Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie dzieci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2019

Moje wrażliwe dzieci

Jakiś czas temu nie mogłam sobie poradzić z Panną Lulu. Poziom emocji zarówno po jej, jak i po mojej stronie sięgał sufitu. Miałam świadomość, że muszę coś z tym zrobić, ale nie wiedziałam co. Kupiłam więc kilka książek...

Jedną z nich było "Wysoko wrażliwe dziecko" Elaine Aron. Czytałam z zapartym tchem. Okazało się bowiem, że wysoko wrażliwi są: Stach, ja i Maciek. Panna Lulu najmniej. Dobre relacje przywróciłyśmy dzięki innej książce. 

Wreszcie zrozumiałam kilka innych problemów, które pojawiają się czasem w naszej rodzinie. Przede wszystkim przestymulowanie bodźcami. Kiedy jest za głośno, za dużo się dzieje, za dużo się wymaga... Stachu robi "awantury". Czasem dzieje się tak po powrocie z przedszkola. Czasem rano, gdy się go popędza. Denerwuje go, gdy nie możemy zrozumieć o co mu chodzi. No i oczywiście trzeba wycinać wszystkie metki z ubrań i jest problem z butami... najchętniej chodzi w kaloszach.

Jak pomóc wrażliwemu dziecku?
- Nie doprowadzić do nadmiaru bodźców.
- Pomóc się wyciszyć w newralgicznych momentach.
- Uczyć, jak się wyciszać. Jeśli trzeba stworzyć "ciche" miejsca w domu, albo wyciszające rytuały.
- Edukować szczególnie babcie, które mają tendencje do zasypywania pytaniami.
- I przede wszystkim nie wkurzać się, kiedy ono się wkurza.


A wrażliwość jest cudowna i cenna. Bo to nie tylko wrażliwość na bodźce fizyczne, ale też wrażliwość na innych ludzi. To prawdziwa empatia... i to po Stachu widać.

wtorek, 26 marca 2019

Przedszkole w PRL

Znów gościnny post mojej mamy. Wspomnienia z przedszkola... ideowej placówki PRL. Ja przede wszystkim pamiętam serwatkę, którą nas pojono i która wywoływała u mnie odruch wymiotny. 

Przedszkole w PRL

Była to instytucja bardzo popularna, dostępna, uważana za jedną z cennych zdobyczy nowego socjalistycznego ustroju, w którym kobiety powszechnie garnąc się do pracy musiały gdzieś „podrzucać” swoje dzieci. Po wykorzystaniu 3– miesięcznego urlopu macierzyńskiego takim miejscem był najpierw żłobek

W naszych rodzinach - mojej i Sławka żłobek nie wchodził w grę. Babcie dzielnie wychowywały swoje wnuczęta, ale już po osiągnięciu przez nie trzech lat czyli wieku przedszkolnego, przedszkole jawiło się jako coś oczywistego. Nie pomagały płacze i marudzenia, dzieci zaprowadzano do przedszkola i już. 

Osobiście kiepsko wspominam przedszkole. To, że odprowadzała mnie do przedszkola i przyprowadzała ukochana babcia jeszcze bardziej wyostrzało perspektywę kilku okropnych godzin, które były przede mną. Nie mam żadnych miłych wspomnień, najwyraźniej zajęcia przedszkolne były nieciekawe i monotonne. W pamięci pozostały wydarzenia niemiłe – wciskane na siłę posiłki, których nie znosiłam, chłopaki ciągnące dziewczynki za warkocze. Najmniej sympatyczny moment - nie znosiłam żółtego sera, a przedszkolanka uparła się, że nie odejdę od stołu póki go nie zjem. Skończyło się posiusianiem w majtki (cały czas siedziałam za stołem) i dopiero babcia wyzwoliła mnie z tej opresji.

Magdusia też została oddana do przedszkola jak skończyła trzy lata. Największe wówczas blokowisko łódzkie czyli Retkinia w której mieszkaliśmy, nie dawało szans na zdobycie miejsca w przedszkolu. Dzięki niezbędnym wówczas „znajomościom” udało się umieścić Magdusię w przedszkolu w dosyć odległym od naszego domu. Oczywiście Magda też nie lubiła, podobnie jak kiedyś jej rodzice, przedszkola. 



Pamiętam jak pierwszego dnia machając workiem z pantoflami i podskakując podśpiewywała „ idę do przedszkola” , zaś drugiego dnia płakała w oknie. Najbardziej upiornym momentem w dniu przedszkolnym był obowiązek spania po obiedzie. Nasza córeczka już od drugiego roku życia nie sypiała w ciągu dnia i ten przymus był dla niej dołujący – leżała przez dwie godziny i darła na małe kawałeczki chusteczkę do nosa. 

Sławek, który już wówczas miał więcej czasu (prywatny biznes) odbierał ją wobec tego o 12. Spędzała więc w przedszkolu raptem 3 godziny dzienne – od 9 do 12. Nie pamiętam, aby się w nim dużo działo – największą atrakcją dla dzieci były chyba zabawy karnawałowe. Magdusia nie zdołała się z nikim zaprzyjaźnić, nie przynosiła z przedszkola żadnych swoich prac. 

Ubolewałam, ku oburzeniu wrogów przedszkola - męża i córki, że nie spełniło ono, wobec tak śladowej obecności Madgusi, roli uspołecznienia mojej jedynaczki. Co ciekawe jak Magda sama została mamą to oczywiste dla niej było posłanie dzieci do przedszkola. 

Dziękuję mamo!

wtorek, 12 marca 2019

Trzecie eko(?) dziecko

Przyznam się, że nie udało mi się utrzymać wszystkich ideałów, które przyświecały mi przy pierwszym dziecku. Życie zweryfikowało. Brak czasu spowodował, że niektóre rzeczy odpuściłam.

Niestety zupełnie zrezygnowałam z pieluszek wielorazowych. Już przy Stachu nie byłam konsekwentna. Kiedy policzyłam, że rozwieszanie wypranej tetry zajmuje mi 20 minut - codziennie, odpuściłam. Prawdopodobnie z pieluszkami all in one nie byłoby takich problemów, ale te wydawały mi się pioruńsko drogie. Na szczęście Kwiatek już prawie nie potrzebuje pieluch.

Kwiatek jest więc dzieckiem pampersowym... i czasami też słoiczkowym... Pannie Lulu i Stachowi gotowałam ekologiczne warzywka, organiczne kurczaki i podawałam bio jogurty. Pluli tym na moc potęgę. Co chwilę coś wyrzucałam, albo dojadałam sama. Niejadki ot co.

Przy kwiatku poszłam na łatwiznę. Po którymś pluciu z kolei postanowiłam spróbować i załapała. Słoiki są "niam niam" i trudno. Przynajmniej nie muszę jej gotować trzech obiadów (jak to było przy starszakach). Chyba bym zwariowała, zwłaszcza, że Panna Lulu odmówiła jedzenia posiłków w szkole i jej też muszę coś upichcić.

Więcej grzechów nie pamiętam... teraz będę się chwalić :)

Kwiatek ma zdecydowaną większość rzeczy z drugiej, albo nawet z trzeciej ręki. Przy trójce dzieci z niewielką różnicą wieku to chyba norma. Wózek, foteliki, mebelki i zabawki są praktycznie te same. Kwiatek ma pecha i donasza po rodzeństwie ubranka i korzysta z tych samych gadżetów. Ale przecież to tak szybko rośnie, że nie ma sensu kupować nowego. Czasem trochę wstyd, ale... przecież zaraz wyrośnie.

Za to Kwiatek bardzo się cieszy. Za każdym razem, gdy ją ubieram pyta: "Tasia? Lusi?". Nie przeszkadza jej, że ma ciuchy po rodzeństwie.

Piersią karmione jest najdłużej, bo to najwygodniejsze i najzdrowsze. Do tej pory karmię kiedy usypiam... i jak dobrze śpi.

Biega na boso po trawie... i czasem nago. Bo już się nauczyłam, ze nie ma co zabraniać... rodzeństwo i tak biega.

I śmieci się nauczyła segregować już prawie :)

Mieszka w lesie, w domu ze słomy... i cały czas brudne... i szczęśliwe... takie eko dziecko.


wtorek, 5 marca 2019

Harry Potter i królewna

Byłam już za stara, kiedy pojawił się Harry Potter. Choć uwielbiam fantasy, to jednak była książka dla dzieci. Przebrnęłam przez trzy tomy, bo ikony pop kultury trzeba chociaż kojarzyć. Żeby mieć z tego jakąś korzyść, czytałam po angielsku. Resztę książek serii sobie darowałam bo rozrosły się do ogromnych rozmiarów... i już mi się znudziły.

Mamy z Panną Lulu i ze Stachem taki rytuał, że codziennie wieczorem im czytam. Wiele książek mamy już za sobą. Są też takie, do których dzieci lubią wracać. No i po przeczytaniu trzeci raz z rzędu "Dzieci z Bullerbyn" stwierdziłam, że czas na Harrego.

Stachu na razie nie jest fanem, woli książki o dinozaurach. Swoją drogą niesamowite, słucha tych encyklopedycznych danych, w kółko to samo i zupełnie mu się nie nudzi. Może dlatego dobrze zasypia :)

Ale Panna Lulu wsiąkła... ja też. Jak tylko mamy wolną chwilę to czytamy (o ile nam Stach i Kwiatek pozwolą). Bardzo mi się podoba, że panienka analizuje treść i zastanawia się nad możliwymi zakończeniami.

Jak skończymy książkę, oglądamy film i sprawdzamy, co powycinali. Rzeczywiście sporo się od siebie różnią, książki są o wiele bogatsze. Panna Lulu też to zauważa, odkrywa prawa rządzące światem filmu.

Muszę przyznać, że mnie też to sprawia niesamowitą frajdę. Zwłaszcza, że zaczęłyśmy czytać książki, których nie znam, a fabuła jest mocno wciągająca.

Panna Lulu ostatnio postanowiła sama napisać książkę o Harrym Potterze. Jest już tytuł " Harry Potter i królewna". Tak to jest, jak się jeszcze nie wyrosło z księżniczek, wróżek i koloru różowego, a już się zaczyna wchodzić do świata czarodziejów...