Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ego. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 kwietnia 2019

Perspektywy zawodowe matki trójki dzieci

To od początku. Jak zaszłam w ciążę z Panną Lulu dość szybko poszłam na zwolnienie. Było błogo. Bycie matką stało się moim hobby, czytałam, pisałam... Potem pojawiła się Panienka i dalej czytałam, pisałam, chłonęłam wszystkimi zmysłami bycie matką.

I bardzo szybko poszłam do pracy. Ale tak na chwilkę, na próbę... zamiast etatowym pracownikiem marketingu zostałam nauczycielką. Chciałam zobaczyć jak to jest, a właśnie nadarzyła się okazja.

Z Panną Lulu zostawał wtedy mój tata i na początku miał problem bo dziecko nie chciało nic jeść (nie miał wszak dziadek piersi odpowiedniej) i wyło. Pracowałam tylko 4 godziny w tygodniu, ale w pewnym momencie okazało się, że i tak jest ciężko. Lekcje trzeba przygotować, a panienka nie chce spać. Kiedyś wyobrażałam sobie, że bycie nauczycielem jest takie super... dobrze, że sprawdziłam. Po pół roku stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie.

Planowaliśmy kolejne dziecko i powrót na etat nie wchodził w grę. Wymyśliłam więc sobie studia podyplomowe o zmianę zawodu. To teraz podobno bardzo na czasie.

Urodził się Stach i rok później założyłam firmę. Było super. Pracowałam kiedy się dało, wychodziłam z domu, spotykałam się z ludźmi. I miałam czas dla dzieci, bo praca była elastyczna. Tylko, że za mało się tego czasu udawało wyszarpnąć i brakowało go zwłaszcza na rozwój. Bo to co trzeba było robić na bieżąco, to się robiło, a wszystko inne odkładało się na później.

Wsparcie oczywiście było, dziadkowie z obu stron doglądali, odciążali i kibicowali. Ale co z tego, jak matka zamykała się w pokoju, żeby trochę popracować, a za chwilę jakieś dziecko wpadało z jakimś problemem... no łatwo nie było. A jeszcze zdarzało mi się usłyszeć, że to nie praca, tylko hobby... wrrrr...

Pewnie jakby plan był lepszy, bardziej przemyślany i bardziej bym się go trzymała...

Kiedy urodził się Kwiatek, to jeszcze przez jakiś czas pociągnęłam... Starszyzna poszła do przedszkola, dało się coś zrobić. Ale bez dziadków i tak by się nie dało.


Podziwiam dziewczyny i pary, które mają dzieci z dala od domów rodzinnych i jakoś to ogarniają. Ja wiem, że można oddawać dzieci do przedszkoli i na świetlice nawet na 10 godzin, ale jakoś wydaje mi się, że to za dużo. Dlatego się cieszę, ze mam wsparcie rodziny.

No dobra, firma nie wypaliła, bo jak przeszłam na pełny ZUS, to mi zeszło powietrze i powiedziałam BASTA! Dokładać do interesu nie będę.

I... zaczęłam szukać pracy... na etacie. Długo szukałam, już miałam odpuścić, ale się okazało, że ktoś mnie jednak chce. Mimo krętej ścieżki kariery zawodowej, mimo braku doświadczenia w korporacjach międzynarodowych...

No i jestem - matka polka pracująca... a nauczyciele strajkują (WSPIERAM ICH Z CAŁEGO SERCA!!!)... i dziadkowie znów są niezbędni.

Ale jak słyszę, że tylko leserki siedzą w domu z dziećmi, to mnie coś trafia, bo siedzenie w domu z dziećmi to mega wielka praca! I jak ktoś chce dać matkom czwórki dzieci emerytury za samo bycie matką (choć szczerze nie lubię tych, co chcą dać), to popieram. Bo na prawdę jest trudno łączyć macierzyństwo, pracę, korki na ulicach i strajki nauczycieli... 

wtorek, 2 kwietnia 2019

Moje wrażliwe dzieci

Jakiś czas temu nie mogłam sobie poradzić z Panną Lulu. Poziom emocji zarówno po jej, jak i po mojej stronie sięgał sufitu. Miałam świadomość, że muszę coś z tym zrobić, ale nie wiedziałam co. Kupiłam więc kilka książek...

Jedną z nich było "Wysoko wrażliwe dziecko" Elaine Aron. Czytałam z zapartym tchem. Okazało się bowiem, że wysoko wrażliwi są: Stach, ja i Maciek. Panna Lulu najmniej. Dobre relacje przywróciłyśmy dzięki innej książce. 

Wreszcie zrozumiałam kilka innych problemów, które pojawiają się czasem w naszej rodzinie. Przede wszystkim przestymulowanie bodźcami. Kiedy jest za głośno, za dużo się dzieje, za dużo się wymaga... Stachu robi "awantury". Czasem dzieje się tak po powrocie z przedszkola. Czasem rano, gdy się go popędza. Denerwuje go, gdy nie możemy zrozumieć o co mu chodzi. No i oczywiście trzeba wycinać wszystkie metki z ubrań i jest problem z butami... najchętniej chodzi w kaloszach.

Jak pomóc wrażliwemu dziecku?
- Nie doprowadzić do nadmiaru bodźców.
- Pomóc się wyciszyć w newralgicznych momentach.
- Uczyć, jak się wyciszać. Jeśli trzeba stworzyć "ciche" miejsca w domu, albo wyciszające rytuały.
- Edukować szczególnie babcie, które mają tendencje do zasypywania pytaniami.
- I przede wszystkim nie wkurzać się, kiedy ono się wkurza.


A wrażliwość jest cudowna i cenna. Bo to nie tylko wrażliwość na bodźce fizyczne, ale też wrażliwość na innych ludzi. To prawdziwa empatia... i to po Stachu widać.

wtorek, 26 marca 2019

Przedszkole w PRL

Znów gościnny post mojej mamy. Wspomnienia z przedszkola... ideowej placówki PRL. Ja przede wszystkim pamiętam serwatkę, którą nas pojono i która wywoływała u mnie odruch wymiotny. 

Przedszkole w PRL

Była to instytucja bardzo popularna, dostępna, uważana za jedną z cennych zdobyczy nowego socjalistycznego ustroju, w którym kobiety powszechnie garnąc się do pracy musiały gdzieś „podrzucać” swoje dzieci. Po wykorzystaniu 3– miesięcznego urlopu macierzyńskiego takim miejscem był najpierw żłobek

W naszych rodzinach - mojej i Sławka żłobek nie wchodził w grę. Babcie dzielnie wychowywały swoje wnuczęta, ale już po osiągnięciu przez nie trzech lat czyli wieku przedszkolnego, przedszkole jawiło się jako coś oczywistego. Nie pomagały płacze i marudzenia, dzieci zaprowadzano do przedszkola i już. 

Osobiście kiepsko wspominam przedszkole. To, że odprowadzała mnie do przedszkola i przyprowadzała ukochana babcia jeszcze bardziej wyostrzało perspektywę kilku okropnych godzin, które były przede mną. Nie mam żadnych miłych wspomnień, najwyraźniej zajęcia przedszkolne były nieciekawe i monotonne. W pamięci pozostały wydarzenia niemiłe – wciskane na siłę posiłki, których nie znosiłam, chłopaki ciągnące dziewczynki za warkocze. Najmniej sympatyczny moment - nie znosiłam żółtego sera, a przedszkolanka uparła się, że nie odejdę od stołu póki go nie zjem. Skończyło się posiusianiem w majtki (cały czas siedziałam za stołem) i dopiero babcia wyzwoliła mnie z tej opresji.

Magdusia też została oddana do przedszkola jak skończyła trzy lata. Największe wówczas blokowisko łódzkie czyli Retkinia w której mieszkaliśmy, nie dawało szans na zdobycie miejsca w przedszkolu. Dzięki niezbędnym wówczas „znajomościom” udało się umieścić Magdusię w przedszkolu w dosyć odległym od naszego domu. Oczywiście Magda też nie lubiła, podobnie jak kiedyś jej rodzice, przedszkola. 



Pamiętam jak pierwszego dnia machając workiem z pantoflami i podskakując podśpiewywała „ idę do przedszkola” , zaś drugiego dnia płakała w oknie. Najbardziej upiornym momentem w dniu przedszkolnym był obowiązek spania po obiedzie. Nasza córeczka już od drugiego roku życia nie sypiała w ciągu dnia i ten przymus był dla niej dołujący – leżała przez dwie godziny i darła na małe kawałeczki chusteczkę do nosa. 

Sławek, który już wówczas miał więcej czasu (prywatny biznes) odbierał ją wobec tego o 12. Spędzała więc w przedszkolu raptem 3 godziny dzienne – od 9 do 12. Nie pamiętam, aby się w nim dużo działo – największą atrakcją dla dzieci były chyba zabawy karnawałowe. Magdusia nie zdołała się z nikim zaprzyjaźnić, nie przynosiła z przedszkola żadnych swoich prac. 

Ubolewałam, ku oburzeniu wrogów przedszkola - męża i córki, że nie spełniło ono, wobec tak śladowej obecności Madgusi, roli uspołecznienia mojej jedynaczki. Co ciekawe jak Magda sama została mamą to oczywiste dla niej było posłanie dzieci do przedszkola. 

Dziękuję mamo!

wtorek, 12 marca 2019

Trzecie eko(?) dziecko

Przyznam się, że nie udało mi się utrzymać wszystkich ideałów, które przyświecały mi przy pierwszym dziecku. Życie zweryfikowało. Brak czasu spowodował, że niektóre rzeczy odpuściłam.

Niestety zupełnie zrezygnowałam z pieluszek wielorazowych. Już przy Stachu nie byłam konsekwentna. Kiedy policzyłam, że rozwieszanie wypranej tetry zajmuje mi 20 minut - codziennie, odpuściłam. Prawdopodobnie z pieluszkami all in one nie byłoby takich problemów, ale te wydawały mi się pioruńsko drogie. Na szczęście Kwiatek już prawie nie potrzebuje pieluch.

Kwiatek jest więc dzieckiem pampersowym... i czasami też słoiczkowym... Pannie Lulu i Stachowi gotowałam ekologiczne warzywka, organiczne kurczaki i podawałam bio jogurty. Pluli tym na moc potęgę. Co chwilę coś wyrzucałam, albo dojadałam sama. Niejadki ot co.

Przy kwiatku poszłam na łatwiznę. Po którymś pluciu z kolei postanowiłam spróbować i załapała. Słoiki są "niam niam" i trudno. Przynajmniej nie muszę jej gotować trzech obiadów (jak to było przy starszakach). Chyba bym zwariowała, zwłaszcza, że Panna Lulu odmówiła jedzenia posiłków w szkole i jej też muszę coś upichcić.

Więcej grzechów nie pamiętam... teraz będę się chwalić :)

Kwiatek ma zdecydowaną większość rzeczy z drugiej, albo nawet z trzeciej ręki. Przy trójce dzieci z niewielką różnicą wieku to chyba norma. Wózek, foteliki, mebelki i zabawki są praktycznie te same. Kwiatek ma pecha i donasza po rodzeństwie ubranka i korzysta z tych samych gadżetów. Ale przecież to tak szybko rośnie, że nie ma sensu kupować nowego. Czasem trochę wstyd, ale... przecież zaraz wyrośnie.

Za to Kwiatek bardzo się cieszy. Za każdym razem, gdy ją ubieram pyta: "Tasia? Lusi?". Nie przeszkadza jej, że ma ciuchy po rodzeństwie.

Piersią karmione jest najdłużej, bo to najwygodniejsze i najzdrowsze. Do tej pory karmię kiedy usypiam... i jak dobrze śpi.

Biega na boso po trawie... i czasem nago. Bo już się nauczyłam, ze nie ma co zabraniać... rodzeństwo i tak biega.

I śmieci się nauczyła segregować już prawie :)

Mieszka w lesie, w domu ze słomy... i cały czas brudne... i szczęśliwe... takie eko dziecko.


wtorek, 5 marca 2019

Harry Potter i królewna

Byłam już za stara, kiedy pojawił się Harry Potter. Choć uwielbiam fantasy, to jednak była książka dla dzieci. Przebrnęłam przez trzy tomy, bo ikony pop kultury trzeba chociaż kojarzyć. Żeby mieć z tego jakąś korzyść, czytałam po angielsku. Resztę książek serii sobie darowałam bo rozrosły się do ogromnych rozmiarów... i już mi się znudziły.

Mamy z Panną Lulu i ze Stachem taki rytuał, że codziennie wieczorem im czytam. Wiele książek mamy już za sobą. Są też takie, do których dzieci lubią wracać. No i po przeczytaniu trzeci raz z rzędu "Dzieci z Bullerbyn" stwierdziłam, że czas na Harrego.

Stachu na razie nie jest fanem, woli książki o dinozaurach. Swoją drogą niesamowite, słucha tych encyklopedycznych danych, w kółko to samo i zupełnie mu się nie nudzi. Może dlatego dobrze zasypia :)

Ale Panna Lulu wsiąkła... ja też. Jak tylko mamy wolną chwilę to czytamy (o ile nam Stach i Kwiatek pozwolą). Bardzo mi się podoba, że panienka analizuje treść i zastanawia się nad możliwymi zakończeniami.

Jak skończymy książkę, oglądamy film i sprawdzamy, co powycinali. Rzeczywiście sporo się od siebie różnią, książki są o wiele bogatsze. Panna Lulu też to zauważa, odkrywa prawa rządzące światem filmu.

Muszę przyznać, że mnie też to sprawia niesamowitą frajdę. Zwłaszcza, że zaczęłyśmy czytać książki, których nie znam, a fabuła jest mocno wciągająca.

Panna Lulu ostatnio postanowiła sama napisać książkę o Harrym Potterze. Jest już tytuł " Harry Potter i królewna". Tak to jest, jak się jeszcze nie wyrosło z księżniczek, wróżek i koloru różowego, a już się zaczyna wchodzić do świata czarodziejów...


sobota, 23 lutego 2019

Dalszy ciąg

Patrzę wstecz i łezka mi się kręci w oku i klnę siebie, że przestałam pisać, że tyle mi umknęło.

Panna Lulu poszła w zeszłym roku do szkoły... tak tak, niesamowite przeżycie. Jakbym to ja szła pierwszy raz. Maciek też był przejęty i babcie i dziadkowie... i ona sama oczywiście też. Jej szkoła jest mała i bardzo fajna. Ma 14 dzieciaków w klasie i super fajną wychowawczynię. Ma takie samo imię jak ja (w tym pokoleniu to standard) i ma o rok młodszą córkę w tym samym przedszkolu, więc siłą rzeczy się znamy.

I co najważniejsze Panna Lulu szkołę lubi, bo przedszkola raczej nie lubiła. I rano nie ma scen (chyba że robi je Stachu). I... jeszcze o niej napiszę :)

A Stachu cały czas w przedszkolu, ale już gada oczywiście, choć robi czasem jakieś fajowe błędy, które warto zapisać, bo umkną. A ja kretynka nie zapisuję, bo uważam, że mam za dużo rzeczy na głowie. Ale teraz będę.

Stach jest niesamowicie sprawnym chłopcem (a może po prostu zwyczajnym, nie mam porównania). Chciałam z nim chodzić na capoeirę, ale był trochę za mały i miał problem ze skupieniem się. Ale teraz zaczął trenować piłkę nożną i jest zachwycony. Maciek też jest zachwycony, bo chodzi z nim i obserwuje go podczas treningów. I... jeszcze o nim napiszę.

A Kwiatek rośnie, zaczyna gadać, biega, skacze i jest urocza. I tak sobie myślimy, że super że jest... bo trochę prze przypadek. Cudownie sobie to wszystko przypominać, te same okresy z Panną Lulu i Stachem. Choć niektóre rzeczy się zamazują... nakładają... I... jeszcze o niej napiszę.


Wspomniałam mamie, że wracam do pisania bloga.
- To było bardzo fajne, szkoda, że to zarzuciłaś - powiedziała.
- To nie mogłaś mnie ofukać i kazać pisać?
- No co ty, dopiero co urodziłaś trzecie dziecko...

Trzecie dziecko - ma jednak siłę rażenia :)

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Wywoływanie porodu, czyli świąteczne porządki czas zacząć

Skończyłyśmy właśnie 37 tydzień ciąży, czyli czas przestać się ze sobą cackać :) Chciałabym urodzić przed świętami, żeby się nie stresować i na luzie spędzić Boże Narodzenie z rodziną... mam wizję akcji porodowej przy stole wigilijnym... wolałabym tego uniknąć.

Jest jeszcze jeden argument - mam już dosyć. Po ciąży ze Stachem czułam niedosyt... teraz daleko mi do takiego odczucia... ta ciąża dała mi jednak w kość.

Co prawda mój ulubiony pan doktor (moje 3 ciąże prowadziło w sumie 5 lekarzy, więc wiem co mówię) twierdzi, że są milsze sposoby wywoływania porodu niż sprzątanie, ale przecież jedno nie wyklucza drugiego :)

Do tej pory nie byłam za bardzo aktywna, oszczędzałam się. Teraz dostałam zastrzyk mocy... i już mnie tak nie boli... i już się tak nie męczę... i mi się chce. A akurat dobrze się składa, bo czas na sprzątanie. Dom zapuszczony, a gniazdo trzeba przecież wić. Dzisiaj na tapecie mycie okien (obliczyłam że umyłam jakieś 32 m2 szyb), konserwacja powierzchni płaskich, pranie, prasowanie, zakupy, gotowanie... no i jeszcze trzeba domek z piernika upiec, bo wczoraj nie zdążyliśmy wykonać zadania z kalendarza adwentowego. Ciekawe co będzie dzisiaj? (oczywiście ja pisałam zadania, ale nie pamiętam).


A Panna Lulu wczoraj wymyśliła super coś (nie wiem jak to nazwać). Bawiła się ze Stachem w potwory i stwierdziła: "kiedy potwór zaczyna płakać, zamienia się w dziecko". Jakież to romantyczne i jaki ma potencjał fabularny.

Ja oczywiście od razu spłyciłam, choć ugryzłam się w język i nie powiedziałam tego głośno, że "kiedy dzieci zaczynają płakać, zamieniają się w potwory".

sobota, 3 września 2016

Mama sama w domu

Przyszedł ten czas, kiedy dzieci w przedszkolu, Maciek w pracy, a dom pusty, tylko matka... cieszy się samotnością. Bo się cieszy, zwłaszcza, że towarzystwo zadowolone z takiego obrotu sprawy, a matka ma mnóstwo pomysłów, co z mniej lub bardziej wolnym czasem (bo w końcu też trochę pracuje) zrobić (do pisania bloga wrócić na przykład).
Stach pierwsze dni w przedszkolu przetrwał, nie było alarmów i wcześniejszego odbierania, jak w przypadku Panny Lulu. Ale i miejsce było dużo bardziej oswojone, bo często razem panienką zawoziliśmy i odbieraliśmy. Poza tym byliśmy tam kilka razy w sierpniu razem podczas programu adaptacyjnego. Z tym programem to było tak, że pierwszego dnia byliśmy sami (bez Panny Lulu) i było ciężko, to znaczy  Stach nie odstępował mnie o krok. Następnego dnia, już z panienką, matka mogłaby nie istnieć - poszli szaleć z innymi dziećmi.
Panna Lulu jest super siostrą, bardzo opiekuńczą i prócz drobnych konfliktów trzymają się mocno razem broniąc na każdym kroku. Kiedy zgarnialiśmy panienkę z dwudniowego pobytu u babci, to Stach stał się głównym odbiorcą prezentów, laurek i relacji... za mamą się mniej stęskniła. I szczerze mówiąc podoba mi się to i dobrze mi z tym, bo chcę, żeby dzieciaki miały fajne relacje... w końcu mają przed sobą więcej życia niż my i ważne, żeby miały w tym życiu odpowiednie wsparcie.

A wcześniej były wakacje...
Najpierw, jeszcze przed sezonem - Chorwacja, w której się zakochałam i stały punkt programu, czyli Panna Lulu ucieka. Uciekać zaczęła już dwa lata temu, więc mamy to jako tako opracowane. W tym roku było jednak lepiej, bo udało nam się dogadać. Po kilku pierwszych ucieczkach i spięciach ustaliliśmy, że panienka się melduje gdzie chce iść, a my jej na to pozwalamy. I pozwalaliśmy, a dziecko uczyło się samodzielności i orientacji w przestrzeni. Na szczęście nie zwiała nigdy poza teren campingu:)
W sezonie pojechaliśmy nad morze nasze polskie i... no cóż, ty pogoda nigdy nie jest gwarantowana... chyba, że się jedzie z Maćkiem, wtedy na pewno będzie padać. Na plaży było co prawda kiepsko, ale robiliśmy długie wycieczki piesze i okazało się, że można przejść kilka kilometrów bez wieszania się na mamie, tacie, babci, czy dziadku (co prawda kiedy dojechał do nas Maciek, Stach kilka razy wykorzystał ojcowskie ramiona). Więc ogólnie luz, blues i taplanie się w kałużach.


A w następnym poście będzie niespodzianka... no bo przecież nie wszystko na raz. I wracam do pisania bloga, więc następny post niedługo - obiecuję:)

wtorek, 21 lipca 2015

Tracę serce

No wiem, spóźniam się z wpisami... i ogólnie tracę serce dla bloga... no bo brak czasu... wiem, że to wspaniała pamiątka, ale komu się to będzie chciało tak na prawdę czytać? Nie chcę jeszcze podejmować decyzji o zakończeniu pisania, ale nie obiecuję regularności. Ostatnie wpisy to i tak głównie narzekanie na dzieci... czyli nic fajnego. Koleżanka to skwitowała "takie życie"... takie życie.

A dzieci w miarę zdrowe, jedzą nawet nieźle (zwłaszcza lody), rosną, śpią (za krótko) i jakoś sobie ten czas leci. Panna Lulu wakacyjnego przedszkola nie polubiła, za każdym razem jak po nią przyjeżdżałam bawiła się sama, więc jak tylko dostała katar to zdecydowałam, że już dłużej chodzić nie będzie (cała nadzieja w babciach). Stach ma problemy z wieczornym zasypianiem, co skutkuje tym, że sama chodzę późno spać i się nie wysypiam (i patrzcie - znowu marudzę).


wtorek, 26 maja 2015

Moja kompetentna Panna Lulu

Spóźniłam się z tym wpisem całkiem konkretnie, powinien być 20-tego, ale przynajmniej podbuduję swoje matczyne ego.
Sięgnęłam ostatnio po raz kolejny po książkę Jespera Juula "Twoje kompetentne dziecko" i nagle wszystko stało się jakieś łatwiejsze. Czytałam to kiedy panienka była malutka i mało co mogłam wtedy odnieść do naszych relacji. Teraz jest zupełnie inaczej, teraz pasuje jak ulał. Bo panna Lulu jest kompetentna i mądra i mimo, że czasem jedzie po bandzie, to wcale nie trzeba się tak na nią wściekać. Robiło się już nieciekawie, bo panienka roszczeniowa się zrobiła, a matka też buntowniczka i rozkazów nie lubi. Ale odpuściłam i nagle ona też odpuściła i jest super, czasem jeszcze jakaś mała awanturka się zdarzy, ale ogólnie się uspokoiłyśmy. Panna Lulu zrobiła się bardziej pogodna, częściej się uśmiecha (i jak ładnie) i wszyscy szczęśliwi, choć cały czas się uczę.
I przedszkole polubiła. Nie ma już problemów z wyjściem, są za to z powrotami. Ostatnio zostałam cofnięta do domu, bo Panna Lulu chciała się jeszcze bawić... ok. Chyba mnie to cieszy.
Wspomnieć też chciałam, że panience się czasy mocno mylą i wczoraj znaczy jutro, a jutro wczoraj, i "byłam jutro" jest na porządku dziennym. Trzeba o tym wiedzieć, żeby się dogadać, bo ostatnio płakała, że przyjechałam "za późno", ale doszłyśmy że jednak "za wcześnie" (to z przedszkola).
Tak to trzeba się uczyć komunikacji z własnym dzieckiem, żeby wszystkim żyło się lepiej. A Panna Lulu uczy się komunikacji z przyrodą:


czwartek, 6 listopada 2014

Dietetyk od kuchni

Wygrzebałam się trochę z pieluch... i zaczęłam działać. Bez działania jest mi źle. Jestem egoistką (jak każdy) i myślę nie tylko o domu, dzieciach, Maćku... coraz więcej o sobie. Działam, zakładam firmę, promuję się i... gotuję. Gotowałam oczywiście też wcześniej, ale teraz postanowiłam się tym podzielić. A jak najlepiej dzielić się czymś z innymi? oczywiście: założyć bloga:)

Już jest, pachnący, pyszny, w większości wegetariański i zdrowy blog kulinarny - mój własny. Oto link: dietetyk od kuchni , zapraszam! i smacznego!




piątek, 31 października 2014

Eko zakupy

Bardzo dawno nie udało mi się wrzucić żadnego posta, który nie byłby podsumowaniem comiesięcznych ekscesów i postępów Panny Lulu i Stacha. Ale biorę się za siebie, za blog (nie jeden zresztą, ale o tym kiedy indziej) i w ogóle się biorę.
Już od mniej więcej pół roku chciałam się podzielić moimi zachowaniami konsumenckimi i wreszcie się udało. Pisząc o eko zakupach chcę poruszyć dwa tematy: kupowanie w kooperatywie i kupowanie z drugiej ręki - obie formy super eko.
Kooperatywa to grupa osób, która wspólnie robi zakupy wybierając drobnych dostawców lokalnych i najlepiej z upraw ekologicznych. W większości kooperatyw w Polsce zakupy dotyczą produktów spożywczych. Taka jest też i moja, w dodatku wegetariańska. Ceny są atrakcyjne no i idea, żeby kupować bezpośrednio, bez pośredników, od zaprzyjaźnionych rolników. Dla zaitneresowanych:  http://lodz.kooperatywaspozywcza.pl/spoldzielnia.php.
Dołączyłam do kooperatywy bo potrzebowałam eko warzyw i owoców dla Stacha i Panny Lulu i... dobra, przyznam się... musiałam się wyrwać z domu i spędzić trochę czasu z ludźmi, którzy nie są moimi dziećmi, moim mężem, czy moimi rodzicami.
Czasami jeżdżę z dzieciakami do teściowej, przed pójściem Panny Lulu do przedszkola były to wizyty regularne. Teściowie mieszkają na wielkim osiedlu ze świetną infrastrukturą (nie to co ja: kilometr do najbliższego sklepu). Na tymże osiedlu jest second-hand, w którym odkryłam moją kobiecą żyłkę zakupową. Do tej pory kupowałam sobie ciuchy sporadycznie, teraz zdarza mi się poszaleć. Ale oczywiście bez przesady - minimalizm hamuje. Kupuję różne rzeczy sobie i dzieciakom, Maćkowi jakoś nie bardzo umiem nic wybrać.
Moimi eko zakupami zapewniam drugie życie niechcianym produktom w całkiem niezłej jakości i bardzo niezłej cenie. Kupuję również lokalnie od sprawdzonych dostawców... eko jak... Szkoda tylko, że muszę spalić benzynę, żeby tam dotrzeć.  

czwartek, 2 stycznia 2014

Brudno wszędzie

Postanowiłam podsumować 2013 nietypowo, wspominając po kolei rodzaje śmieci, które poniewierały się po podłodze domku. Są to bowiem nieczystości, które opowiadają pewną historię. Owszem, przyznaję, jestem nieco pedantyczna, ale tylko troszkę. Z owym brudem walczyłam ile mi sił starczyło, walczyłam mężnie.
1. błoto - jak już stopniały śniegi (gdzieś w połowie roku), pojawiło się błoto. Przed domkiem, który ma drzwi na stronę północną powstała łysa plama, na której nijak nie chciała wyrosnąć trawa. Maciek postanowił przedłużyć taras i plamę zakryć. I jak do tej pory ilości błota były znikome, to potem... potworność. Najpierw taras miał być z podkładów kolejowych i... powstał... ale śmierdział. Ktoś nam powiedział, że to toksyczne, więc został zdemontowany. Jego powstanie wiązało się z rozgrzebaniem sporego kawałka trawnika przed samym domkiem, rezultat wiadomy - tony błota w mieszkaniu. To był pierwszy trymestr ciąży ze Stachem, chodziłam nieprzytomna i bez sił witalnych porzygując co chwila. Fukałam straszliwie, że nie mam siły co chwila zamiatać. Aż wreszcie powstał nowy taras przy asyście Panny Lulu. Wtedy właśnie w jej sercu narodziła się miłość do śrubek.

2. piasek - w połowie roku (tej prawdziwej) rozpoczęła się budowa i przywieźli tony piachu. Równolegle powstała piaskownica, ale góry przypominające wydmy nadmorskie były dla Panny Lulu bardziej atrakcyjne. Nie byłam w stanie jej upilnować, więc wspinała się i biegała i zjeżdżała i nic jej się złego nie stało. A ja tylko od czasu do czasu piasek z majtek wysypywałam, bo rozpoczął się okres odpieluchowywania panienki.
3. słoma - przez pewien czas nie brudziło się za bardzo, na budowie stawiano konstrukcję drewnianą, a piaskownica się trochę znudziła, ale sielanka nie trwała zbyt długo. Zaczęło się zwożenie słomy, przycinanie belek słomianych, strzyżenie. A słomę niełatwo się czyści, bo włazi w wycieraczki, dywaniki, kryje się pod meblami, trudny przeciwnik, zwłaszcza jak się jest w zaawansowanej ciąży. Oj ciężko było...

4. błoto - potem nam rozkopali pół trawnika kładąc oczyszczalnię ścieków i niwelując teren koło domu. Nie było szans, żeby trawa choć trochę związała, więc znowu błoto. Ale tym razem łatwiej, bo już nie w ciąży. Z dwójką dzieci nawet odkurzacz włączyć, to niewielki problem - młodsze usypia, a starsze kombinuje jak przejąć sprzęt.
Mimo brudu rok niesamowity, bo i Stach i dom i panienka rośnie i gada. Bardzo intensywny, często męczący, ale w sumie dobry. A niedługo (może już jutro? jak przestanie śmierdzieć lakier na podłodze) przeprowadzka (powolutku bo przecież niedaleko).

czwartek, 19 września 2013

A miał być tort bezowy...

Trzynastego w piątek siedziałam sobie spokojnie na kanapie planując kolejny dzień. Panna Lulu była pod czułą opieką babci, pełen luz blues. Kolejny dzień planowałam nie bez przyczyny, był to bowiem dzień moich urodzin (18-stych nieustająco:). Zaczęłam od tego, że nie bardzo chce mi się gotować. Dobrym pomysłem byłaby w takim razie restauracja, niby oszczędzamy, bo budujemy dom, ale przecież taka okazja może się długo nie powtórzyć. Po obiedzie kino, nawet fajny film grają, na który chętnie bym poszła - Kongres według Lema (w rocznicę ślubu z braku lepszych propozycji poszliśmy na Star Trek). A na końcu mieliśmy wylądować u moich rodziców na torcie bezowym i odebrać Pannę Lulu. Plan doskonały... no dobra - na miarę dziewiątego miesiąca ciąży.
Siedząc na kanapie i myśląc zauważyłam w pewnym momencie, że skurcze stają się dość regularne. Skurcze przepowiadające (czyli silniejsze niż zwykłe Braxtona-Hicksa) pojawiły się kilka dni wcześniej i myślałam, że to już tuż tuż, ale jednak nic. Teraz jednak nie ustawały. Maciek wrócił z pracy i oczywiście chciał iść od razu na budowę, ale mu nie pozwoliłam. Uśpiliśmy Pannę Lulu koło 20 i zaczęliśmy liczyć czas między skurczami. Miałam obawy, że zaraz się skończą, ale pojawiały się co 5-6 minut. Plan zakładał, że w takim momencie dzwonimy po moich rodziców, żeby przyjechali do panienki, a my się zawijamy do szpitala.
Nie bałam się porodu, bałam się, że mnie odeślą, bo nie ma rozwarcia i w ogóle pewnie to jeszcze nie to. Ale tuż przed wyjściem z domu zaczęły mi się sączyć wody, więc już wiedziałam że to musi być poród.
W wybranej przeze mnie klinice przyjęli mnie, choć nie bez ociągania. Podobno to była dla nich rekordowa noc - siedem porodów. Dlatego też nie trafiłam do sali porodowej. W sali przedporodowej nie byłam jednak w stanie usiedzieć (dziewczyna, która spędziła tam już kilka godzin oglądała jakiś koszmarnie głupi film w TV) więc znów wylądowałam na korytarzu (jak przy porodzie Panna Lulu).
A miało być tak pięknie, miałam mieć do dyspozycji piłkę i worek i położną, która mi pomoże i rozluźni przy najgorszych skurczach i och i ach, a Maciek będzie mnie masował przez cały czas. Wyobrażałam sobie, że omówimy z położną plan porodu, miałam sporo pytań, na które miałam nadzieję uzyskać odpowiedzi. Dupa blada... Nie ma pani rozwarcie, nie ma miejsca na porodówce, tutaj nie mamy piłek. A jeszcze w dodatku Maciek poszedł spać.
Obudziłam go jak rozwarcie było na dwa palce, a skurcze rzucały na kolana. Przy pierwszym porodzie w takim właśnie momencie dołączył, Panna Lulu objawiła się godzinę później. Mini St. był szybszy. Z braku piłek i innych możliwości rozluźnienia wlazłam pod prysznic. Wlazłam i krzyknęłam, bo się zaczęły skurcze parte, rozwarcie na 3 palce. Wzbudziłam ogólną panikę. Od razu znalazło się miejsce na porodówce.Tym razem położna nie straszyła mnie, że zrobię krzywdę dziecku, tylko że pęknie mi szyjka (ten argument też do mnie przemówił, ale aż tak nie zestresował). Kazała mi sapać i jakoś mi się udało to opanować. Zresztą szybko doszło do pełnego rozwarcia i można było rodzić. Tym razem szło to trochę dłużej, nie w 2 tylko jakiś 5 skurczach partych. Byłam też bardziej świadoma tego co się dzieje, jak Mini St. się rodzi. W sumie trwało to jakieś 15-20 minut.
Potem oczywiście syn wylądował na moim brzuchu i można się było nacieszyć. Maciek przecinał pępowinę, ale dopiero wtedy kiedy przestała pulsować. Mieliśmy czas dla siebie, żeby się poznać, poobserwować. Mini St. nie był rozmowny, za to super się przyssał do piersi.
Urodził się po północy, w dzień moich urodzin. Więcej prezentów mi się nie należy:)    

sobota, 10 sierpnia 2013

Trzecie dziecko

Czasem mi się wydaje, że mamy trzecie dziecko. Jedno skacze, biega, wspina się tuż obok nas - Panna Lulu, drugie rośnie dzielnie w moim brzuchu... a trzecie za oknem. Dla tego trzeciego dziecka to ja jestem jakby ojcem, a Maciek matką - on jest bardziej zaangażowany. To trzecie dziecko to nasz nowy dom.
Udało nam się przebrnąć przez papiery, urzędy, projekty... nadeszła faza realizacji. W czerwcu wjechał ciężki sprzęt i zaczęło się dziać. Zazwyczaj dom budowany jest gdzieś daleko, ktoś to za przyszłych mieszkańców wszystko ogarnia, czasem się tam zagląda, ale bez przesady i jakoś to leci. U nas jest inaczej, dom powstaje tuż obok domku w którym mieszkamy, codziennie przyglądamy się postępom. Obserwujemy z Panną Lulu koparki, betoniarki, ciężarówki i robotników przy pracy (swoją drogą nie jest to dla tych panów zdaję się zbyt komfortowe, ale cóż).


Panna Lulu uwielbia teren budowy, kiedy nie ma tam już nikogo wspina się po schodach na fundamenty, pohukuje do rur odpływowych, szaleje w piachu, tapla się w błocie, wspina na drabiny. To jej ulubiony plac zabaw i w dodatku co chwila coś sie zmienia. Trochę trzeba jej pilnować, bo nie wszystko jest bezpieczne, ale na szczęście panienka jest ostrożna i można jej w wielu sprawach zaufać.
To Maciek tak naprawdę kieruje tą budową. Każdy etap powstaje dzięki zupełnie innej ekipie, najpierw trzeba ją znaleźć, obgadać szczegóły... a potem pilnować czy wszystko idzie zgodnie z planem. Często to ja szukam podwykonawców, rozsyłam prośby o wycenę. Maciek zamawia materiały, kontroluje przebieg prac i obmyśla szczegóły, bo technologia, na jaką się uparliśmy jest nietypowa i Maciek jest jednym z nielicznych osób, która się mniej więcej orientuje o co chodzi.
Chcieliśmy mieć dom jak najbardziej naturalny, zdrowy, ekologiczny i ekonomiczny. Betonowych fundamentów nie dało nam się obejść, trudno - jest beton. Ale dalej już bardziej naturalnie - konstrukcja drewniana (właśnie powstaje). Potem między dechy wejdą kostki słomy otynkowane na zewnątrz wapnem, a w środku gliną. Wyobraziłam sobie jaki będzie w takim domu panował mikroklimat i od razu się w nim zakochałam.
Podoba mi się, że mogę to wszystko obserwować i brać w tym udział, że często rozmawiamy o różnych rozwiązaniach (nawet jeżeli częsciej ja tylko słucham), że myślimy o szczegółach. Cieszę się, że wiele rzeczy obmyślamy sami, że uczestniczymy w tej budowie, dzięki temu ten dom będzie jeszcze bardziej nasz.
Pisałam już nie raz, że jestem optymistką. Optymistyczna wersja jest taka, że pod koniec roku wprowadzimy się na dół (dom będzie miał parter i poddasze użytkowe). Mamy niewielki budżet i jest nadzieja, że wystarczy nam na to, żeby wykończyć część domu tak, aby dało się tam mieszkać. Gabinet (na początku sypialnia), łazienka, pomieszczenie gospodarcze i duuuuuuży salon z aneksem kuchennym to i tak prawie trzy razy więcej przestrzeni niż to, co mamy teraz. Już nie mogę się doczekać:)

piątek, 5 lipca 2013

Nauka odpoczywania

Lubię ruch i zawsze mam coś do zrobienia. Lubię prace domowe: gotowanie, sprzątanie, pranie, nawet prasowanie od czasu do czasu. Lubię też zabawy z Panną Lulu, spacery, zwiedzanie, tańczenie. Uwielbiam wprost brać panienkę na ręce, przytulać, nosić, pokazywać.
Niestety od jakiegoś czasu brakuje mi na to wszystko sił. Robię się coraz cięższa, mniej sprawna, coraz szybciej się męczę. Mam świadomość, że muszę przystopować, a czesem po prostu nie potrafię - bo tyle jest jeszcze do zrobienia, bo trzeba podsadzić Pannę Lulu do umywalki, bo to, bo tamto. A potem myślę: stop nie wolno się tak forsować! Niby wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale mam wrażenie, że brzuch twardnieje mi zbyt często. Już nie wystarczy myśleć o Pannie Lulu, teraz trzeba myśleć o obojgu.
Kiedyś nie lubiłam, jak mnie ktoś wyręcza, teraz coraz częściej pozwalam sobie pomagać. Bardzo często przyjeżdżają do Panny Lulu babcie i dziadkowie i przejmują obowiązki. Dzięki temu mogę trochę posiedzieć, poleżeć... ugotować, posprzątać... ale i tak jest łatwiej. Mam ten komfort, że dziadkowie panienki są na miejscu, ciężko by było żyć w innym mieście.
Często pozwalam sobie na zasypianie podczas usypiania- czyli tak koło 20. Wiem, że może przez to tracę chwile z Maćkiem, ale on rozumie. Rozumie też, że musi mi pomóc w codziennych zmaganiach, dlatego myje, podnosi, przenosi, gania i ogarnia, choć Panna Lulu na niektóre rzeczy mu nie pozwala - mleko wieczorem musi przygotować mama, "tata sio".
Mimo pomocy często jesteśmy same. Kombinuję wtedy, żeby utrzymać panienkę w jednym miejscu (jest coraz bardziej odważna i często tracę ją z oczu), żeby trochę posiedzieć i przy okazji poodpoczywać. Upały dają się we znaki, ale jakoś sobie radzimy. Jutro wyjeżdżamy nad morze - ciekawe czy tam uda mi się odpocząć:)

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Domowe eko-kosmetyki

Już jakiś czas temu postanowiłam się pobawić w domowego chemika - kosmetyka. Kupiłam kilka składników przez internet, kilka w ekologicznym sklepie spożywczym i zabawa się rozpoczęła.
Wszystko przez to, że za dużo wiem, a raczej za dużo się w ostatnim czasie dowiaduję (bo mnie interesuje) o wszelkich składnikach, dodatkach i innej chemii. Bardziej z racji zainteresowań i planów na przyszłość interesuje mnie skład produktów spożywczych (a'propos, zdałam egzamin końcowy, jestem dietetykiem:), ale idąc za ciosem i o kosmetykach trochę poczytałam.
Zaczęło się oczywiście od Panny Lulu i jej problemamów z suchą skórą, potem przyjrzałam się sobie i stwierdziłam, że warto też coś zrobić z własną cerą, która od lat do najpiękniejszych nie należy. Od jakiegoś czasu staram się używać kosmetyków ekologicznych, ale przyszedł czas, że zapragnęłam zrobić coś sama.
W specjalistycznych sklepach internetowych można kupić w sensownych cenach naturalne składniki do domowej produkcji kosmetyków. Warto najpierw postudiować co jest dobre dla kogo - do jakiego typu skóry, na jakie problemy, do jakiego kosmetyku. Ja postawiłam na kremy i kupiłam na początek niewiele, taki zestaw podstwowy: olej ze słodkich migdałów (nawilżający, dobry dla małych dzieci), olej arganowy (przeciwzapalny, poprawia elastyczność skóry i nawilża), masło shea (nawilża, natłuszcza, odżywia, wygładza), glicerynę (nawilża), mocznik (nawilża) i emulgatory (niezbędne aby połączyć fazę wodną i olejową, tworzy emulsję). W domu miałam jeszcze oliwę z oliwek, olej kokosowy, olejki eteryczne i oczywiście wodę (najlepsza źródlana). Coś tam poczytałam, coś tam pokombinowałam i coś tam mi nawet wyszło. Robienie kremów nie jest szczególnie trudne - do wielkiego gara wstawia się 2 słoiki/szklanki/kubki do jednego wrzuca się wszystko co tłuste, do drugiego tzw. fazę wodną, a potem na zimno bardziej wrażliwe składniki. Oczywiście przepis sobie sama wymyśliłam, bo gotowce mi się nie podobały i ... nawet coś z tego wyszło... dało się tym posmarować.


Efekt był taki, że moja facjata co prawda ładniejsza sie nie zrobiła, ale Panna Lulu problemów z suchą skórą nie ma. Możliwe, że przeszły jej samoistnie, bo skóra dojrzała, ale przed rozpoczęciem smarowania miała jeszcze suche plamy na ciałku, a teraz już nie ma.
Nie poprzestałam na tym, wczoraj byłam na warsztacie na temat samodzielnej produkcji kosmetyków. Wyszłam zachwycona, trochę tej wiedzy miałam, ale mi się ugruntowało i dodało i były zajęcia praktyczne i ach i och. Nie lubię na swoim blogu promować firm, ale jak polskie i małe i sensowne, to mogę - warsztaty organizowała Ewa Sroka, która prowadzi firmę Skin Philosophy - polecam. Wiem czego nie używać, jak poprawić własne receptury (przydałoby się dokupić kilka składników), jak pielęgnować moją niedoskonałą cerę. Poza tym z warsztatu wyszłam z kremem, który może pomoże i całą masą przepisów do wypróbowania. W konsekwencji poróciwszy do domu umyłam zęby pastą Panny Lulu (ekologiczną) bo skład mojej mnie przeraził, zrobiłam sobie tonik z wody i octu jabłkowego, a dzisiaj rano ugotowałam wywar z orzechów piorących do mycia włosów, bo choć używam niby ekologicznego szamponu, to przecież może być jeszcze bardziej ekologicznie:)  

piątek, 12 kwietnia 2013

Rok z wegetarianizmem

Jakoś tak mniej więcej teraz mija rok jak nie jem mięsa. To było po świętach wielkanocnych rok temu, a ponieważ jak wiadomo święta to ruchome, więc data stała się nieuchwytna (trzeba było w Sylwestra rzucać mięsożerność). Przygotowywałam się do tego stopniowo, na początku nie myślałam o wegetarianizmie, tylko ograniczałam jedzenie mięsa, jakoś mi przestało smakować. Po urodzeniu Panny Lulu zaczęłam trochę inaczej gotować, bardziej zdrowo, więcej warzyw, produkty pełnoziarniste, o rezygnacji z gotowców nie wspominając. To była chyba naturalna kolej rzeczy, chociaż kiedyś byłam bardzo mięsożerna. Zwłaszcza, że czytałam coraz więcej o jedzeniu, o tym jak jest przetwarzane, jak uprawiane i hodowane.
Tak, nie odpowiada mi w jaki sposób traktowane są zwierzęta hodowlane i jak są zabijane. Nie godzę sie na sprawianie im cierpienia. Wiem, że mój sprzeciw to kropla w morzu, ale nie zamierzam się do tego przyczyniać. Panna Lulu dostaje mięso, ale najczęściej jest to mięso ekologiczne, od zwierząt, które przez swoje krótkie życie były szczęśliwe, oglądały słońce, skubały trawę.
Nie odpowiada mi również to, czym zwierzęta hodowlane są żywione, nie chciałam zjadać hormonów, antybiotyków i różnorodnych toksyn zawartych w mięsie, a w szczególności w tłuszczu. I to tylko w mięsie, w wędlinach jest tego dużo więcej.  Żeby zakonserwować wędliny dodaje się konserwanty - azotany (słynna saletra, używana nawet w produkcji dmomowej), które są rakotwórcze. Producenci stwierdzili, że lepsze to niż jad kiełbasiany - pewnie mają trochę racji, nie zabija tak szybko. Dodają też wiele innych rzeczy, pal sześć jeżeli jest to skrobia albo białko sojowe, ale chemii bywa w wędlinach naprawdę sporo. Jak słyszę, że powinnam dawać Pannie Lulu codziennie rano szyneczkę na śniadanie, to mi skóra cierpnie.
Cały czas jem ryby, postanowiłam rozstać się z nimi dopiero po rozpoczęciu rozszerzania diety drugiemu potomkowi. Dla ciężarnych trudno znaleźć alternatywę źródła dużej ilości kwasów omega-3, bo nie powinny one jeść oleju lnianego (również bogatego w te kwasy). Z rybami w ogóle jest sporo problemów bo część z nich może być skażona związkami rtęci, cześć (zwłaszcza te bałtyckie, np. śledzie) dioksynami, a hodowlane są traktowane i karmione jak reszta i choć są to organizmy niższego rzędu nie bardzo mi to odpowiada. Inną kwestią jest zbytnia eksploatacja łowisk. Chciałabym, żeby moje wnuki mogły sobie iść nad morzem na rybkę.     
Nie zamierzam rezygnować z jajek. Kupuję wyłącznie jajka ekologiczne, więc nie mam z tym problemu. Gorzej jest z nabiałem, nie podoba mi się w jaki sposób są traktowane zwierzęta, ale nie wymyśliłam dotąd alternatywy. Jak tylko stopnieje śnieg (u nas jeszcze sporo leży na trawniku) zaczniemy brać mleko ze wsi, ale to i tak nie pokryje naszych wszystkich potrzeb. Poza tym podczas kupowania nabiału trzeba dokładnie czytać skład. Ostatnio nawet w ekologicznym jogurcie znalazłam żelatynę wieprzową - skandal! Ogólna zasada - im krótszy skład tym lepiej. Na szczęście mam już wypróbowane produkty, więc nie stoję godzinami przy lodówkach w sklepach (można się od tego przeziębić).
Mam wrażenie, że dzięki temu, że nie jem mięsa czuję się lepiej. Nie jestem ociążała, po posiłku nie chce mi się spać, mam znacznie lepszą przemianę materii, więcej energii, błyszczące włosy, nieco lepszą cerę. Maćkowi też taki sposób odżywiania odpowiada. Na początku zaproponowałąm mu, że będę od czasu do czasu robiła dwie wersje obiadu, ale odmówił. Czasem oczywiście je mięso - na proszonych obiadach, kolacjach, czy w restauracjach, ale często po tym narzeka.
Poza tym to naprawdę przyjemne trwać w swoich przekonaniach:)

czwartek, 28 marca 2013

Wiosna?

Ja wiem, że nie jestem oryginalna, wiem, że wszyscy narzekają i marudzą, że to wszystko nie tak powinno być. Wiem też, że jest pięknie, biało, czysto, słońce świeci, idealna pogoda... styczniowa.
W ogóle ta zima zalazła mi za skórę, nie wiem co mi strzeliło do głowy, żeby pierwszy trymestr ustawić sobie właśnie w zimę... i to już drugi raz. Na początku potrafiłam siedzieć w wełnianym swetrze, przy kominku rozpalonym do czerwoności i trząść się z zimna. Teraz już jest lepiej, ale i tak marznę. Maciek patrzy na mnie jak na wariatkę, 22 stopnie w domu to dla mnie mróz. Pilnuję tylko żeby nie przegrzewać Panny Lulu, choć ostatnio budzi się w nocy i śmiem twierdzić, że z zimna, bo zasypia dopiero kiedy ląduje przytulona do mnie.
Marzy mi się wiosna, wiem, że tak samo jak większości naszego społeczeństwa. Zwłaszcza, że Wielkanoc tuż tuż, a to jest przecież święto przebudzenia się do życia (przynajmniej tak to sobie tłumaczymy w klimacie umiarkowanym). Nie mogę się doczekać aż puszczę dziecię moje pełne energii na zieloną trawkę, niech sobie biega. Na razie kisimy się w domu. oczywiście wychodzimy na tą piękną białą zimę, oddychamy świeżym mroźnym powietrzem, ale ileż można marznąć. Panna Lulu nawet coraz częściej na własnych nóżkach, bo śnieg ubity, czasem jakieś "bam" zaliczy bo ślisko, ale bałwany są i "kaki" ze sniegu lepić można... ale ileż można?
A jak sobie pomyślę, o tych roztopach, o tym błocie, o deszczu i szarości - burości przedwiośnia tak zwanego, to mi się robi słabo.
Mimo wszystko: Wesołych Świat:)





Takie zdjecie świateczno - wiosenne (sprzed dwóch lat), żeby wywołać wilka z lasu. 

czwartek, 13 grudnia 2012

Blogowy leń przedświąteczny

No jakoś mi się nie chce, wena poszła na zakupy... ale piekę pierniczki - ekologiczne rzecz jasna:) mało słodkie i bardzo korzenne (bo sama przyprawiałam) i oczywiście z mąki razowej i ekologicznej.
Prezenty prawie kupione, albo zrobione, tylko mi jeden sklep internetowy zalazł za skórę twierdząc, że przez dwa tygodnie to oni nie mogą zrealizować zamówienia... obrażam się... oczywiście dodzwonić też się do nich nie da i chyba anuluję i pójdę do sklepu tradycyjnego... a tego nie lubię przed Świętami, bo tłum.
Na swoje usprawiedliwienie mam też to, że pisałam referat na zajęcia z chemii żywności.
A Panna Lulu tupta, po śniegu też tupta, na sankach jeździ i zęby kolejne też jej tuptają.