wołowinie i wieprzowinie, nie jest więc to mięso zdrowsze, jak często się mówi.
Pomyślałam, że przerzucę się na indyka, ale zdaję się, że jest produkowany podobnie i jego mięso nie jest ani trochę zdrowsze. Co mi więc pozostaje?... soja?     

piątek, 18 listopada 2011

Dieta matki karmiącej


Na początku strach jeść cokolwiek, bo tyle się teraz mówi o alergiach. Często są dziedziczne, a ponieważ Maciek jest uczulony na kilka rzeczy, martwiłam się o Pannę Lulu (ja na szczęście nie mam tych problemów). Przerażały mnie diety, w których praktycznie nic nie można jeść, zdecydowałam się więc na dietę eliminacyjną.
W diecie eliminacyjnej chodzi o to, żeby jeść „wszystko” i ograniczać produkty dopiero, kiedy wystąpią objawy alergii. Podejrzane składniki wykluczamy na tydzień (maksymalnie 2) lub do ustąpienia objawów. Poprawa powinna być widoczna już po kilku dniach. Jeżeli nasze podejrzenia się nie sprawdziły i objawy nie ustępują, próbujemy z następnym składnikiem wracając do odstawionego. Najbardziej niebezpieczne (alergizujące) są (w kolejności): mleko krowie (surowe, przetwory już mniej), jajka kurze (bardziej białko, niż żółtko), gluten pszeniczny, ryby, orzechy, cytrusy, truskawki, maliny, pomidory, selery, pietruszki, soja i kakao. Po odkryciu alergenu po jakimś czasie dobrze zrobić próbę prowokacyjną, czyli sprawdzić, czy to na pewno było to. Kilka miesięcy później możemy wrócić do składnika i sprawdzić, czy nadal uczula.
„Wszystko” znalazło się w cudzysłowie bo tak naprawdę wcale wszystkiego jeść się nie powinno. Posiłki matki karmiącej powinny być lekkostrawne, zbilansowane i po prostu zdrowe. Z czysto egoistycznych względów musimy sobie zapewnić wszystkie niezbędne składniki. Mleko matki będzie zawsze pełnowartościowe, gorzej z samą matką, bo jeśli nie dostarczymy pewnych elementów organizm wykorzysta te, które już się w nim znajdują. Natura faworyzuje dziecko kosztem karmicielki – no i dobrze, bo takie maleńkie i bezbronne.
Żeby ograniczyć problemy wynikające z niedojrzałości układu pokarmowego dziecka nie powinnyśmy jeść:
- rzeczy smażonych – mnie się czasem zdarza zjeść kotlet, placek albo naleśniki i nic się złego nie dzieje, to z pewnością zależy od indywidualnych cech dziecka, widocznie Pannie Lulu to nie szkodzi,
- surowych owoców i warzyw, chyba, że macie jakieś pewne źródło – mało które nie są pryskane, a pestycydy i inne świństwa mogą być niebezpieczne, jak się ma na nie ochotę lepiej obrać ze skóry, albo upiec – polecam szczególnie pieczone jabłka,
- warzyw powodujących wzdęcia – strączkowe, kalafior, brokuły, kapusta, cebula, czosnek, itp. – ja w pewnym momencie skusiłam się na zupę kalafiorową i nie zauważyłam jakichkolwiek problemów u Panny Lulu (jedynie u siebie),
- kiszonych ogórków i kapusty – mogą ponoć powodować biegunki u dzieci (nie próbowałam),
- przyprawy – lepiej z nimi nie przesadzać, ja używam jak wcześniej (zrównoważone ilości), tylko czosnek ograniczyłam bo podobno może zmienić smak mleka i przestać smakować maleństwu,
- produktów tzw. wysoko przetworzonych – czyli tych wszystkich świństw w torebkach z dużą ilością konserwantów i polepszaczy, jak się zdecydowałyśmy karmić naturalnie, to karmmy naturalnie,
- produktów potencjalnie niebezpiecznych - stwarzających zagrożenie chorobą, czyli między innymi: surowych ryb, surowego mięsa, surowych jajek,
- a pić nie powinnyśmy zbyt dużo kawy (chyba, że zbożową - mniam) i herbaty (zwłaszcza czarnej), bo mogą hamować laktację.
Panna Lulu na szczęście nie ma problemów, więc coraz śmielej pozwalam sobie na kolejne smakołyki. Produkty najbardziej alergizujące wprowadzałam powoli, pojedynczo, żeby uchwycić ewentualną reakcję. Uważam tylko żeby nie przedobrzyć, bo alergia może pojawić się z nadmiaru jakiegoś składnika. Staram się też, żeby moja dieta była jak najbardziej urozmaicona. Jednym słowem, jak tylko Panna Lulu pozwoli, szaleję w kuchni :)
Odchudzać się podczas karmienia nie powinnyśmy, ale warto przyjrzeć się temu, co się je. Żeby pozbyć się zbędnych kilogramów pozostałych po ciąży warto zrezygnować ze słodyczy (to jest niestety trudne), jasnego pieczywa, ciast i ciasteczek (mam niesamowity apetyt na ciasteczka, który staram się okiełznać). Można ratować się produktami niskokalorycznymi, z obniżoną zawartością cukrów czy tłuszczy, radzę jednak dokładnie czytać etykiety, bo często dodają do takich rzeczy różne świństwa, których lepiej nie jeść w normalnych okolicznościach, a co dopiero w trakcie karmienia. Polecam za to wszystko co razowe. Moją ulubioną „dietą” jest przestrzeganie zasady żeby nie łączyć rzeczy tłustych ze skrobią (którą znajdziemy głównie w: ziemniakach, ryżu, kaszach, produktach mącznych). Podobno oddzielnie są szybciej spalane przez organizm i nie odkładają się w postaci tkanki tłuszczowej (oczywiście o ile je się je w rozsądnych ilościach). Funkcjonuję na tej zasadzie już od jakiegoś czasu (dłuuugo przed ciążą) z dobrymi skutkami. W momentach zwiększonego parcia na schudnięcie, bardziej rygorystycznie jej przestrzegam. A ponieważ jeszcze kilka kilogramów nadwagi mi zostało: bye, bye ziemniaczki ze skwarkami…

*przy pisaniu tego posta korzystałam z notatek ze szkoły rodzenia, tekst obrazuje moją wiedzę i doświadczenie, nie jest to artykuł ekspercki.