Byłam już za stara, kiedy pojawił się Harry Potter. Choć uwielbiam fantasy, to jednak była książka dla dzieci. Przebrnęłam przez trzy tomy, bo ikony pop kultury trzeba chociaż kojarzyć. Żeby mieć z tego jakąś korzyść, czytałam po angielsku. Resztę książek serii sobie darowałam bo rozrosły się do ogromnych rozmiarów... i już mi się znudziły.
Mamy z Panną Lulu i ze Stachem taki rytuał, że codziennie wieczorem im czytam. Wiele książek mamy już za sobą. Są też takie, do których dzieci lubią wracać. No i po przeczytaniu trzeci raz z rzędu "Dzieci z Bullerbyn" stwierdziłam, że czas na Harrego.
Stachu na razie nie jest fanem, woli książki o dinozaurach. Swoją drogą niesamowite, słucha tych encyklopedycznych danych, w kółko to samo i zupełnie mu się nie nudzi. Może dlatego dobrze zasypia :)
Ale Panna Lulu wsiąkła... ja też. Jak tylko mamy wolną chwilę to czytamy (o ile nam Stach i Kwiatek pozwolą). Bardzo mi się podoba, że panienka analizuje treść i zastanawia się nad możliwymi zakończeniami.
Jak skończymy książkę, oglądamy film i sprawdzamy, co powycinali. Rzeczywiście sporo się od siebie różnią, książki są o wiele bogatsze. Panna Lulu też to zauważa, odkrywa prawa rządzące światem filmu.
Muszę przyznać, że mnie też to sprawia niesamowitą frajdę. Zwłaszcza, że zaczęłyśmy czytać książki, których nie znam, a fabuła jest mocno wciągająca.
Panna Lulu ostatnio postanowiła sama napisać książkę o Harrym Potterze. Jest już tytuł " Harry Potter i królewna". Tak to jest, jak się jeszcze nie wyrosło z księżniczek, wróżek i koloru różowego, a już się zaczyna wchodzić do świata czarodziejów...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lulu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lulu. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 5 marca 2019
sobota, 23 lutego 2019
Dalszy ciąg
Patrzę wstecz i łezka mi się kręci w oku i klnę siebie, że przestałam pisać, że tyle mi umknęło.
Panna Lulu poszła w zeszłym roku do szkoły... tak tak, niesamowite przeżycie. Jakbym to ja szła pierwszy raz. Maciek też był przejęty i babcie i dziadkowie... i ona sama oczywiście też. Jej szkoła jest mała i bardzo fajna. Ma 14 dzieciaków w klasie i super fajną wychowawczynię. Ma takie samo imię jak ja (w tym pokoleniu to standard) i ma o rok młodszą córkę w tym samym przedszkolu, więc siłą rzeczy się znamy.
I co najważniejsze Panna Lulu szkołę lubi, bo przedszkola raczej nie lubiła. I rano nie ma scen (chyba że robi je Stachu). I... jeszcze o niej napiszę :)
A Stachu cały czas w przedszkolu, ale już gada oczywiście, choć robi czasem jakieś fajowe błędy, które warto zapisać, bo umkną. A ja kretynka nie zapisuję, bo uważam, że mam za dużo rzeczy na głowie. Ale teraz będę.
Stach jest niesamowicie sprawnym chłopcem (a może po prostu zwyczajnym, nie mam porównania). Chciałam z nim chodzić na capoeirę, ale był trochę za mały i miał problem ze skupieniem się. Ale teraz zaczął trenować piłkę nożną i jest zachwycony. Maciek też jest zachwycony, bo chodzi z nim i obserwuje go podczas treningów. I... jeszcze o nim napiszę.
A Kwiatek rośnie, zaczyna gadać, biega, skacze i jest urocza. I tak sobie myślimy, że super że jest... bo trochę prze przypadek. Cudownie sobie to wszystko przypominać, te same okresy z Panną Lulu i Stachem. Choć niektóre rzeczy się zamazują... nakładają... I... jeszcze o niej napiszę.
Wspomniałam mamie, że wracam do pisania bloga.
- To było bardzo fajne, szkoda, że to zarzuciłaś - powiedziała.
- To nie mogłaś mnie ofukać i kazać pisać?
- No co ty, dopiero co urodziłaś trzecie dziecko...
Trzecie dziecko - ma jednak siłę rażenia :)
Panna Lulu poszła w zeszłym roku do szkoły... tak tak, niesamowite przeżycie. Jakbym to ja szła pierwszy raz. Maciek też był przejęty i babcie i dziadkowie... i ona sama oczywiście też. Jej szkoła jest mała i bardzo fajna. Ma 14 dzieciaków w klasie i super fajną wychowawczynię. Ma takie samo imię jak ja (w tym pokoleniu to standard) i ma o rok młodszą córkę w tym samym przedszkolu, więc siłą rzeczy się znamy.
I co najważniejsze Panna Lulu szkołę lubi, bo przedszkola raczej nie lubiła. I rano nie ma scen (chyba że robi je Stachu). I... jeszcze o niej napiszę :)
A Stachu cały czas w przedszkolu, ale już gada oczywiście, choć robi czasem jakieś fajowe błędy, które warto zapisać, bo umkną. A ja kretynka nie zapisuję, bo uważam, że mam za dużo rzeczy na głowie. Ale teraz będę.
Stach jest niesamowicie sprawnym chłopcem (a może po prostu zwyczajnym, nie mam porównania). Chciałam z nim chodzić na capoeirę, ale był trochę za mały i miał problem ze skupieniem się. Ale teraz zaczął trenować piłkę nożną i jest zachwycony. Maciek też jest zachwycony, bo chodzi z nim i obserwuje go podczas treningów. I... jeszcze o nim napiszę.
A Kwiatek rośnie, zaczyna gadać, biega, skacze i jest urocza. I tak sobie myślimy, że super że jest... bo trochę prze przypadek. Cudownie sobie to wszystko przypominać, te same okresy z Panną Lulu i Stachem. Choć niektóre rzeczy się zamazują... nakładają... I... jeszcze o niej napiszę.
- To było bardzo fajne, szkoda, że to zarzuciłaś - powiedziała.
- To nie mogłaś mnie ofukać i kazać pisać?
- No co ty, dopiero co urodziłaś trzecie dziecko...
Trzecie dziecko - ma jednak siłę rażenia :)
wtorek, 14 marca 2017
W kwestii imion
Mam na imię Magda... w moim pokoleniu było to bardzo popularne imię... chyba już o tym pisałam. W skrócie - przeszkadzało mi to, że moje imię ani trochę nie jest oryginalne (choć właściwie jest, bo nie jestem Magdalena, ale Magda, ale kto na to zwraca uwagę?). Maciek ma na imię Maciek - również popularne w tamtych czasach.
Nadając dzieciom imiona mieliśmy więc potrzebę wybrać coś poniżej pierwszej dwudziestki najpopularniejszych. Oprócz tego w każdym przypadku kierowaliśmy się jakimś kluczem i tak:
Panna Lulu nazywa się ŁUCJA, bo w dzieciństwie uwielbiałam książki o Narnii, a Łucja - jedna z bohaterek, była moją ulubioną. Wspomnę tylko, że Panna Lulu również ją polubiła oglądając niedawno nakręcone filmy z tej serii.
Stach nazywa się STANISŁAW z kilku powodów. Maciek miał fajnego kolegę, o bardzo jak na swoje czasy oryginalnym imieniu - Staś. Poza tym w okresie Stachowej ciąży zaczytywaliśmy się Lemem. Teraz imię Stanisław robi się coraz bardziej popularne... niestety.
A Kwiatek ma na imię FLORA i z tym wiąże się najdłuższa historia:) Pojechaliśmy sobie bowiem na romantyczny wypad do Budapesztu. Tylko we dwoje, dzieci zostały z dziadkami. Należało nam się po tylu latach. Zwiedzanie, wino, czas tylko dla siebie... Wynajęliśmy mieszkanie w samym centrum, w zabytkowej kamienicy. Dziewczyna, która nas do tego mieszkania zaprowadziła miała na imię Flora. Zażartowałam, że jeśli będzie dziewczynka damy jej na imię Flora... i stało się... choć nie planowaliśmy:)
Nadając dzieciom imiona mieliśmy więc potrzebę wybrać coś poniżej pierwszej dwudziestki najpopularniejszych. Oprócz tego w każdym przypadku kierowaliśmy się jakimś kluczem i tak:
Panna Lulu nazywa się ŁUCJA, bo w dzieciństwie uwielbiałam książki o Narnii, a Łucja - jedna z bohaterek, była moją ulubioną. Wspomnę tylko, że Panna Lulu również ją polubiła oglądając niedawno nakręcone filmy z tej serii.
Stach nazywa się STANISŁAW z kilku powodów. Maciek miał fajnego kolegę, o bardzo jak na swoje czasy oryginalnym imieniu - Staś. Poza tym w okresie Stachowej ciąży zaczytywaliśmy się Lemem. Teraz imię Stanisław robi się coraz bardziej popularne... niestety.
A Kwiatek ma na imię FLORA i z tym wiąże się najdłuższa historia:) Pojechaliśmy sobie bowiem na romantyczny wypad do Budapesztu. Tylko we dwoje, dzieci zostały z dziadkami. Należało nam się po tylu latach. Zwiedzanie, wino, czas tylko dla siebie... Wynajęliśmy mieszkanie w samym centrum, w zabytkowej kamienicy. Dziewczyna, która nas do tego mieszkania zaprowadziła miała na imię Flora. Zażartowałam, że jeśli będzie dziewczynka damy jej na imię Flora... i stało się... choć nie planowaliśmy:)
poniedziałek, 12 grudnia 2016
Wywoływanie porodu, czyli świąteczne porządki czas zacząć
Skończyłyśmy właśnie 37 tydzień ciąży, czyli czas przestać się ze sobą cackać :) Chciałabym urodzić przed świętami, żeby się nie stresować i na luzie spędzić Boże Narodzenie z rodziną... mam wizję akcji porodowej przy stole wigilijnym... wolałabym tego uniknąć.
Jest jeszcze jeden argument - mam już dosyć. Po ciąży ze Stachem czułam niedosyt... teraz daleko mi do takiego odczucia... ta ciąża dała mi jednak w kość.
Co prawda mój ulubiony pan doktor (moje 3 ciąże prowadziło w sumie 5 lekarzy, więc wiem co mówię) twierdzi, że są milsze sposoby wywoływania porodu niż sprzątanie, ale przecież jedno nie wyklucza drugiego :)
Do tej pory nie byłam za bardzo aktywna, oszczędzałam się. Teraz dostałam zastrzyk mocy... i już mnie tak nie boli... i już się tak nie męczę... i mi się chce. A akurat dobrze się składa, bo czas na sprzątanie. Dom zapuszczony, a gniazdo trzeba przecież wić. Dzisiaj na tapecie mycie okien (obliczyłam że umyłam jakieś 32 m2 szyb), konserwacja powierzchni płaskich, pranie, prasowanie, zakupy, gotowanie... no i jeszcze trzeba domek z piernika upiec, bo wczoraj nie zdążyliśmy wykonać zadania z kalendarza adwentowego. Ciekawe co będzie dzisiaj? (oczywiście ja pisałam zadania, ale nie pamiętam).
A Panna Lulu wczoraj wymyśliła super coś (nie wiem jak to nazwać). Bawiła się ze Stachem w potwory i stwierdziła: "kiedy potwór zaczyna płakać, zamienia się w dziecko". Jakież to romantyczne i jaki ma potencjał fabularny.
Ja oczywiście od razu spłyciłam, choć ugryzłam się w język i nie powiedziałam tego głośno, że "kiedy dzieci zaczynają płakać, zamieniają się w potwory".
Jest jeszcze jeden argument - mam już dosyć. Po ciąży ze Stachem czułam niedosyt... teraz daleko mi do takiego odczucia... ta ciąża dała mi jednak w kość.
Co prawda mój ulubiony pan doktor (moje 3 ciąże prowadziło w sumie 5 lekarzy, więc wiem co mówię) twierdzi, że są milsze sposoby wywoływania porodu niż sprzątanie, ale przecież jedno nie wyklucza drugiego :)
Do tej pory nie byłam za bardzo aktywna, oszczędzałam się. Teraz dostałam zastrzyk mocy... i już mnie tak nie boli... i już się tak nie męczę... i mi się chce. A akurat dobrze się składa, bo czas na sprzątanie. Dom zapuszczony, a gniazdo trzeba przecież wić. Dzisiaj na tapecie mycie okien (obliczyłam że umyłam jakieś 32 m2 szyb), konserwacja powierzchni płaskich, pranie, prasowanie, zakupy, gotowanie... no i jeszcze trzeba domek z piernika upiec, bo wczoraj nie zdążyliśmy wykonać zadania z kalendarza adwentowego. Ciekawe co będzie dzisiaj? (oczywiście ja pisałam zadania, ale nie pamiętam).
A Panna Lulu wczoraj wymyśliła super coś (nie wiem jak to nazwać). Bawiła się ze Stachem w potwory i stwierdziła: "kiedy potwór zaczyna płakać, zamienia się w dziecko". Jakież to romantyczne i jaki ma potencjał fabularny.
Ja oczywiście od razu spłyciłam, choć ugryzłam się w język i nie powiedziałam tego głośno, że "kiedy dzieci zaczynają płakać, zamieniają się w potwory".
czwartek, 1 grudnia 2016
Lulusiowe gadu-gadu
Nazbierało się ostatnio śmiesznych tekstów panienki, więc spisuję dla potomności.
Panienka lubi rywalizować, we wszystkim musi być lepsza i pierwsza, jak nie wychodzi, to ryk... Najczęściej ofiarą jest Stachu, który ma niewielkie szanse z nią wygrać. Ostatnio przeszła samą siebie:
- Kto pierwszy dorośnie, ten wygrywa!
Od jakiegoś czasu Panna Lulu ma potrzebę deklarowania mi uczuć i częstego przytulania, co prawdopodobnie ma związek ze zbliżającym się pojawieniem siostry (wcześniej to Stach był przylepa). Rzadko się zdarza, że pozwala się uśpić tacie, ale czasem się udaje. Tata czyta, panienka mu przerywa, ja słyszę wszystko z naszej sypialni:
- Ja najbardziej na świecie kocham mamę...
Mnie łezka się kręci w oku.
- ...tak bardzo jak mojego misia.
Rozmawiamy o prezentach pod choinkę. Panna Lulu deklaruje, że chce wielki różowy zamek, co nam się zupełnie nie podoba. Tata argumentuje:
- Ten zamek Lusiu jest bardzo drogi.
Na co panienka rezolutnie odpowiada:
- Ale ja nie chcę go przecież kupować, tylko poprosić o niego Mikołaja.
Panienka lubi rywalizować, we wszystkim musi być lepsza i pierwsza, jak nie wychodzi, to ryk... Najczęściej ofiarą jest Stachu, który ma niewielkie szanse z nią wygrać. Ostatnio przeszła samą siebie:
- Kto pierwszy dorośnie, ten wygrywa!
Od jakiegoś czasu Panna Lulu ma potrzebę deklarowania mi uczuć i częstego przytulania, co prawdopodobnie ma związek ze zbliżającym się pojawieniem siostry (wcześniej to Stach był przylepa). Rzadko się zdarza, że pozwala się uśpić tacie, ale czasem się udaje. Tata czyta, panienka mu przerywa, ja słyszę wszystko z naszej sypialni:
- Ja najbardziej na świecie kocham mamę...
Mnie łezka się kręci w oku.
- ...tak bardzo jak mojego misia.
Rozmawiamy o prezentach pod choinkę. Panna Lulu deklaruje, że chce wielki różowy zamek, co nam się zupełnie nie podoba. Tata argumentuje:
- Ten zamek Lusiu jest bardzo drogi.
Na co panienka rezolutnie odpowiada:
- Ale ja nie chcę go przecież kupować, tylko poprosić o niego Mikołaja.
wtorek, 6 września 2016
Dzidzi tu?
Stach pokazuje na mój brzuch - dzidzi tu?
- Tak kochanie, dzidzi tu.
- Tata ma?
- Nie tata nie ma dzidziusia w brzuchu.
- Tidi ma?
- Nie, Tidi też nie ma, tylko mama ma.
Potem głaszcze brzuch i całuje. Panna Lulu też się cieszy, a jak się dowiedziała, że będzie siostra, to jej się tak oczy świeciły i uśmiech szeroki wychynął na twarz, że chyba jej jeszcze takiej szczęśliwej nie widziałam (był półmrok w pracowni USG, więc może stąd te doznania).
Tak więc wszem i wobec ogłaszam, że będziemy mieć kolejne maleństwo - dziewoję numer dwa. Bo zawsze chcieliśmy mieć trójkę... sami jesteśmy jedynakami i wydaje nam się, że to najfajniejszy układ kiedy się ma dwójkę rodzeństwa. Imienia jeszcze nie wybraliśmy... myślimy... cała rodzina myśli.
Trzecia ciąża nie jest tak uciążliwa jak druga (obyło się np. bez wymiotów), ale to z powodu przerwy - ponad 3 lata, więc miałam czas się zregenerować. Ale mam przeświadczenie, że wszystko płynie i już nie jestem taka młoda... więc jest chyba trudniej niż w ciąży z panienką. Na szczęście wszystkie badania w normie, bo już mi przysługują genetyczne, więc wiem.
Ale największą uciążliwością są wyrzuty sumienia, bo mała jest mięsożerna i nie ma, że boli matka musiała wrócić do dawnych nawyków. A ponieważ nie jadłam mięsa ze względów etycznych, to mnie trochę boli... czego się nie robi dla dzieci.
A tak się oto potomkini prezentuje :)
- Tak kochanie, dzidzi tu.
- Tata ma?
- Nie tata nie ma dzidziusia w brzuchu.
- Tidi ma?
- Nie, Tidi też nie ma, tylko mama ma.
Potem głaszcze brzuch i całuje. Panna Lulu też się cieszy, a jak się dowiedziała, że będzie siostra, to jej się tak oczy świeciły i uśmiech szeroki wychynął na twarz, że chyba jej jeszcze takiej szczęśliwej nie widziałam (był półmrok w pracowni USG, więc może stąd te doznania).
Tak więc wszem i wobec ogłaszam, że będziemy mieć kolejne maleństwo - dziewoję numer dwa. Bo zawsze chcieliśmy mieć trójkę... sami jesteśmy jedynakami i wydaje nam się, że to najfajniejszy układ kiedy się ma dwójkę rodzeństwa. Imienia jeszcze nie wybraliśmy... myślimy... cała rodzina myśli.
Trzecia ciąża nie jest tak uciążliwa jak druga (obyło się np. bez wymiotów), ale to z powodu przerwy - ponad 3 lata, więc miałam czas się zregenerować. Ale mam przeświadczenie, że wszystko płynie i już nie jestem taka młoda... więc jest chyba trudniej niż w ciąży z panienką. Na szczęście wszystkie badania w normie, bo już mi przysługują genetyczne, więc wiem.
Ale największą uciążliwością są wyrzuty sumienia, bo mała jest mięsożerna i nie ma, że boli matka musiała wrócić do dawnych nawyków. A ponieważ nie jadłam mięsa ze względów etycznych, to mnie trochę boli... czego się nie robi dla dzieci.
A tak się oto potomkini prezentuje :)
sobota, 3 września 2016
Mama sama w domu
Przyszedł ten czas, kiedy dzieci w przedszkolu, Maciek w pracy, a dom pusty, tylko matka... cieszy się samotnością. Bo się cieszy, zwłaszcza, że towarzystwo zadowolone z takiego obrotu sprawy, a matka ma mnóstwo pomysłów, co z mniej lub bardziej wolnym czasem (bo w końcu też trochę pracuje) zrobić (do pisania bloga wrócić na przykład).
Stach pierwsze dni w przedszkolu przetrwał, nie było alarmów i wcześniejszego odbierania, jak w przypadku Panny Lulu. Ale i miejsce było dużo bardziej oswojone, bo często razem panienką zawoziliśmy i odbieraliśmy. Poza tym byliśmy tam kilka razy w sierpniu razem podczas programu adaptacyjnego. Z tym programem to było tak, że pierwszego dnia byliśmy sami (bez Panny Lulu) i było ciężko, to znaczy Stach nie odstępował mnie o krok. Następnego dnia, już z panienką, matka mogłaby nie istnieć - poszli szaleć z innymi dziećmi.
Panna Lulu jest super siostrą, bardzo opiekuńczą i prócz drobnych konfliktów trzymają się mocno razem broniąc na każdym kroku. Kiedy zgarnialiśmy panienkę z dwudniowego pobytu u babci, to Stach stał się głównym odbiorcą prezentów, laurek i relacji... za mamą się mniej stęskniła. I szczerze mówiąc podoba mi się to i dobrze mi z tym, bo chcę, żeby dzieciaki miały fajne relacje... w końcu mają przed sobą więcej życia niż my i ważne, żeby miały w tym życiu odpowiednie wsparcie.
A wcześniej były wakacje...
Najpierw, jeszcze przed sezonem - Chorwacja, w której się zakochałam i stały punkt programu, czyli Panna Lulu ucieka. Uciekać zaczęła już dwa lata temu, więc mamy to jako tako opracowane. W tym roku było jednak lepiej, bo udało nam się dogadać. Po kilku pierwszych ucieczkach i spięciach ustaliliśmy, że panienka się melduje gdzie chce iść, a my jej na to pozwalamy. I pozwalaliśmy, a dziecko uczyło się samodzielności i orientacji w przestrzeni. Na szczęście nie zwiała nigdy poza teren campingu:)
W sezonie pojechaliśmy nad morze nasze polskie i... no cóż, ty pogoda nigdy nie jest gwarantowana... chyba, że się jedzie z Maćkiem, wtedy na pewno będzie padać. Na plaży było co prawda kiepsko, ale robiliśmy długie wycieczki piesze i okazało się, że można przejść kilka kilometrów bez wieszania się na mamie, tacie, babci, czy dziadku (co prawda kiedy dojechał do nas Maciek, Stach kilka razy wykorzystał ojcowskie ramiona). Więc ogólnie luz, blues i taplanie się w kałużach.
A w następnym poście będzie niespodzianka... no bo przecież nie wszystko na raz. I wracam do pisania bloga, więc następny post niedługo - obiecuję:)
Stach pierwsze dni w przedszkolu przetrwał, nie było alarmów i wcześniejszego odbierania, jak w przypadku Panny Lulu. Ale i miejsce było dużo bardziej oswojone, bo często razem panienką zawoziliśmy i odbieraliśmy. Poza tym byliśmy tam kilka razy w sierpniu razem podczas programu adaptacyjnego. Z tym programem to było tak, że pierwszego dnia byliśmy sami (bez Panny Lulu) i było ciężko, to znaczy Stach nie odstępował mnie o krok. Następnego dnia, już z panienką, matka mogłaby nie istnieć - poszli szaleć z innymi dziećmi.
Panna Lulu jest super siostrą, bardzo opiekuńczą i prócz drobnych konfliktów trzymają się mocno razem broniąc na każdym kroku. Kiedy zgarnialiśmy panienkę z dwudniowego pobytu u babci, to Stach stał się głównym odbiorcą prezentów, laurek i relacji... za mamą się mniej stęskniła. I szczerze mówiąc podoba mi się to i dobrze mi z tym, bo chcę, żeby dzieciaki miały fajne relacje... w końcu mają przed sobą więcej życia niż my i ważne, żeby miały w tym życiu odpowiednie wsparcie.
A wcześniej były wakacje...
Najpierw, jeszcze przed sezonem - Chorwacja, w której się zakochałam i stały punkt programu, czyli Panna Lulu ucieka. Uciekać zaczęła już dwa lata temu, więc mamy to jako tako opracowane. W tym roku było jednak lepiej, bo udało nam się dogadać. Po kilku pierwszych ucieczkach i spięciach ustaliliśmy, że panienka się melduje gdzie chce iść, a my jej na to pozwalamy. I pozwalaliśmy, a dziecko uczyło się samodzielności i orientacji w przestrzeni. Na szczęście nie zwiała nigdy poza teren campingu:)
W sezonie pojechaliśmy nad morze nasze polskie i... no cóż, ty pogoda nigdy nie jest gwarantowana... chyba, że się jedzie z Maćkiem, wtedy na pewno będzie padać. Na plaży było co prawda kiepsko, ale robiliśmy długie wycieczki piesze i okazało się, że można przejść kilka kilometrów bez wieszania się na mamie, tacie, babci, czy dziadku (co prawda kiedy dojechał do nas Maciek, Stach kilka razy wykorzystał ojcowskie ramiona). Więc ogólnie luz, blues i taplanie się w kałużach.
A w następnym poście będzie niespodzianka... no bo przecież nie wszystko na raz. I wracam do pisania bloga, więc następny post niedługo - obiecuję:)
piątek, 1 kwietnia 2016
Sie długo nie pisało
Się matka leniła i nie pisała i choć przeglądała blog wstecz i się rozczuliła i obiecała pisać dalej to i tak nie pisała... bo leń.
A dzieci rosną, dorośleją, charakternieją. Stach do przedszkola został zgłoszony i jest kandydatem i nie wiem jak ja go we wrześniu oddam, choć już bym go oddała. Szaleje Stach bowiem, ale bez przytulania matki się nie obejdzie, a ostatnio nawet wrócił do awantur jak wychodzę do pracy. A gadać mu się nie chce, to znaczy chce ale niezbyt precyzyjnie. Tu, tam, tak, nie, choć ostatnio doszło kak (kask) i kij, ale o sobie mówi: glie. Dobrze mu za to wychodzi wydawanie poleceń.
Panna Lulu uczyła się w tym roku jeździć na nartach i szło jej naprawdę nieźle... moja córeczka. Było co prawda kilka awanturek na stoku, ale skręca sama i na krzesełku wjeżdżała i ach i och.
A ostatnio toczymy boje, bo się panienka nauczyła mówić" nie chce mi się" i "jestem zmęczona". Nawet się przestraszyłam,że jakieś niedobory ma, anemie, albo co innego (ot takie zboczenie zawodowe), ale wyszło, że jednak maniera, bo czasem się chce i zmęczenie szybko ulatuje.
A jak nie pisałam, to sobie w głowie planowałam co mam pisać... ale mi się nie chciało. A jak sobie planowałam, to miałam jeszcze napisać o Kei - nowym psie sąsiadów, czyli wujków. Bo pojawił się pies z rodzaju szczeniąt dużych, radosnych i skaczących. Jest cudowna, ale trochę straszna... dla dzieci. Na początku było trochę stresu, trochę nieśmiałości, ale powoli stosunki się normują i Stach nawet ciągnie do "hau hau" ale oczywiście u mamy na rękach:)
A dzieci rosną, dorośleją, charakternieją. Stach do przedszkola został zgłoszony i jest kandydatem i nie wiem jak ja go we wrześniu oddam, choć już bym go oddała. Szaleje Stach bowiem, ale bez przytulania matki się nie obejdzie, a ostatnio nawet wrócił do awantur jak wychodzę do pracy. A gadać mu się nie chce, to znaczy chce ale niezbyt precyzyjnie. Tu, tam, tak, nie, choć ostatnio doszło kak (kask) i kij, ale o sobie mówi: glie. Dobrze mu za to wychodzi wydawanie poleceń.
Panna Lulu uczyła się w tym roku jeździć na nartach i szło jej naprawdę nieźle... moja córeczka. Było co prawda kilka awanturek na stoku, ale skręca sama i na krzesełku wjeżdżała i ach i och.
A ostatnio toczymy boje, bo się panienka nauczyła mówić" nie chce mi się" i "jestem zmęczona". Nawet się przestraszyłam,że jakieś niedobory ma, anemie, albo co innego (ot takie zboczenie zawodowe), ale wyszło, że jednak maniera, bo czasem się chce i zmęczenie szybko ulatuje.
A jak nie pisałam, to sobie w głowie planowałam co mam pisać... ale mi się nie chciało. A jak sobie planowałam, to miałam jeszcze napisać o Kei - nowym psie sąsiadów, czyli wujków. Bo pojawił się pies z rodzaju szczeniąt dużych, radosnych i skaczących. Jest cudowna, ale trochę straszna... dla dzieci. Na początku było trochę stresu, trochę nieśmiałości, ale powoli stosunki się normują i Stach nawet ciągnie do "hau hau" ale oczywiście u mamy na rękach:)
wtorek, 29 grudnia 2015
Bunty i decyzje
Długo nie pisałam, a dużo się działo. Panna Lulu zaliczyła mega bunt
przedszkolny, który doprowadził nas do nowego przedszkola - prywatnego i
demokratycznego. Siedziałyśmy tam przez dwa dni razem i pierwszego dnia
było fajnie (choć zimno), a drugiego już mniej i w związku z tym
trzeciego próbnego dnia już nie było.
Wymyśliłam przedszkole demokratyczne, bo zastanawiałam się nad szkołą demokratyczną w perspektywie, ale w praktyce nie było tak fajnie jak mi się wydawało (a poza tym zimno), więc pewnie zrezygnujemy z tego pomysłu. Panna Lulu już drugiego dnia nie chciała tam iść, więc stwierdziłam, że nie ma co kombinować na siłę i wozić dziecko przez pół miasta i jeszcze płacić, jak i tak jej się nie podoba. W ogóle musimy przemyśleć kwestię szkoły podstawowej, ale mamy jeszcze na to czas... zdaję się , że nawet więcej niż planowaliśmy.
W każdym razie po tych eksperymentach panienka zdecydowała o powrocie do "starego" przedszkola i pokochała je jak nigdy. Chodzi bez problemu, chętnie... i nawet na kółko origami się zapisała. I jest tak super jak ja sobie wymarzyłam, czyli Panna Lulu chce, lubi i nie marudzi. Może potrzebowała porównania, a może zagrożenie zmianą wywołało taki efekt?
Panienka zaczęła też fajnie rysować. Do niedawna były wzory mniej lub bardziej abstrakcyjne, powstało też kilka głowonogów, a teraz normalnie ludziki jak się patrzy, domki, choinki i kwiatki. I jest szalenie dokładna (jak na takiego malucha), Maciek się śmieje, że dokładniejsza ode mnie.
Stach z kolei zaliczył bunt nocnikowy, który miał zdaję się związek z zaziebieniem pęcherza, choć niestwierdzonym naukowo (analiza moczu nic nie wykazała, ale możliwe, że już z tego wyszedł, kiedy się zdecydowałam na badanie). Na szczęście ten etap powoli się kończy, choć czasem jeszcze majtki są mokre.
Oprócz tego Stach strasznie się ostatnio denerwuje. Wkurza na wszystko, kładzie na ziemi, krzyczy... ogólnie trochę to olewamy. Okrzepliśmy w tych buntach i już nie robią na nas wrażenia. Możliwe, że problemem są bariery komunikacyjne, bo Stach cały czas gada mało i raczej po swojemu.
Jedzą dzieci niewiele, ale coś się ruszyło. Panna Lulu czasem nawet w przedszkolu zje drugie, Stach też jakiś kotlecik okazjonalnie, albo szpinak wciągnie. Zaczęły też zjadać kolację. Za to w Wigilię nie spróbowały niczego (jeszcze nie dotarło do nich, że przecież wszystkiego trzeba spróbować) i tylko jak dorwały czekoladę to... szybko zniknęła (bo mama zabrała:).
Wymyśliłam przedszkole demokratyczne, bo zastanawiałam się nad szkołą demokratyczną w perspektywie, ale w praktyce nie było tak fajnie jak mi się wydawało (a poza tym zimno), więc pewnie zrezygnujemy z tego pomysłu. Panna Lulu już drugiego dnia nie chciała tam iść, więc stwierdziłam, że nie ma co kombinować na siłę i wozić dziecko przez pół miasta i jeszcze płacić, jak i tak jej się nie podoba. W ogóle musimy przemyśleć kwestię szkoły podstawowej, ale mamy jeszcze na to czas... zdaję się , że nawet więcej niż planowaliśmy.
W każdym razie po tych eksperymentach panienka zdecydowała o powrocie do "starego" przedszkola i pokochała je jak nigdy. Chodzi bez problemu, chętnie... i nawet na kółko origami się zapisała. I jest tak super jak ja sobie wymarzyłam, czyli Panna Lulu chce, lubi i nie marudzi. Może potrzebowała porównania, a może zagrożenie zmianą wywołało taki efekt?
Panienka zaczęła też fajnie rysować. Do niedawna były wzory mniej lub bardziej abstrakcyjne, powstało też kilka głowonogów, a teraz normalnie ludziki jak się patrzy, domki, choinki i kwiatki. I jest szalenie dokładna (jak na takiego malucha), Maciek się śmieje, że dokładniejsza ode mnie.
Stach z kolei zaliczył bunt nocnikowy, który miał zdaję się związek z zaziebieniem pęcherza, choć niestwierdzonym naukowo (analiza moczu nic nie wykazała, ale możliwe, że już z tego wyszedł, kiedy się zdecydowałam na badanie). Na szczęście ten etap powoli się kończy, choć czasem jeszcze majtki są mokre.
Oprócz tego Stach strasznie się ostatnio denerwuje. Wkurza na wszystko, kładzie na ziemi, krzyczy... ogólnie trochę to olewamy. Okrzepliśmy w tych buntach i już nie robią na nas wrażenia. Możliwe, że problemem są bariery komunikacyjne, bo Stach cały czas gada mało i raczej po swojemu.
Jedzą dzieci niewiele, ale coś się ruszyło. Panna Lulu czasem nawet w przedszkolu zje drugie, Stach też jakiś kotlecik okazjonalnie, albo szpinak wciągnie. Zaczęły też zjadać kolację. Za to w Wigilię nie spróbowały niczego (jeszcze nie dotarło do nich, że przecież wszystkiego trzeba spróbować) i tylko jak dorwały czekoladę to... szybko zniknęła (bo mama zabrała:).
środa, 4 listopada 2015
Panna Tidi i Stasinek
Stach trochę ruszył z mową (ale na oklaski jeszcze za wcześnie), zaczął już nazywać siostrę, z sobą ma jeszcze problemy. "Tidi" to jego wersja Panny Lulu (siostra z kolei określa go mianem Stasinek), ostatnio wymyślił też słówko "sici", co miało chyba znaczyć świeci, bo ciągał nas do okna i pokazywał księżyc. Czasem powtórzy coś po panience, co zabrzmi poważnie, ale w słowniku niestety nie zostaje. Nauka mowy w toku.
Przesilenie jesienne daje się we znaki, dzieci marudne i dużo śpią (co akurat byłoby fajne, gdybyśmy mogli korzystać, ale nam się też chce spać). Panie w przedszkolu narzekają, że Panna Lulu robi histerie z byle powodu. Z kolei panienka narzeka na przedszkole i nawet ostatnio w akcie desperacji zaczęłam szukać innego, ale mi powiedziała, że właściwie to je lubi, ale nie chce tam chodzić codziennie.
Wszystko przez to, że nam się odporność poprawiła i mało chorujemy. Był jeden katar (Stach cały czas z gilami do pasa biega, ale oprócz tego nic mu nie jest) i jedno zatrucie i nic więcej. Inne dzieci w panienki grupie też nie chorują i stąd też nielubienie przedszkola, bo się moja córka w dużych grupach nie czuje najlepiej. Ja też tak miałam, więc wiem jak jest, ale chyba za wcześnie na zmiany.
Na razie mam misję - przekonać Maćka do podstawówki, do której chcę wysłać dzieci (jest tam i przedszkole, więc sprawa mogłaby ruszyć już od przyszłego roku, albo nawet od teraz, jakby jednak panienka swoje przedszkole dalej bojkotowała).
Przesilenie jesienne daje się we znaki, dzieci marudne i dużo śpią (co akurat byłoby fajne, gdybyśmy mogli korzystać, ale nam się też chce spać). Panie w przedszkolu narzekają, że Panna Lulu robi histerie z byle powodu. Z kolei panienka narzeka na przedszkole i nawet ostatnio w akcie desperacji zaczęłam szukać innego, ale mi powiedziała, że właściwie to je lubi, ale nie chce tam chodzić codziennie.
Wszystko przez to, że nam się odporność poprawiła i mało chorujemy. Był jeden katar (Stach cały czas z gilami do pasa biega, ale oprócz tego nic mu nie jest) i jedno zatrucie i nic więcej. Inne dzieci w panienki grupie też nie chorują i stąd też nielubienie przedszkola, bo się moja córka w dużych grupach nie czuje najlepiej. Ja też tak miałam, więc wiem jak jest, ale chyba za wcześnie na zmiany.
Na razie mam misję - przekonać Maćka do podstawówki, do której chcę wysłać dzieci (jest tam i przedszkole, więc sprawa mogłaby ruszyć już od przyszłego roku, albo nawet od teraz, jakby jednak panienka swoje przedszkole dalej bojkotowała).
piątek, 25 września 2015
2 i 4
I po urodzinach. Stacha obchodziliśmy we Włoszech, na kempingu z tortem a'la tiramisu (dzieci nie tknęły), a Panny Lulu już po powrocie z tortem orzechowym babci (dzieci nie tknęły). To znaczy tknęły w jednym i drugim torcie srebrne kuleczki cukrowe... i tyle.
Wakacje całkiem fajnie się udały, wrześniowy wyjazd jako wisienka na torcie... ale chyba jednak fajniej jechać w czerwcu. Teraz wszystko zamiera, chowa się, zamyka, a w czerwcu rozkwita. Sezon odpada ze względu na upały, ceny i tłumy.
Dzieci co prawda oczywiście uciekały, ale trochę im na to pozwalaliśmy - niech się uczą samodzielności. Udało nam się zorganizować zupełnie bez bajek i innych elektronicznych wspomagaczy (nie licząc oczywiście drogi - wtedy bez bajek się nie da obejść).
Zwiedzaliśmy, jeździliśmy na rowerach, plażowaliśmy i basenowaliśmy. Dzieci na basenie szalały i bardzo im się podobało, pływały całkiem same, choć jeszcze w pływaczkach. Stach polubił zjeżdżalnie, panna Lulu trochę się bała. Z zanurzaniem głowy pod wodę mamy jeszcze pewne problemy.
Stach z gadaniem cały czas kiepsko, za to pieluchy zakładamy jedynie na noc (no i w drodze też zakładaliśmy, żeby awarii nie było) - pełna duma.
Panna Lulu tęskniła za przedszkolem, ale o trzech dniach chodzenia jej się znudziła i już nie chce. I dostała katar... a całe wakacje zdrowa była... makabra.
Wakacje całkiem fajnie się udały, wrześniowy wyjazd jako wisienka na torcie... ale chyba jednak fajniej jechać w czerwcu. Teraz wszystko zamiera, chowa się, zamyka, a w czerwcu rozkwita. Sezon odpada ze względu na upały, ceny i tłumy.
Dzieci co prawda oczywiście uciekały, ale trochę im na to pozwalaliśmy - niech się uczą samodzielności. Udało nam się zorganizować zupełnie bez bajek i innych elektronicznych wspomagaczy (nie licząc oczywiście drogi - wtedy bez bajek się nie da obejść).
Zwiedzaliśmy, jeździliśmy na rowerach, plażowaliśmy i basenowaliśmy. Dzieci na basenie szalały i bardzo im się podobało, pływały całkiem same, choć jeszcze w pływaczkach. Stach polubił zjeżdżalnie, panna Lulu trochę się bała. Z zanurzaniem głowy pod wodę mamy jeszcze pewne problemy.
Stach z gadaniem cały czas kiepsko, za to pieluchy zakładamy jedynie na noc (no i w drodze też zakładaliśmy, żeby awarii nie było) - pełna duma.
Panna Lulu tęskniła za przedszkolem, ale o trzech dniach chodzenia jej się znudziła i już nie chce. I dostała katar... a całe wakacje zdrowa była... makabra.
piątek, 28 sierpnia 2015
Miś kontra prosiaczek
Panna Lulu ma misia, kochanego, do spania i przytulania. Tuż przed wyjazdem nad morze miś zniknął... jak kamień w wodę... panienka go gdzieś wyniosła. Po czym wzięła prosiaczka i stwierdziła, że teraz będzie spać z nim. Bez spazmów, ryków, tęsknoty, wybrała sobie inną zabawkę i tyle. Nie za bardzo wiedziałam jak to traktować, czy cieszyć się, że dziecko nie przywiązuje się zbytnio do przedmiotów, czy smucić, że takie rzeczy są jej emocjonalnie obojętne.
Po powrocie miś się znalazł, ale Panna Lulu stwierdziła, że już go nie potrzebuje. Zrobiło mi się przykro i powiedziałam, że w takim razie ja będę z nim spać. I spałabym do dziś (bo fajny to jest miś), ale po kilku dniach Panna Lulu zmieniła zdanie. Zdecydowała, że woli misia i że go "kocha". Chyba wolę, żeby trochę się do takich rzeczy przywiązywała.
Za to Stach nie przejawia jakichkolwiek emocji wobec przytulanek. Jest jeden piesek, do którego ostatecznie raz na jakiś czas się przytuli, ale bez szału. Stach kocha tylko swoje samochody i uwielbia zdejmować im opony. Niestety ostatnio ze zgrozą odkryłam, że on te opony pożera.
Wróciliśmy z jednych wakacji i zaraz jedziemy na następne. Byliśmy nad naszym pięknym polskim morzem i stwierdziliśmy, że... nigdy więcej do kurortów nie pojedziemy. Trzeba wybierać jakieś odludzie, bo od nadmiaru tanich rozrywek i amatorów plażowania głowa zaczyna boleć. Dzieci każdego dnia musiały zaliczyć pół godziny na dmuchańcach, lody i frytki. Morze niestety było zbyt zimne na kąpiele, co nie przeszkadzało jednak dzieciakom moczyć co najmniej dwóch zmian odzieży, za każdym razem kiedy znaleźliśmy się na plaży.
W ramach atrakcji, gdy pogoda akurat nie dopisała, pojechaliśmy na basen. Panna Lulu i Stach uwielbiają wodę i z zacięciem się w niej pluskają ucząc się pływać przy okazji. Długo omijaliśmy baseny szerokim łukiem, bo choróbska przedszkolne nie chciały się odczepić, ale przedszkola nie było, dzieci zdrowe...
Bez tego przedszkola Panna Lulu i Stach bardzo się do siebie zbliżyli. Cały czas spędzają praktycznie razem, bawią się wspólnie, opiekują sobą, przytulają, dzielą się różnymi rzeczami (choć nigdy ich do tego nie zmuszałam... sami z siebie), coraz lepiej radzą sobie z konfliktami (bez niczyjej pomocy). Stach jest wpatrzony w siostrę, często słucha jej poleceń i bawi się w wymyślone przez nią zabawy. Mimo problemów z komunikacją (Stach ma jeszcze bardzo ubogie słownictwo, większość rzeczy to "kaka" albo "kuku") całkiem nieźle im idzie.
Stach w ogóle jest niesamowity, bo w naśladowaniu Panny Lulu zaszedł tak daleko, że właściwie się odpieluchował. Siada na nocnik prawie za każdym razem kiedy chce się załatwić, jak jesteśmy gdzieś poza domem sygnalizuje swoje potrzeby. Poszło błyskawicznie, mam nadzieję, że żadnych buntów nocnikowych nie będzie.
A blog zdaję się skończył właśnie cztery lata... sto lat! (nie, tyle na pewno nie będę go pisać:)
Po powrocie miś się znalazł, ale Panna Lulu stwierdziła, że już go nie potrzebuje. Zrobiło mi się przykro i powiedziałam, że w takim razie ja będę z nim spać. I spałabym do dziś (bo fajny to jest miś), ale po kilku dniach Panna Lulu zmieniła zdanie. Zdecydowała, że woli misia i że go "kocha". Chyba wolę, żeby trochę się do takich rzeczy przywiązywała.
Za to Stach nie przejawia jakichkolwiek emocji wobec przytulanek. Jest jeden piesek, do którego ostatecznie raz na jakiś czas się przytuli, ale bez szału. Stach kocha tylko swoje samochody i uwielbia zdejmować im opony. Niestety ostatnio ze zgrozą odkryłam, że on te opony pożera.
Wróciliśmy z jednych wakacji i zaraz jedziemy na następne. Byliśmy nad naszym pięknym polskim morzem i stwierdziliśmy, że... nigdy więcej do kurortów nie pojedziemy. Trzeba wybierać jakieś odludzie, bo od nadmiaru tanich rozrywek i amatorów plażowania głowa zaczyna boleć. Dzieci każdego dnia musiały zaliczyć pół godziny na dmuchańcach, lody i frytki. Morze niestety było zbyt zimne na kąpiele, co nie przeszkadzało jednak dzieciakom moczyć co najmniej dwóch zmian odzieży, za każdym razem kiedy znaleźliśmy się na plaży.
W ramach atrakcji, gdy pogoda akurat nie dopisała, pojechaliśmy na basen. Panna Lulu i Stach uwielbiają wodę i z zacięciem się w niej pluskają ucząc się pływać przy okazji. Długo omijaliśmy baseny szerokim łukiem, bo choróbska przedszkolne nie chciały się odczepić, ale przedszkola nie było, dzieci zdrowe...
Bez tego przedszkola Panna Lulu i Stach bardzo się do siebie zbliżyli. Cały czas spędzają praktycznie razem, bawią się wspólnie, opiekują sobą, przytulają, dzielą się różnymi rzeczami (choć nigdy ich do tego nie zmuszałam... sami z siebie), coraz lepiej radzą sobie z konfliktami (bez niczyjej pomocy). Stach jest wpatrzony w siostrę, często słucha jej poleceń i bawi się w wymyślone przez nią zabawy. Mimo problemów z komunikacją (Stach ma jeszcze bardzo ubogie słownictwo, większość rzeczy to "kaka" albo "kuku") całkiem nieźle im idzie.
Stach w ogóle jest niesamowity, bo w naśladowaniu Panny Lulu zaszedł tak daleko, że właściwie się odpieluchował. Siada na nocnik prawie za każdym razem kiedy chce się załatwić, jak jesteśmy gdzieś poza domem sygnalizuje swoje potrzeby. Poszło błyskawicznie, mam nadzieję, że żadnych buntów nocnikowych nie będzie.
A blog zdaję się skończył właśnie cztery lata... sto lat! (nie, tyle na pewno nie będę go pisać:)
wtorek, 21 lipca 2015
Tracę serce
No wiem, spóźniam się z wpisami... i ogólnie tracę serce dla bloga... no bo brak czasu... wiem, że to wspaniała pamiątka, ale komu się to będzie chciało tak na prawdę czytać? Nie chcę jeszcze podejmować decyzji o zakończeniu pisania, ale nie obiecuję regularności. Ostatnie wpisy to i tak głównie narzekanie na dzieci... czyli nic fajnego. Koleżanka to skwitowała "takie życie"... takie życie.
A dzieci w miarę zdrowe, jedzą nawet nieźle (zwłaszcza lody), rosną, śpią (za krótko) i jakoś sobie ten czas leci. Panna Lulu wakacyjnego przedszkola nie polubiła, za każdym razem jak po nią przyjeżdżałam bawiła się sama, więc jak tylko dostała katar to zdecydowałam, że już dłużej chodzić nie będzie (cała nadzieja w babciach). Stach ma problemy z wieczornym zasypianiem, co skutkuje tym, że sama chodzę późno spać i się nie wysypiam (i patrzcie - znowu marudzę).
A dzieci w miarę zdrowe, jedzą nawet nieźle (zwłaszcza lody), rosną, śpią (za krótko) i jakoś sobie ten czas leci. Panna Lulu wakacyjnego przedszkola nie polubiła, za każdym razem jak po nią przyjeżdżałam bawiła się sama, więc jak tylko dostała katar to zdecydowałam, że już dłużej chodzić nie będzie (cała nadzieja w babciach). Stach ma problemy z wieczornym zasypianiem, co skutkuje tym, że sama chodzę późno spać i się nie wysypiam (i patrzcie - znowu marudzę).
czwartek, 25 czerwca 2015
Po pierwsze: wysłuchać
Był czas kiedy jeździłam po Pannie Lulu i marudziłam, jak to ona potrafi marudzić. Teraz przechodzę okres posypywania głowy popiołem. Ok, po prosu mam refleksje.
Ostatnio zdarzyły się dwie sytuacje, które otworzyły mi oczy i spowodowały, że się zawstydziłam... nieco. Sytuacje były w miarę standardowe, znaczy często się takie coś u nas zdarza, choć bez happy endów, czyli morału:
Sytuacja nr 1. Panna Lulu jest ze mną na placu zabaw przy przedszkolu. Już ją odebrałam i teraz bujam ją na huśtawce (twierdzi, że sama nie umie). Panienka karze mi iść na górkę. Mnie nie bardzo się chce, a poza tym nie podoba mi się jej ton, więc protestuję. Panienka zaczyna się wściekać. Proponuję, żebyśmy poszły razem - nie, albo ja pójdę, a ona do mnie dołączy - bez odpowiedzi. Idę więc, żeby przestała się pruć w nadziei, że do mnie przyjdzie. Nie przychodzi, stoję na górce jak debilka, wracam. Panna Lulu protestuje, bo nie doszłam do piasku. Po chwili ciskania gromów z obu stron idę na ten piasek w nadziei, że tym razem pójdzie za mną i problem się skończy. Nie idzie, ja wracam - ryk. Wkurzam się, zgarniam panienkę, wracamy do domu. Ryk jest w samochodzie jeszcze długo po tym jak stanęłyśmy pod domem.
Poczekałam aż się wyciszy i poszłam z nią pogadać. Wtedy powiedziała mi to, co naprawdę chciała mi powiedzieć na placu zabaw: żebym sobie poszła gdzieś dalej, bo ona chce bawić się sama. Ja oczywiście odebrałam to jako próba rozkazywania matce i badania granic.
Czego się nauczyłam: że trzeba słuchać dziecka i pomagać mu sformułować myśli bardziej precyzyjnie, bo czasem samemu jeszcze nie potrafi. I nie jest dobrze zakładać coś z góry, zwłaszcza sugerować się narzuconymi sloganami, takimi jak choćby "przekraczanie granic".
Sytuacja nr 2. Jest wieczór, kładziemy się spać, przed tym jednak trzeba umyć zęby. Panna Lulu często w tym momencie zaczyna grymasić. Tum razem zamiast robić to, co powinna napuszcza sobie wody do umywalki... zimnej... jest podziębiona. Interweniuję, najpierw tłumaczę, wylewam jej wodę, więc się wścieka. Jest już zmęczona i wymyśla sobie różne przeszkody...płacze i krzyczy... to dość powszechne... niestety. Mnie to zaczyna denerwować, brakuje mi cierpliwości, więc wychodzę, zaczynam zajmować się Stachem. Panna Lulu wpada do sypialni z płaczem, że ona chce myć zęby z mamą. Idę z nią, bo wiem, że mnie potrzebuje. Okazuje się, że ta umywalka pełna wody jest po to, żeby mogła sobie wypłukać usta po myciu zębów (niedawno się tego nauczyła, wcześniej połykała całą wodę). Wystarczyło przynieść jej kubeczek i konflikt został zażegnany.
Czasem trzeba wyjść i ochłonąć, dziecko też potrzebuje chwilę, żeby się wyciszyć. Najważniejsze jednak, żeby spróbować zrozumieć malucha i jego zachowania, czasem zupełnie dla nas abstrakcyjne, dla niego mają głęboki sens... ot różnice międzypokoleniowe.
wtorek, 26 maja 2015
Moja kompetentna Panna Lulu
Spóźniłam się z tym wpisem całkiem konkretnie, powinien być 20-tego, ale przynajmniej podbuduję swoje matczyne ego.
Sięgnęłam ostatnio po raz kolejny po książkę Jespera Juula "Twoje kompetentne dziecko" i nagle wszystko stało się jakieś łatwiejsze. Czytałam to kiedy panienka była malutka i mało co mogłam wtedy odnieść do naszych relacji. Teraz jest zupełnie inaczej, teraz pasuje jak ulał. Bo panna Lulu jest kompetentna i mądra i mimo, że czasem jedzie po bandzie, to wcale nie trzeba się tak na nią wściekać. Robiło się już nieciekawie, bo panienka roszczeniowa się zrobiła, a matka też buntowniczka i rozkazów nie lubi. Ale odpuściłam i nagle ona też odpuściła i jest super, czasem jeszcze jakaś mała awanturka się zdarzy, ale ogólnie się uspokoiłyśmy. Panna Lulu zrobiła się bardziej pogodna, częściej się uśmiecha (i jak ładnie) i wszyscy szczęśliwi, choć cały czas się uczę.
I przedszkole polubiła. Nie ma już problemów z wyjściem, są za to z powrotami. Ostatnio zostałam cofnięta do domu, bo Panna Lulu chciała się jeszcze bawić... ok. Chyba mnie to cieszy.
Wspomnieć też chciałam, że panience się czasy mocno mylą i wczoraj znaczy jutro, a jutro wczoraj, i "byłam jutro" jest na porządku dziennym. Trzeba o tym wiedzieć, żeby się dogadać, bo ostatnio płakała, że przyjechałam "za późno", ale doszłyśmy że jednak "za wcześnie" (to z przedszkola).
Tak to trzeba się uczyć komunikacji z własnym dzieckiem, żeby wszystkim żyło się lepiej. A Panna Lulu uczy się komunikacji z przyrodą:
Sięgnęłam ostatnio po raz kolejny po książkę Jespera Juula "Twoje kompetentne dziecko" i nagle wszystko stało się jakieś łatwiejsze. Czytałam to kiedy panienka była malutka i mało co mogłam wtedy odnieść do naszych relacji. Teraz jest zupełnie inaczej, teraz pasuje jak ulał. Bo panna Lulu jest kompetentna i mądra i mimo, że czasem jedzie po bandzie, to wcale nie trzeba się tak na nią wściekać. Robiło się już nieciekawie, bo panienka roszczeniowa się zrobiła, a matka też buntowniczka i rozkazów nie lubi. Ale odpuściłam i nagle ona też odpuściła i jest super, czasem jeszcze jakaś mała awanturka się zdarzy, ale ogólnie się uspokoiłyśmy. Panna Lulu zrobiła się bardziej pogodna, częściej się uśmiecha (i jak ładnie) i wszyscy szczęśliwi, choć cały czas się uczę.
I przedszkole polubiła. Nie ma już problemów z wyjściem, są za to z powrotami. Ostatnio zostałam cofnięta do domu, bo Panna Lulu chciała się jeszcze bawić... ok. Chyba mnie to cieszy.
Wspomnieć też chciałam, że panience się czasy mocno mylą i wczoraj znaczy jutro, a jutro wczoraj, i "byłam jutro" jest na porządku dziennym. Trzeba o tym wiedzieć, żeby się dogadać, bo ostatnio płakała, że przyjechałam "za późno", ale doszłyśmy że jednak "za wcześnie" (to z przedszkola).
Tak to trzeba się uczyć komunikacji z własnym dzieckiem, żeby wszystkim żyło się lepiej. A Panna Lulu uczy się komunikacji z przyrodą:
środa, 22 kwietnia 2015
Przypadki przedszkolne matki i córki
Nie lubiłam przedszkola. Czułam się tam zagubiona, samotna. Miałam potrzebę posiadania przyjaciółki od serca, a w przedszkolu nikogo takiego nie mogłam znaleźć.
Panna Lulu w opowieściach przedszkolnych rzadko wspomina o konkretnych dzieciach. Kiedyś bawiła się z Wiktorią i Nadią, teraz o nich cicho. Ostatnio jednak wspomniała o Ani, że to jej ulubiona koleżanka. Ania jest drobniejsza niż inne dzieci i od przedszkolanek słyszałam, że Panna Lulu Ani pomaga, na przykład w łazience odkręcić wodę. Może więc jest szansa na jakąś przyjaźń:) Cieszę się, że jest panienka taka opiekuńcza. Czasem w stosunku do Stacha też taka bywa.
Ostatnio nie lubi chodzić do przedszkola, marudzi przed wyjściem z domu. Miała co prawda przerwę spowodowaną chorobą, ale wcześniej tak nie nie było. Zaniepokoiłam się, bo był czas, że Panna Lulu padła ofiarą prześladowań ze strony kolegi z grupy. Nie podobało jej się to i nie traktowała tego jak zabawę (wiem, bo pytałam). Na szczęście konflikt szybko został zażegnany.
Na szczęście tym razem nie o to chodzi. Tym razem chodzi i ilość dzieci. Pokończyły się choróbska i teraz do przedszkola chodzi prawie cała grupa, a nie pół, jak do tej pory. I Pannie Lulu się to nie podoba. Za duży tłum, ja to rozumiem.
Zastanawiałam się dlaczego tak naprawdę nie udało mi się w tym przedszkolu zaprzyjaźnić, bo przecież jak się tam spędza tyle czasu, to się nie da nie znaleźć kogoś bliskiego. Okazało się, że ja chodziłam bardzo rzadko i na bardzo krótko... ot i odpowiedź. Mam nadzieję, że panienka nie będzie miała złych wspomnień z tego okresu.
Panna Lulu w opowieściach przedszkolnych rzadko wspomina o konkretnych dzieciach. Kiedyś bawiła się z Wiktorią i Nadią, teraz o nich cicho. Ostatnio jednak wspomniała o Ani, że to jej ulubiona koleżanka. Ania jest drobniejsza niż inne dzieci i od przedszkolanek słyszałam, że Panna Lulu Ani pomaga, na przykład w łazience odkręcić wodę. Może więc jest szansa na jakąś przyjaźń:) Cieszę się, że jest panienka taka opiekuńcza. Czasem w stosunku do Stacha też taka bywa.
Ostatnio nie lubi chodzić do przedszkola, marudzi przed wyjściem z domu. Miała co prawda przerwę spowodowaną chorobą, ale wcześniej tak nie nie było. Zaniepokoiłam się, bo był czas, że Panna Lulu padła ofiarą prześladowań ze strony kolegi z grupy. Nie podobało jej się to i nie traktowała tego jak zabawę (wiem, bo pytałam). Na szczęście konflikt szybko został zażegnany.
Na szczęście tym razem nie o to chodzi. Tym razem chodzi i ilość dzieci. Pokończyły się choróbska i teraz do przedszkola chodzi prawie cała grupa, a nie pół, jak do tej pory. I Pannie Lulu się to nie podoba. Za duży tłum, ja to rozumiem.
Zastanawiałam się dlaczego tak naprawdę nie udało mi się w tym przedszkolu zaprzyjaźnić, bo przecież jak się tam spędza tyle czasu, to się nie da nie znaleźć kogoś bliskiego. Okazało się, że ja chodziłam bardzo rzadko i na bardzo krótko... ot i odpowiedź. Mam nadzieję, że panienka nie będzie miała złych wspomnień z tego okresu.
sobota, 21 marca 2015
Doniesienia z frontu
Panienka nie odpuszcza, ostatnio na tapecie: niemycie zębów i w ogóle niemycie siebie jako całości. Z zębami zaczęły się problemy, jak zabrakło pasty. Kupiłam jej ekologiczną dawno dawno temu, a potem nigdzie nie można było jej kupić, ale wreszcie kupiłam, więc było dobrze. Ostatnio znowu zniknęła i Panna Lulu myła niby bez pasty (inne dostępne na rynku pasty są bleee), ale już mniej chętnie. Jak się pojawiła, byłam w siódmym niebie, ale okazało się, że zmienili coś w składzie i panienka to wyczuła i też jest bleee.
Z myciem z kolei problem się zaczął, jak była przeziębiona i w związku z tym nie kąpała się codziennie, widocznie jej się spodobało. Czy to znowu testowanie granic? Szału można dostać.
Przeziębienie to oczywiście katar, a katar to niechęć do wszelkich form dmuchania i wycierania nosa. Tylko grzebanie paluchem wchodzi w grę. Nie chcę na siłę, więc biega z czerwonym ogluconym nochalem...
W przedszkolu Panna Lulu rozwija się plastycznie, teraz zapamiętale koloruje, wymyśla motywy i muszę szukać po internecie malowanek do druku. Wychodzi jej coraz lepiej, fajnie dobiera kolory, lubi to, wycisza się przy tym, bajer.
W ogóle Panna Lulu kiedy nie jęczy jest strasznie fajna i pomysłowa i słodka i och i ach... tylko żeby tak ciągle nie jęczała, nie płakała, nie wpadała w histerię z byle powodu. Przejdzie jej? proszę, proszę...
Włosy trochę podrosły, wzmocniły się, więc zaczynamy czesać w dwie kitki, albo jedną.
Z myciem z kolei problem się zaczął, jak była przeziębiona i w związku z tym nie kąpała się codziennie, widocznie jej się spodobało. Czy to znowu testowanie granic? Szału można dostać.
Przeziębienie to oczywiście katar, a katar to niechęć do wszelkich form dmuchania i wycierania nosa. Tylko grzebanie paluchem wchodzi w grę. Nie chcę na siłę, więc biega z czerwonym ogluconym nochalem...
W przedszkolu Panna Lulu rozwija się plastycznie, teraz zapamiętale koloruje, wymyśla motywy i muszę szukać po internecie malowanek do druku. Wychodzi jej coraz lepiej, fajnie dobiera kolory, lubi to, wycisza się przy tym, bajer.
W ogóle Panna Lulu kiedy nie jęczy jest strasznie fajna i pomysłowa i słodka i och i ach... tylko żeby tak ciągle nie jęczała, nie płakała, nie wpadała w histerię z byle powodu. Przejdzie jej? proszę, proszę...
Włosy trochę podrosły, wzmocniły się, więc zaczynamy czesać w dwie kitki, albo jedną.
piątek, 20 lutego 2015
Nauka liczenia
Od najmłodszych lat liczyłam przy Pannie Lulu licząc, że liczenie to podłapie i załapie. Zanim poszła do przedszkola liczyła do trzech i nijak nie dało się ruszyć dalej. Zdarzało się że wymieniała jeszcze inne liczby nawet w kolejności, ale zawsze z jakimiś lukami.
W przedszkolu odkryła czwórkę i też się na chwilę na czterech zatrzymała. Potem najczęściej było osiem albo piętnaście. Ale twardo przy niej liczyliśmy i zachęcaliśmy. Nie na siłę, bo właściwie w tym wieku wystarczy, aby liczyła do trzech - czterech (tyle ile ma lat), ale żeby rozwijać.
Kolejny skok liczeniowy został wywołany łakomstwem. Babcia kupiła drażetki czekoladowe (nie pochwalam, ale cóż zrobić) i powiedziałam panience, że dostanie tyle do ilu doliczy. Doliczyła do sześciu... ale nie była zadowolona. Odliczyłam, schowałam pudełko, a Panna Lulu ze łzami w oczach "ale ja chciałam siedem"... oczywiście dostała.
Teraz już liczy do dziesięciu i nie wiem, czy to nasze starania, czy przedszkole to sprawiło, ale grunt, że umie.
Angielskiego też się uczy w przedszkolu, od czasu śpiewa "łan, tu, tri". Puszczamy jej też bajki po angielsku (głównie dlatego, że po polsku już większość widziała).
Nie jesteśmy maniakami wczesnej nauki, choć Maciek od czasu do czasu przechodzi z dziećmi na angielski, żeby się osłuchały. Puszczamy też dzieciom "Było sobie życie" (jedno mogłoby zostać lekarzem, żeby naprawiać rodziców na stare lata). Przydałoby się może też zacząć uczyć panienkę literek, ale jeszcze nie wymyśliłam jak.
Fajnie obserwować, jak to maleństwo poznaje świat, jak zaczyna rozumieć, jak zapamiętuje, jaki giętki ma umysł... tylko pozazdrościć.
W przedszkolu odkryła czwórkę i też się na chwilę na czterech zatrzymała. Potem najczęściej było osiem albo piętnaście. Ale twardo przy niej liczyliśmy i zachęcaliśmy. Nie na siłę, bo właściwie w tym wieku wystarczy, aby liczyła do trzech - czterech (tyle ile ma lat), ale żeby rozwijać.
Kolejny skok liczeniowy został wywołany łakomstwem. Babcia kupiła drażetki czekoladowe (nie pochwalam, ale cóż zrobić) i powiedziałam panience, że dostanie tyle do ilu doliczy. Doliczyła do sześciu... ale nie była zadowolona. Odliczyłam, schowałam pudełko, a Panna Lulu ze łzami w oczach "ale ja chciałam siedem"... oczywiście dostała.
Teraz już liczy do dziesięciu i nie wiem, czy to nasze starania, czy przedszkole to sprawiło, ale grunt, że umie.
Angielskiego też się uczy w przedszkolu, od czasu śpiewa "łan, tu, tri". Puszczamy jej też bajki po angielsku (głównie dlatego, że po polsku już większość widziała).
Nie jesteśmy maniakami wczesnej nauki, choć Maciek od czasu do czasu przechodzi z dziećmi na angielski, żeby się osłuchały. Puszczamy też dzieciom "Było sobie życie" (jedno mogłoby zostać lekarzem, żeby naprawiać rodziców na stare lata). Przydałoby się może też zacząć uczyć panienkę literek, ale jeszcze nie wymyśliłam jak.
Fajnie obserwować, jak to maleństwo poznaje świat, jak zaczyna rozumieć, jak zapamiętuje, jaki giętki ma umysł... tylko pozazdrościć.
środa, 21 stycznia 2015
Smarkacz
Doszło do tego, że Panna Lulu nie była w przedszkolu aż 4 tygodnie. Miało to oczywiście związek ze świętami, przerwami, ale też i z katarem. Do tego stopnia, że w pierwszy dzień Świąt pojechałyśmy na pogotowie, bo panienkę ucho bolało. Na szczęście nic poważnego. Poszła po tym wszystkim do przedszkola, tydzień i .... katar.
Ale przestałam się przejmować. Kilka razy zatrzymałam ją w domu z nadzieję, że przejdzie, ale niewiele to dawało. Teraz zamierzam wysyłać dziecko z katarem do oporu, bo okazało się, że katar nie jest wcale taki zły...
Znajomi mają pod Warszawą lekarza, który stosuje metody naturalne (wspominałam o smarowaniu smalcem) i ja w takie rzeczy wierzę. Tenże lekarz stwierdził, że katar jest najnormalniejszą w świecie reakcją organizmu na występowanie w środowisku dziecka wirusów. Reakcją obronną, a nie objawem choroby. Bo Panna Lulu nie jest chora, tylko jest smarkaczem. I mi ulżyło.
Na zebraniu w przedszkolu pogadałam z kilkoma mamami i dowiedziałam się ile to chorób ominęło moje dzieci: szkarlatyna, bostonka, jelitówka. Czyli jednak panienka i Stach są silni i odporni, a katar "nic to".
Panna Lulu w przedszkolu się rozwija niewątpliwie, w myśli, mowie, uczynku i zaniedbaniu. Z jedzeniem kiepsko, ale zupy raczej lubi, a na drugim to mi za bardzo nie zależy, zwłaszcza na mięsie, które Panna Lulu omija szerokim łukiem. Podobno nie umie drzeć papierków, za to radzi sobie dobrze z plasteliną (z którą inne dzieci mają problem). Do wystąpień publicznych nie ma zbytniego drygu - zobaczymy jak wypadnie dzisiejsze przedstawienie na dzień babci i dziadka.
I już nie pamiętam co jeszcze miałam napisać, może przypomni mi się w przyszłym miesiącu:)
Ale przestałam się przejmować. Kilka razy zatrzymałam ją w domu z nadzieję, że przejdzie, ale niewiele to dawało. Teraz zamierzam wysyłać dziecko z katarem do oporu, bo okazało się, że katar nie jest wcale taki zły...
Znajomi mają pod Warszawą lekarza, który stosuje metody naturalne (wspominałam o smarowaniu smalcem) i ja w takie rzeczy wierzę. Tenże lekarz stwierdził, że katar jest najnormalniejszą w świecie reakcją organizmu na występowanie w środowisku dziecka wirusów. Reakcją obronną, a nie objawem choroby. Bo Panna Lulu nie jest chora, tylko jest smarkaczem. I mi ulżyło.
Na zebraniu w przedszkolu pogadałam z kilkoma mamami i dowiedziałam się ile to chorób ominęło moje dzieci: szkarlatyna, bostonka, jelitówka. Czyli jednak panienka i Stach są silni i odporni, a katar "nic to".
Panna Lulu w przedszkolu się rozwija niewątpliwie, w myśli, mowie, uczynku i zaniedbaniu. Z jedzeniem kiepsko, ale zupy raczej lubi, a na drugim to mi za bardzo nie zależy, zwłaszcza na mięsie, które Panna Lulu omija szerokim łukiem. Podobno nie umie drzeć papierków, za to radzi sobie dobrze z plasteliną (z którą inne dzieci mają problem). Do wystąpień publicznych nie ma zbytniego drygu - zobaczymy jak wypadnie dzisiejsze przedstawienie na dzień babci i dziadka.
I już nie pamiętam co jeszcze miałam napisać, może przypomni mi się w przyszłym miesiącu:)
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Miłość siostrzana
Na początku było nic, brak zainteresowania. Najważniejsze, że mama wróciła, to małe kwiczące nieważne.
Potem się jednak okazało, że to małe angażuje uwagę, która normalnie skupiała się na niej, że czegoś jej nie wolno bo to to śpi, albo je.
Ale w sumie miało to to ma fajne gadżety, jakieś tam jeżdżące łóżeczko, zabawki jakieś inne. Należało gadżety przejąć.
To to się nawet nazywało: Stach.
Ten Stach jakoś tak za często był u mamy na rękach, trzeba było mamie tłumaczyć: odłóż Stacha.
Robiło to to różne dziwne rzeczy, trzeba było sprawdzić jak to jest robić to co on... mimo, ze mama i tata nie byli zachwyceni. To to mogło robić siusiu w majtki... mogło brać wszystko do buzi... mogło się tarzać po podłodze.
Trzeba było walczyć o uwagę - patrzcie na mnie, na mnie! nawet jak się nie podoba.
Później ten Stach zaczął psuć to co wybudowała, trzeba było temu zapobiec... krzyk i rękoczyny.
Ale jak się zaczęło rozumieć co to jest rodzina, to oprócz mamy i Taty i Lusi musiał być też Stach.
I łup przez łeb, bo jej klocki chciał zabrać...
Pepasiam Stachu...
Kocham Stacha...
I nawet się można czasem przytulić do tego Stacha. A jaki on wtedy szczęśliwy.
Kiedyś przeczytałam taką złotą myśl "kochać to patrzeć w tym samym kierunku".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















